21.02.14, 10:17Koszulka dla Papieża (fot. Nakocialapa.pl)

Kościół zachęca młodych do brania ślubów. Don’t kocia łapa!

Fronda.pl: Krajowy Ośrodek Duszpasterstwa Rodzin rozpoczyna kampanię, która ma na celu uwrażliwienie społeczeństwa na rosnącą liczbę związków żyjących w konkubinacie. Symbolem kampanii stała się koszulka z napisem „Keep calm don’t kocia łapa”, jaką narzeczeni wręczyli papieżowi Franciszkowi podczas walentynkowego spotkania. To świetnie wykorzystanie popularnego w popkulturze motywu, ale ja zastanawiam się na ile może to przemówić do par, żyjących w związku niesakramentalnym – nie obawia się Ksiądz, że mogą się w jakiś sposób poczuć napiętnowani albo gorsi, dlatego że żyją bez ślubu?

Ks. Przemysław Drąg, dyrektor Krajowego Ośrodka Duszpasterstwa Rodzin: Sama etymologia tego sformułowania wskazuje na to, że osoby w związkach niesakramentalnych żyją przede wszystkim dla samych siebie. W związkach na „kocią łapę” ludzie mają własne pragnienia, zainteresowania, kręgi przyjaciół. Mówią sobie: „Daję ci mój czas, wspólne mieszkanie, bycie razem ale od-do”. Nawet jeżeli ktoś zaangażuje się w taką pełną relację, z miłością, uczuciem, to jednak zawsze jest ten lęk, że pewnego dnia druga stronie powie „Stop, dalej już nie chcę”. I rozejdą się, bo przecież nie łączą ich żadne zobowiązania.

Takie pary zapewniają przecież, że „naprawdę się kochają”.

Często to słyszę. Pytam więc, dlaczego nie chcą zawrzeć małżeństwa i wtedy pojawia się litania rozmaitych powodów. A tak naprawdę, z tego wszystkiego najmocniej wybrzmiewa lęk przed zaangażowaniem się. Myślę, że problem robi się znacznie poważniejszy. Przez to, że ludzie wychodzą z różnych rodzin, często nie potrafią dorosnąć do wzięcia odpowiedzialności za drugą osobę. Młodym parom w konkubinatach zdaję czasem pytanie: „Skoro mówicie, że się kochacie, żyjecie ze sobą, „wypróbowaliście się”, to czemu wciąż nie chcecie zawrzeć związku małżeńskiego? Myślę, że w wielu przypadkach – i to również wychodzi w rozmowach z narzeczonymi – ludzie mają w sobie wielki lęk przed zaangażowaniem w relację tak naprawdę, do końca, na 100 procent, wielki lęk, czy wytrwają w małżeństwie do końca życia i wielki lęk przed wzięciem za kogoś odpowiedzialności.

Skąd się biorą te lęki?

Małżonek jest kimś szalenie ważnym – jego nie można zostawić w czasie choroby, nieszczęścia czy dlatego, że mi się znudził. Za małżonka bierze się odpowiedzialność przed społeczeństwem, wobec wspólnoty, przed Kościołem, przed Panem Bogiem. Myślę, że tu tkwi problem. Nasza akcja wcale nie ma na celu stygmatyzowania, pokazania, że jakaś para jest „be”. Chcemy pokazać młodych ludzi, którzy chcą dla siebie trwać w miłości, czystości, być dla siebie najważniejszymi, nie dopuszczając możliwości znudzenia się drugą osobą. Ktoś, kto już na samym początku zakłada, że związek będzie trwał, dopóki nam będzie razem dobrze, nie wchodzi w relację z drugim człowiekiem, ale zawiera jakąś umowę handlową. „Będę z Tobą, dopóki będzie nam dobrze” – to deklaracja, która całkiem pomija wymiar osobowy drugiej strony.

Ma Ksiądz jakąś receptę na to, by wypędzić te wszystkie przedmałżeńskie lęki z młodych ludzi? Jak chce Ksiądz pokazać, że małżeństwo wcale nie jest takie straszne, jak je niekiedy malują?

