Obecnie oznacza to, że śmierć w wyniku eutanazji stanowi 2,6 proc. ze wszystkich zgonów, których w sumie było w Australii Zachodniej 18.380. To czwarty taki raport od momentu wprowadzenia ustawy dopuszczającej eutanazję w roku 2019.

Zadziwiający jest język, jakim posługuje się raport: „Kiedy kamyk wpadnie do stawu z nieruchomą wodą, następuje początkowy plusk z serią koncentrycznych fal, które spokojnie płyną do krawędzi stawu. Tak samo się dzieje, kiedy uprawniona osoba, która wkrótce umrze i cierpi w sposób dla siebie nie do przyjęcia, dokonuje wyboru dobrowolnej wspomaganej śmierci. Wybór osoby w centrum odczuwa jej społeczność i oddanych ludzi, którzy wspierają proces dobrowolnego wspomaganego umierania”.

Dalej jednak jest już mniej poetycko, gdyż mowa jest o potrzebie zwiększenia przeszkolonych lekarzy, aptekarzy i innych pracowników, którzy wspomagają pacjenta w popełnianym samobójstwie w systemie „opieki” zdrowotnej w Australii Zachodniej.

Można się spodziewać, że pacjenci decydujący się na eutanazję robią to z powodu nieznośnego bólu, na który medycyna nie może zaradzić. Jednak dane pokazują, że aż 68,3 proc. osób w okresie 2024-25 jako jeden z najpowszechniejszych powodów podała „mniejszą zdolność do angażowania się w aktywności czyniące życie przyjemnym lub z powodu obawy o to”. Następnym powodem była „utrata autonomii albo obawa o to: 58,0 proc.. A wreszcie „utrata godności albo obawa o to”: również 58,0 proc. Według tych statystyk 47,9 proc. podała jako jedną z przyczyn wyboru eutanazji „niewystarczające panowanie nad bólem albo obawę o to”.

Jak zauważyła Kathy Thompson, komentując raport na łamach „Life Site News”, przytaczane dane i wypowiedzi zarówno członków rodziny, jak i specjalistów medycznych wskazują na to, że zamiast, by odwodzić od eutanazji, występuje tendencja do zachęcania do niej. Wybór polega natomiast pomiędzy samobójstwem wspomaganym a samobójstwem w samotności.

Przytoczone przez publicystykę dwa przykłady są naprawdę wstrząsające – w obu cytowane osoby po prostu nakłaniały swoich bliskich (przyjaciela i ojca) do wyboru wspomaganego samobójstwa jako lepszej alternatywy, by uniknąć „przypadkowych następstw, które mogą powstać w wyniku (...) samobójczego nieszczęśliwego wypadku”.

Thompson podkreśliła też, że według udostępnionych danych śmierć w wyniku tzw. „wspomaganego samobójstwa” wcale nie musi być bezbolesna: w jednym z raportów z Oregonu jest mowa o tym, że takie umieranie może trwać do 47 godzin. Trudno to nazwać „szybką i bezbolesną opcją” – stwierdza publicystka. Co więcej widać w raporcie skłonność do podważania klauzuli sumienia, gdyż rzekomo ma to stwarzać stres zarówno pacjentom, jak i rodzinom i bliskim. Oczywiście jednym z głównych winowajców, oprócz lekarzy, są katolickie instytucje prowadzące hospicja i zajmujące się opieką paliatywną.

W stanie Wiktoria już wprowadzono poprawkę, która zmusza lekarzy sprzeciwiających się eutanazji do kierowania pacjentów na konsultację do innego lekarza. Można zauważyć, że legalizacja eutanazji dla pacjentów, którzy są śmiertelnie chorzy i cierpią, kończy się rozszerzaniem jej zakresu i coraz większą liczbą zgonów w wyniku tzw. „wspomaganego samobójstwa”. Jednym z przykładów tej tendencji jest np. Kanada.