09.03.17, 20:45Fot. European Peoples Party, fot. via Flickr, lic. CC BY-SA 2.0, edit.

Talaga dla Frondy: Jaka będzie przyszłość Unii Europejskiej?

Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: W jakim kierunku zmierza obecnie Unia Europejska? Największe państwa tej wspólnoty opowiadają się za „Europą dwóch prędkości”, „różnych prędkości”, „wielu prędkości”... Z wielu komentarzy czy publikacji na ten temat wynika, że oznacza to koniec UE, jaką znamy. Czy to rozwiązanie byłoby korzystne dla Polski?

Andrzej Talaga, ekspert Warsaw Enterprise Institute: Wręcz przeciwnie, jest to bardzo złe rozwiązanie dla Polski. Pytanie jednak, co Polska może cokolwiek zrobić, aby nie dopuścić do realizacji koncepcji Europy wielu prędkości. A nie może zrobić nic, ponieważ Unia Europejska jest obecnie w klinczu rozwojowym i decyzyjnym. W obecnym kształcie nie ma szans na przetrwanie, musi więc zreformować, przekształcić się.

Jednocześnie, państwa członkowskie Unii Europejskiej, może z wyjątkiem Polski, nie chcą naruszać traktatów. Zdają sobie sprawę, co może to oznaczać w praktyce: każde państwo mogłoby dążyć do najbardziej korzystnych dla niego zmian, a w efekcie może nie być w ogóle żadnego traktatu...

Zło konieczne”?

Propozycja „wielu prędkości” nie jest dobra dla naszego kraju, jednak zupełnie inaczej wygląda to z punktu widzenia całości Unii Europejskiej. Ten projekt daje UE jakiś kierunek na przyszłość i szanse wyjścia z marazmu, klinczu, w jakim znalazła się wspólnota.

Koncepcja „wielu prędkości” jest zresztą trochę mitologizowana, ponieważ Unia już w tym momencie ma „wiele prędkości”. Nie wszystkie kraje należą przecież do strefy euro, nie wszystkie kraje są w strefie Schengen. Istnieje też ścisła współpraca z krajami spoza UE, takimi jak Szwajcaria czy Norwegia, która czyni je de facto członkami tej wspólnoty, choć nie są nimi de iure.

Taka wielobiegunowość czy wielokierunkowość Unii nie musi zresztą oznaczać katastrofy dla Polski. Niektóre kwestie mają w UE fundamentalne znaczenie, a inne nie. Najlepiej, żeby wszystko zostało tak, jak jest, ale ponieważ to niemożliwe, najważniejsze, aby zachowały się właśnie te fundamentalne rzeczy.

O co trzeba więc „zawalczyć”?

Na pewno o wspólny rynek, czyli możliwość swobodnego handlu w Unii Europejskiej. Polska ma nadwyżkę w handlu zagranicznym. Sprzedajemy w UE więcej, niż kupujemy i jeżeli zostanie to utrzymane, to z tego po prostu będziemy żyć. W przypadku zaniku wolnego rynku polska gospodarka znajdzie się w bardzo poważnych kłopotach. Potrzebujemy również zwartej strefy euro. Na razie w tej strefie nie jesteśmy, choć mamy przymus traktatowy, by prędzej czy później się w niej znaleźć. Wygląda na to, że raczej później, niż prędzej, niemniej strefa euro odbiera 60 procent naszego eksportu. Jeżeli zachowa się w obecnej, formie, czyli jako jedność fiskalna (jedność w sensie jednej waluty czy jednego banku centralnego), nasze szanse eksportowe zostaną utrzymane.

Trzecia rzecz, która jest nam niezbędna, to spójność polityczna Unii wobec podmiotów zewnętrznych. Bez niej nie byłoby np. sankcji wobec Rosji, ponieważ każdy mógłby uprawiać wobec Rosji swoją politykę, również taką, która by sankcje wykluczała. Czwarty punkt, również bardzo potrzebny, choć mniej, niż te poprzednie, to fundusze strukturalne. Polska zarówno w tej, jak i poprzedniej perspektywie budżetowej, dostaje dziesiątki miliardów euro i bez nich nasza gospodarka niewątpliwie rozwijałaby się gorzej. Nie jest to jednak sprawa życia i śmierci, ponieważ w kolejnej perspektywie budżetowej, Polska będzie w coraz mniejszym stopniu korzystała z pomocy strukturalnej. Prędzej czy później, jako kraj rozwinięty, stracimy te fundusze, z tego powodu nie ma więc po co o nie walczyć. Przy utrzymaniu tych czterech rzeczy, cała sytuacja nie wydaje się aż tak groźna, jak mogłoby wynikać z wielu komentarzy czy publikacji.

Unia Europejska to również jej urzędnicy. Donald Tusk pozostanie na stanowisku szefa Rady Europejskiej na drugą kadencję. Skąd wynika tak wysokie poparcie krajów członkowskich Unii Europejskiej dla tego polityka? Kandydata zaproponowanego przez polski rząd nie zaproszono nawet na szczyt w Brukseli, w ostatnich dniach władze kolejnych państw UE zapewniały o swoim wsparciu dla kandydatury Donalda Tuska i rzeczywiście pozostał na kolejną kadencję, a wyboru przewodniczącego RE nie odroczono

Wynika to z sytuacji, w jakiej znajduje się Unia. Nie ma sensu robić rewolucji na tak poważnym stanowisku, jak przewodniczący Rady Europejskiej w sytuacji, gdy Unia jest w kompletnym kryzysie. Nadchodzą bardzo ważne dla UE wybory, w Niemczech i Francji i to one tak naprawdę ustawią agendę polityczną Unii Europejskiej na przyszłość. Toczenie bojów o stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej, które, powiedzmy sobie szczerze, choć bardzo prestiżowe, nie jest jednak szczególnie ważne. Z punktu widzenia tych państw, dyskusja nad tym stanowiskiem jest co najmniej czwartorzędna, dlatego nie chcą takiej dyskusji otwierać. Po drugie, nie chcą tworzyć precedensu, że jeden kraj może „machać” całą Unią Europejską, a tak to jest postrzegane w wielu europejskich stolicach. Jeden kraj, który w dodatku nie należy do czołówki, czy to pod względem gospodarczym, czy demograficznym. Polska jest pod tym względem szóstym krajem Unii Europejskiej, piątym, jeżeli Wielka Brytania faktycznie wyjdzie z UE. Stąd ta niezgoda. I nie podejrzewam nawet, by była to szczególna miłość europejskich przywódców do Donalda Tuska. Przewodniczący, jak przewodniczący. Człowiekowi sprawującemu tę funkcję bardzo trudno jest czymś konkretnym się wykazać, ponieważ nie daje ona tak naprawdę żadnych szczególnych kompetencji. Myślę, że chodzi bardziej o to, że „jakiś” ten przewodniczący RE jest i w dobie kryzysu, w którym znajduje się Unia Europejska kraje członkowskie nie chcą rozpoczynać o niego wielkiego boju. Zwłaszcza, że nie naraził się w żaden sposób krajom Unii Europejskiej, więc czemu nie miałby zostać wybrany ponownie. Jedynym krajem, który podnosił kwestię Donalda Tuska była tak naprawdę Polska.

 

Bardzo dziękuję za rozmowę.