27.09.15, 17:15

Eksplozja, którą usłyszała cała Polska! Bracia Kowalczykowie których bali się esbecy

W październiku 1971 r. po raz kolejny przygotowywano w auli Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu wielką fetę z okazji święta Milicji Obywatelskiej i Służby Bezpieczeństwa. Nic nie zapowiadało, że, w tak odległym od Wybrzeża i uchodzącym za jedno z najspokojniejszych miast w Polsce, ktoś upomni się o zamordowanych przez reżim komunistyczny w 1970 r. stoczniowców i z niespotykaną dotąd mocą i determinacją zagrozi komunistycznym zbrodniarzom.

Tym razem miała być to uroczystość wyjątkowa. Nagradzani mieli być funkcjonariusze oddelegowani z Opola w grudniu 1970 r. do krwawego tłumienia robotniczych wystąpień na Wybrzeżu. Haniebną wymowę planowanej uroczystości pogłębiał fakt udziału w głównej roli tego ponurego spektaklu nowego komendanta wojewódzkiego MO w Opolu, pułkownika Juliana Urantówki, przeniesionego na to stanowisko ze Szczecina. W grudniu 1970 r. występował on tam w roli kata stojącego na czele milicyjnych szwadronów śmierci strzelających na jego polecenie do robotników.

Do haniebnego uczczenia komunistycznych zbrodniarzy jednak nie doszło a aula opolskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w nocy z 5 na 6, a właściwie 6 października 1971 r. o świcie, została wysadzona w powietrze.

Samotnymi bojownikami, którzy nie dopuścili do fetowania przez zbrodniarzy kolejnego zwycięstwa nad narodem i znieważania pamięci pomordowanych stoczniowców, byli bracia Jerzy i Ryszard Kowalczykowie, pracownicy opolskiej WSP. Wysadzenia auli dokonał Jerzy Kowalczyk za wiedzą brata Ryszarda, lecz bez czynnego jego udziału.

Bracia Kowalczykowie przyjechali do Opola z rodzinnej miejscowości Rząśnik pod Wyszkowem. Starszy brat Ryszard dostał się tu na studia na wydziale fizyki w 1958 r. Po ukończeniu studiów z wynikiem bardzo dobrym, jako wybitnie zdolny absolwent, objął na tym wydziale asystenturę, a potem funkcję starszego asystenta. W 1971 r. obronił na Uniwersytecie Wrocławskim pracę doktorską wyróżnioną nagrodą Ministra Oświaty. Młodszy brat Jerzy po odbyciu zasadniczej służby wojskowej dołączył w 1961 r. do Ryszarda na stanowisko pracownika technicznego w katedrze fizyki.

Bracia znaleźli się w Opolu po burzliwych kolejach losu, których zaznali w rodzinnych stronach jako świadkowie i spadkobiercy tradycji walki z niemieckim, a potem sowieckim okupantem. W domu Kowalczyków ukrywali się partyzanci podziemia antykomunistycznego. Ojciec, kowal i ślusarz z zawodu, naprawiał im broń. Walka zbrojna z narzuconą narodowi władzą komunistyczną toczyła się w ich rodzinnych stronach do późnych lat 50. XX w., a jej tragiczny finał pozostawił trwały ślad w ich p

amięci. Byli świadkami niezłomnej walki podziemia z narzuconą władzą i krwawej, okrutnej rozprawy UB i NKWD z polską partyzant

ką. Odział Narodowego Zjednoczenia Wojskowego, w którym walczył ich stryj, Stanisław Kowalczyk, został rozbity 27 sierpnia 1951 r. Starszy z braci, Ryszard, był świadkiem haniebnego poniżania bliskich mu polskich patriotów na sali sądowej w stalinowskim procesie odbywającym się w1952 r. na zamku w Pułtusku. Stryja Stanisława wraz z dowódcą Janem Kmiołkiem skazano na karę śmierci. Zbezczeszczonych ciał obu żołnierzy, zamordowanych w więzieniu przy ul. Rakowieckiej w Warszawie w dniu 7 sierpnia 1952 r., rodzinom nigdy nie wydano.