To na pewno nie jest takie proste. Pewne argumenty przemówią do jakiejś grupy osób, dla innych będąc całkowicie nietrafionymi. Myślę jednak, że wielką pomocą jest tu nauczanie Jana Pawła II, zwłaszcza środowe katechezy „Mężczyzną i kobietą stworzył ich” czy „Miłość i odpowiedzialność”. Papież nieustannie przypominał, że miłość jest piękna, ale też zawsze odpowiedzialna. W roku kanonizacji Jana Pawła II chciałbym przybliżyć młodym ludziom to, co papież mówił o miłości, odpowiedzialność i małżeństwie. Zresztą, to nauczanie mocno wybrzmiało także podczas ostatniego spotkania młodych narzeczonych z papieżem Franciszkiem. Widziałem, że to do nich naprawdę trafiało. Piękno miłości i odwaga, by umieć zatroszczyć się do końca o drugą osobę, dać jej swój czas, wytrwać w wierności. Te argumenty przemawiają. Będziemy o tym mówić, pokazywać, zachęcać, ale nie na zasadzie stygmatyzowania kogokolwiek, ale raczej przez pokazanie, czego ludzie sami dobrowolnie się pozbawiają. Czegoś pięknego i dobrego…

Grupą docelową kampanii są tylko młodzi, żyjący w konkubinatach?

Nie tylko, swoje przesłanie będziemy także kierować do rodziców ludzi młodych. Często zdarza się, że młodzi chcą się pobrać, ale to rodzice mówią im „Zaczekajcie, najpierw się wypróbujcie, etc”. Chcemy pokazać, że życie w konkubinacie przed ślubem nie daje żadnej gwarancji na to, że to małżeństwo będzie później szczęśliwe, przetrwa bez kryzysów. W Stanach Zjednoczonych, Szwecji czy Kanadzie prowadzone są badania, które bardzo jasno pokazują, że te pary, które przed ślubem żyły w konkubinacie, bardzo szybko się rozwodzą. I potem pojawia się problem dzieci z takich rozbitych rodzin, które nie mając dobrych wzorców, dorastają i także wchodzą w relacje na „kocią łapę”. Chcemy przystąpić do takiego zmasowanego ataku, punkt po punkcie przypominać młodym o miłości i odpowiedzialności. To nie jest jednorazowa akcja, będziemy powracać do tego tematu cyklicznie.

A może jest też tak, że młodzi ludzie nie biorą ślubów kościelnych z obawy przed wymaganiami, jakie Kościół stawia małżonkom?

Tu nawet nie chodzi o wymagania Kościoła. Kiedy młodym ludziom ze związków niesakramentalnych zadawałem pytanie, czemu nie wezmą ślubu kościelnego, odpowiadali: „Proszę księdza, bo w kościele to jest na serio”. Tu ślubuje się przed Panem Bogiem, nie ma jak oszukać drugiej osoby. Widać, że ci młodzi mają takie pragnienie wielkiej miłości, wiedzą, że w kościele jest to związane z sakramentem małżeństwa, który jest nierozerwalny i ciągle się boją. Boją się dokonywać takiego wyboru. I to tym mówił także Ojciec Święty podczas ostatniego spotkania z narzeczonymi w Rzymie – o lęku przed tym, co będzie jutro. Bo przecież nie ma domu, mieszkania, pracy… Franciszek mówił o cierpliwości, miłości, wytrwałości. Dzięki miłości, która jest trwała i piękna mężczyzna staje się w małżeństwie „bardziej mężczyzną”, a kobieta „bardziej kobietą”. Dzieje się to dzięki tej drugiej osobie oraz oparciu i miłości, jaką ona daje. Owszem, to się może okazać dla niektórych nie do przyjęcia, ale akurat nie boję się tego bardzo.

Jakie działania będzie obejmowała kampania, zachęcająca młodych ludzi do zawierania małżeństw?

Cały czas funkcjonuje nasza strona internetowa Nakocialape.pl, na której będą się ukazywać nowe materiały. Oprócz tego, rozpoczynamy bardziej naukową refleksję – 27 lutego odbędzie się konferencja prasowa pt. „Konkubinat i co dalej?”. Wystąpi na niej m.in. ks. Wojciech Sadłoń z ISSK, Jerzy Grzybowski ze „Spotkań małżeńskich” i Małgorzata Walaszczyk, doradczyni życia rodzinnego. Na pewno z czasem będą się pojawiać kolejne inicjatywy związane z akcją, którą będziemy promować także przez duszpasterstwo akademickie czy Ruch Czystych Serc i KSM.