Wyniesiony z domu rodzinnego patriotyzm i nienawiść do obcego, narzuconego Polsce przemocą systemu komunistycznego, nie pozwalały braciom w milczeniu godzić się z krzywdą i kłamstwem. Już w szkole podstawowej w Rząśniku weszli w konflikt z dyrektorem (zwłaszcza Jerzy) na tle nauczania polskiej historii. Jerzy, by przeciwstawić się komunistycznemu kłamstwu, przynosił do szkoły przedwojenne podręczniki, które zostały mu skonfiskowane. Z powodu nieprzejednanej postawy miał problemy, które, mimo ponadprzeciętnych zdolności, przeszkodziły mu w zdobyciu wykształcenia. Po szkole zawodowej trafił do zasadniczej służby wojskowej. Dopiero w Opolu ukończył technikum mechaniczne i zamierzał uczęszczać wieczorowo na studia techniczne. Starszy brat Ryszard w czasie nauki w liceum nawiązał współpracę z organizacją Wolność i Niezawisłość, włączając się w prowadzoną na terenie Pułtuska akcję plakatową. Z powodu korespondencji utrzymywanej z innym stryjem, którego losy wojenne rzuciły do Kanady, podejrzewany był przez pułtuski PUBP o działalność w WiN. Był bity i zmuszany do składania obciążających zeznań. W klasie maturalnej powtórnie był przesłuchiwany i bity oraz zawieszony na miesiąc w prawach ucznia w związku z donosem w sprawie słuchania stacji radiowych BBC i „Wolnej Europy”. Z takim bagażem doświadczeń i opinią wroga systemu, pomimo zdania egzaminów na fizykę na Uniwersytecie Warszawskim, Ryszard nie dostał się tam na studia. W latach 1956-1958 pracował w Warszawskim i Białostockim Przedsiębiorstwach Elektryfikacji Rolnictwa. W 1958 r. dostał się na wymarzona fizykę w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu.

Niestety, ponura rzeczywistość komunistyczna nie pozwoliła o sobie zapomnieć również w tym mieście. Tu bracia przeżyli boleśnie inwazję wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację i tu, na opolskiej WSP, byli świadkami rozprawy władz komunistycznych z protestami studenckimi w marcu 1968 r. Widzieli, jak w atmosferze politycznej prowokacji uczelniany aparat partyjny PZPR, rzucając pod adresem najaktywniejszych przedstawicieli studentów oszczercze oskarżenia, usuwa ich z uczelni i kieruje do karnych kompanii wojskowych.

Nienajlepsza polityczna reputacja opolskiej WSP, na której organizowano nieustannie konwentykle i wojewódzkie zjazdy partyjne, pogorszyła się znacznie po 1968 r. Nazywano ją „Czerwoną Sorboną”, ponieważ stała się zapleczem kształcenia funkcjonariuszy partyjnych, MO i SB oraz kuźnią kadr dla tych instytucji. Ogromna aula, która była własnością uczelni i służyła do uroczystych inauguracji roku akademickiego, stała się de facto miejscem celebrowania świąt komunistycznych i organizowania partyjno-milicyjnych akademii. Bracia Kowalczykowie obserwowali te prosowieckie i antypolskie spektakle z obrzydzeniem, zaś aula, którą mijali codziennie idąc do pracy, była dla nich żywym symbolem i świadectwem komunistycznego zniewolenia. Oburzała ich komunistyczna arogancja i antynarodowa buta, gdy występował tam, znany ze swej krwawej obietnicy obcinania rąk podniesionych na władzę ludową, premier komunistycznego rządu Józef Cyrankiewicz. Jeszcze przed 1970 r. chcieli dokonać w niej jakiegoś ośmieszającego partyjnych dygnitarzy pirotechnicznego wybuchu, który by ich przestraszył i co najwyżej pobrudził wystrzeloną sadzą.

Czas na sarkazm i ironię skończył się jednak, gdy Polskę obiegła w grudniu 1970 r. przerażająca wiadomość o dokonaniu przez komunistów krwawej masakry robotników Wybrzeża protestujących przeciwko wprowadzonym podwyżkom cen żywności i artykułów pierwszej potrzeby.

Gdy milicja i Służba Bezpieczeństwa z pomocą wojska Jaruzelskiego krwawo stłumiły wystąpienia robotnicze, zmieniono ekipę rządzącą z Władysławem Gomułką na czele na ekipę Edwarda Gierka, chroniąc w ten sposób osoby odpowiedzialne za wydanie i wykonanie rozkazów strzelania do robotników. Wprowadzono jednocześnie zmiany w sferze ekonomicznej. Otwierały one PRL na częściową współpracę z Zachodem. Sprzyjały jednak przerwaniu izolacji sowieckiej gospodarki wojennej od nowoczesnych technologii. Obietnice poprawy bytu miały również na celu odwrócenie gniewu społecznego za dokonane przez reżim zbrodnie i skierowanie uwagi na dobra konsumpcyjne. Nie zrezygnowano jednocześnie z politycznego zamordyzmu i milicyjnych represji wobec osób o opozycyjnym nastawieniu.