Rozmawiała Marta Brzezińska-Waleszczyk 

Komentarze

anonim2014.02.21 11:58
Ludzi nie stać na ślub w kościele,bo klecha żąda sporo kasy ,a potem wesele masa kosztów. Zresztą nie widać aby kościołowi zależało aby ludzie zawierali sakrament małżeństwa,zero ewangelizacji tych ludzi,zero zachęty aby zyli po bozemu.Kler minął się z ludźmi i idzie gdzieś dalej ,kler za cel swego powołania wziął dostatek luksus i zero problemów .To co mówi Papież nic ich nie obchodzi i panuje zdumiewające milczenie na temat jego nauczania w kwestii ubóstwa,nie brania pieniedzy za sakramenty ,oni chcą przeczekać tego Papieża. Mieli by problem gdyby Papież zmusił ich do skromności i ewangelizacji za pomocą pisemnych rozporządzeń,ale skoro ich nie wydaje to oni uważają że ..."ksiądz na parafii ,równy papiezowi".
anonim2014.02.21 12:50
Małżeństwa nieformalne, określane też jako konkubinaty, to nic nowego wśród katolików. Przed Soborem Trydenckim, który odbył się w połowie XVI w były one powszechne wśród biedoty. Kościół instytucjonalny koncentrował się na małżeństwach celebrytów, czy innych książąt, bo miały one duże znaczenie polityczne, czy też w zakresie prawa spadkowego, a poza tym były „na widoku”. Dopiero Sobór Trydencki wprowadził obowiązujący do dziś wszystkich katolików sposób zawierania małżeństwa. Żeby ich małżeństwo było ważne (dla kościoła, a w ówczesnej praktyce również dla państwa) musi zostać zawarte w kościele z udziałem księdza i dwóch świadków. Przy okazji ogłoszono dogmat o sakramencie małżeństwa. Z grubsza chodziło o to, że jeśli ktoś powiedziałby, że małżeństwo to kościelny wymysł, a nie sakrament pochodzący od Jezusa, to „niech będzie wyklęty”. W dzisiejszych czasach obserwujemy powrót do małżeństw nieformalnych i nie ma w tym nic złego. To że KK nawołuje by zawierać małżeństwa w kościele, to ze względu na powyższy dogmat i wciąż obowiązującą decyzję o ważności dla kościoła tylko małżeństwa zawartego formalnie jak powyżej, nie dziwi i jest całkowicie naturalne. Dla osób , które nie postrzegają małżeństwa jako sakrament, czyli dla nie-katolików, temat jest bez znaczenia. Żyją sobie jak chcą i do kościoła oczywiście się nie wybierają. Zaskakujące jest, i to do nich jak rozumiem zwrócona jest cała akcja, kiedy osoby uważające się wciąż/jeszcze/bynajmniej za katolików, żyją w małżeństwie nieformalnym i odżegnują się od sakramentu w kościele jak diabeł od święconej wody.
anonim2014.02.21 16:47
Pomieszanie z poplątaniem i w dodatku głupie tłumaczenie braku wiary. Żyjący na kocią łapę nie interesują się Przykazaniami Bożymi więc też nie interesują się relacjami z Panem Bogiem. Nieważne jest dla nich, że Bóg ma być na pierwszym miejscu. Gdyby było inaczej nikt z nich nie śmiałby choć w malutkim stopniu obrazić Boga.
anonim2014.02.21 19:13
Niestety to wina naszej kultury, że ślub, wesele to taka impreza z wielką pompą i kasą. Mogły by być tanie, skromne wesela, ale młodzi ludzie obawiają się, że zostaną wyśmiani, wstydzą się tego. Irytuje mnie równiez wysokość tych opłat dawanych księdzu. Słyszałem, że muszą to być kwoty rzędu setek albo i nawet 1 tys. złotych. Jeszcze jak rodzice są zamożni, to sypną kasą, ale jak sami młodzi żyją z pracy dorywczej, gdzieś w kawalerce, to jak mogą coś takiego zorganizować. I te obawy są słuszne i zrozumiałe. Tu nie chodzi o lęk przed zaangażowaniem! Tu jest problem w gospodarce, w braku miejsc pracy, stabilizacji na rynku itd.
anonim2014.02.21 19:22