Grudniowa masakra na Wybrzeżu obnażyła i przypomniała nieludzką, zbrodniczą bezwzględność reżimu komunistycznego. Wydawało się, że zmaltretowane fizycznie i moralnie społeczeństwo niezdolne będzie przez długie lata do podjęcia czynnego działania i upomnienia się o sprawiedliwość. W 1971 r. wiele wskazywało, iż komuniści osiągnęli zamierzony cel. Ale bracia Kowalczykowie nie zamierzali patrzeć obojętnie na zbrodnicze poczynania reżimu.

Jerzy Kowalczyk rozpoczął zwożenie z rodzinnego Rząśnika materiału wybuchowego odzyskiwanego z poniemieckich i posowieckich niewypałów. W planowy i przemyślany sposób, wnosząc go kanałami wentylacyjnymi, rozmieszczał ładunek pod aulą WSP. Sam wspominał po trzydziestu latach:

Kiedy w 1970 r. ci właśnie milicjanci, wspierani przez oddziały wojska Jaruzelskiego, dokonali masakry robotników, moja rozpacz, że mordują rodaków, i bezsilność, pchnęły mnie do szaleńczego kroku zniszczenia tego symbolu zniewolenia, służalczości i areny do świętowania namiestników Kremla. Może nawet i tak by się nie stało, ale właśnie w tej auli miała się odbyć dekoracja bezpośrednich uczestników masakry, oddelegowanych służbowo z Opola do Gdańska”.

Wybuch był potężny i przeraził władze komunistyczne. Okazało się bowiem, że skoro stało się to w znanym ze spokoju Opolu, nie ma już w Polsce miejsca, gdzie komuniści mogliby czuć się bezpiecznie. Bracia Kowalczykowie w akcie desperackiego sprzeciwu, jak przystało na spadkobierców zbrojnego podziemia, spod ziemi wydobyli broń, by stanąć do walki w obronie mordowanego narodu. Dokonali eksplozji ku przestrodze zbrodniarzy i w proteście przeciwko ich bezkarności, Zniszczyli miejsce, które miało stać się areną zniewagi ofiar zbrodniczego reżimu. Czyn ten miał czytelny zamiar polityczny i tak określał go później, w trakcie prowadzonego już dochodzenia, Jerzy Kowalczyk. Dnia 18 maja 1972 r. w trakcie wizji lokalnej powiedział:

 „Istotą i zasadniczym celem mego działania było wytworzenie w społeczeństwie przekonania o istnieniu w Polsce jakiejś siły – opozycji walczącej z aktualnie istniejącym porządkiem politycznym”. Dał też wyraz przekonaniu, że: „Wysadzenie auli przed tą uroczystością zostanie jednoznacznie przez społeczeństwo odczytane jako demonstracja polityczna”.

Rozpoczęto niezwłocznie gorączkowe śledztwo, w które zaangażowano setki funkcjonariuszy i dziesiątki oficerów dochodzeniowych. W lutym 1972 r. bracia zostali aresztowani i oskarżeni z art.126 par. 1 Kodeksu Karnego o dokonanie zamachu na funkcjonariuszy państwowych, za co kodeks przewidywał wyrok od 10 lat pozbawienia wolności do kary śmierci włącznie. Proces przypominał sądy kapturowe z czasów stalinowskich. By móc wydać najsurowszy wyrok, celowo zastosowano błędną kwalifikację czynu, choć wybuch nastąpił na wiele godzin przed planowaną akademią i nikt w rezultacie tego wybuchu nie zginął, a nawet nie odniósł najmniejszego zadraśnięcia. W 2001 r. Jerzy Kowalczyk w związku z tą okolicznością wspominał:

W nocy z 5 na 6 października 1971 r., w przeddzień akademii z okazji święta milicji, wysadziłem to miejsce w powietrze. Zarzucano mi potem podczas procesu, że chciałem z ludźmi i tak dalej. Gdybym chciał, to bym tak zrobił, ale nie chciałem i nie zrobiłem tak; decyzja należała tylko i wyłącznie do mnie”.

Niezależnie od materialnych dowodów i argumentów obrony w dniu 8 września 1972 r. na rozprawie przed Sądem Wojewódzkim w Opolu pod przewodnictwem sędziego Zygmunta Jaromina zapadł wyrok śmierci na Jerzego Kowalczyka i wyrok 25 lat pozbawienia wolności na Ryszarda Kowalczyka .Tak niewspółmierny do czynu i drakoński wyrok był w istocie zemstą reżimu komunistycznego za ośmielenie sięœpodniesienia ręki na władzę mieniącą się być ludową. Był ostrzeżeniem dla tych, którzy chcieliby naśladować braci Kowalczyków. Paradoksalnie wyrok ten zadziałał mobilizująco na opinię publiczną, poruszoną jawną niesprawiedliwością. Skłonił rozmaite środowiska, przeżywające dotąd w osamotnieniu i milczeniu koszmar komunizmu, do podejmowania protestów w obronie braci, zwłaszcza Jerzego zagrożonego wykonaniem kary śmierci. Było to zbieranie podpisów i wysyłanie apeli o złagodzenie kary. W rezultacie ogromnej, jak na czasy terroru, reakcji społecznej oraz nagłośnienia sprawy w mediach zachodnich, w styczniu 1973 r., stosując prawo łaski, zamieniono Jerzemu Kowalczykowi karę śmierci na 25 lat więzienia. Po latach Jerzy tak oceniał ten czas:

Skazano mnie za to w 1972 r. na karę śmierci, ale po pół roku ułaskawiono, zamieniając śmierć przez powieszenie na powolną śmierć przez dożywotnie uwięzienie. I tak by w istocie było, gdyby nie powstańczy zryw narodu polskiego w 1980 r.. Pod koniec 1985 r., w wyniku zmasowanej presji szlachetnej części narodu polskiego, zwolniono mnie warunkowo. W więzieniu straciłem zdrowie, jestem inwalidą. Żyję na torfowiskach niedaleko Rząśnika, pośród resztek dzikiej przyrody. Jestem szczęśliwy… prawie szczęśliwy, jak Iwan Denisowicz Sołżenicyna, kiedy najadł się do syta, czegokolwiek, ale do syta. Moi rodzice zmarli, a mój najmłodszy brat – Narcyz – na którego mogłem zawsze liczyć
i który walnie przyczynił się do mojego uwolnienia z katorgi, jest od dwóch lat sparaliżowany. Czy warto było zapłacić tak straszliwą cenę za bunt przeciwko tyranii? Dzisiaj po latach myślę, że tak. Każde ludzkie działanie składa się z małych etapów, jak świat z atomów. Wszystko, co nowe rodzi się boleściach. Niestety
!”.

Droga do uwolnienia braci była jednak znacznie dłuższa niż zmiana wyroku. Do ich uwolnienia przyczyniły się walnie protesty z czasu rewolucji solidarnościowej lat osiemdziesiątych. Ryszarda Kowalczyka zwolniono warunkowo 1983 r., a Jerzego w 1985 r.

Zdecydowanie dłużej, bo do dnia dzisiejszego, trwały i nadal trwają próby przywrócenia braciom Kowalczykom dobrego imienia, szarganego przez reżimowe instytucje i media, ale i środowiska postkomunistyczne i antykomunistyczne w rzekomo wolnej już Polsce. Jednym z ostatnich na tej drodze działań, podejmowanych przez Opolskie Stowarzyszenie Pamięci Narodowej, był, zakończony niepowodzeniem, wniosek o wmurowanie tablicy upamiętniającej czyn braci Kowalczyków na fasadzie budynku dzisiejszego Uniwersytetu Opolskiego – spadkobiercy dawnej opolskiej Czerwonej Sorbony. Niezbadane ścieżki sprawiedliwości sprawiły, że dzieło to doprowadziła do szczęśliwego finału w Gdańsku śp. Anna Walentynowicz .

Czyn braci Kowalczyków, którzy w tak dramatyczny sposób upomnieli się o ofiary grudniowej masakry na Wybrzeżu i zaprotestowali przeciwko bezkarności komunistycznych zbrodniarzy, stał się początkiem wzbierającej lawiny, sygnałem do samoorganizowania się społeczeństwa, które zapoczątkowało nowy proces na drodze do odzyskania niepodległości.

Ich postawa i złożone w ofierze dla ojczyzny cierpienie są powodem do dumy dla mieszkańców połączonych heroicznym czynem braci Kowalczyków miast – Gdańska i Opola.

Autor: Wiesław UKLEJA

http://www.ngopole.pl/

Komentarze

anonim2015.09.27 19:51
"Środek Europy przygnieciony pięścią komunizmu" śpiewał zespół Dezerter w połowie lat 80-ych zeszłego stulecia, marząc o o wysadzeniu pewnego pałacu, będącego "darem" zbrodniczego satrapy ze wschodu. Budowla stoi do dziś - symbol konia trojańskiego, do którego obecności już się przyzwyczailiśmy ?
anonim2015.09.27 20:55
Niesamowite!!! Dziękuję Panom za bohaterską postawę, znak dla całego Narodu!!!