ja na kocia lape zyje 11 lat. jak w kazdym dlugodystansowym zwiazku kryzys sie pojawil. walczylismy o nasz zwiazek i wszystko akonczylo sie dobrze. jesli dwoje ludzi sie kocha, beda starali rozmawiac ze soba jak partnerzy i szukac rozwiazania. jestesmy dla siebie najlepszymi przyjaciolmi. jest w naszym zwiazku duzo milosci i zrozumienia. kazde z nas jest dumne z sukcesow drugiego, nawet jesli sa to male sukcesy. zadne sztuczne wiezy tego nie zastapia. zadne sztuczne wiezy tego nie sprawia.
anonim2014.02.21 22:41
Ludzie! 14 komentarzy i wszystkie nie bez sensu. Czy to są trole czy też poziom nauki tak nisko w Polsce updadł, że zrozumienie prostego tekstu nastręcza problemy. Czy jest gdzieś możliwość dyskutowanie z poważnymi ludzmi? Jakieś kluby e-mailowe? Zaczynam wątpić w sens komentarzy. Przecież tu nie da się poważnie rozmawiać!
anonim2014.02.22 12:51
Jak napisała @olla: pomieszanie z poplątaniem. Do poważnego, twardego życia ma wzywać niepoważna, luzacka akcja? Brak logiki. Patrząc na ilość rozwodów wg mnie należałoby propagować coś odwrotnego: zastanów się 5 razy, czy dorosłeś do katolickiego małżeństwa i tyle samo, czy chcesz trafić do piekła żyjąc w "raju" konkubinatu. Gdybym był księdzem perspektywa udzielania sakramentu małżeństwa zdecydowanie "letnim" parom byłaby czymś chyba przerażającym. Umiejętność dukania po angielsku to w erze wszechobecnej pornografii zdecydowanie za mało dla takiego zobowiązania na ok. 40-50 lat. W każdym bądź razie w miarę rozsądny i wierzący mężczyzna powinien się kilka razy zastanowić, dzisiejsze euro-kobiety są zdecydowanie przereklamowane.
anonim2014.02.24 10:12
Tyle idiotycznych komentarzy na raz? Najwidoczniej nie chodziliście na żadne przygotowania przedmałżeńskie i nawet nie wiecie, co się w tym zawiera i w jakiej formie. Zacznę od końca: @Solidarny2014: a temperaturę własnego umysłu kiedyś badałeś? Po pierwsze badania metodą objawowo-termiczną uczone są w poradni małżeńskiej dla narzeczonych. I w większości przypadków uczą osoby świeckie, w których z kolei większość stanowią kobiety. Co więcej, akurat pochwa nie jest jedynym miejscem dokonywania pomiaru, równie dobrze można tę temperaturę mierzyć w ustach. Natomiast nauki przedmałżeńskie to taka ponowna katecheza dla osób bardziej dorosłych i dojrzałych, niż licealiści, z resztą także często prowadzona przez osoby świeckie. Akcja skierowana jest do młodych osób, głównie i przede wszystkim katolików. Katolików, o których toczy się walka z obecną modą związku "na parę lat, ale bez przesady". Ja z kolei czytałem kiedyś w newsweeku wywiad z jakimś doktorem z UG. Opowiadał, jakie to pożyteczne społecznie, że ludzie się rozwodzą, albo w ogóle nie mają ślubów, płodzą dzieci, a później zmieniają partnerów i tworzą patchworki. Bo to takie kolorowe i nieograniczające. Ta akcja jest kontrpropozycją dla podobnych idiotów, którzy nadają ton modzie w Europie (i na oceanem), z którym katolicy muszą się mierzyć. Żeby ta akcja była skuteczna, stosuje język targetu. Jeśli ktoś uważa, że ma o wiele poważniejsze podejście do tematu, to nie jest akcja dla niego, bo prawdopodobnie jest już tam, gdzie powinien. Ona jest dla tych, którzy zobowiązanie i powagę odrzucają tylko dlatego, że im się źle kojarzy. Trzeba więc innym językiem dotrzeć i przełamać te skojarzenia. Co do samego ślubu i wesela. Owszem, to bardzo droga impreza. Jednak, gdy słyszę informacje tu podane o strojach za 5tys i ile to klecha nie chce w łapę, to się zastanawiam, z kim mam do czynienia? Podpowiem jedynie, że mnie wystarczył smoking za 1000zł (z pasem i muchą), żeby wyglądać więcej niż dobrze i by takie zdjęcie zdobiło później wystawę (nawet nie jedną) na targach ślubnych. Suknia ślubna, to droższa impreza, ale można taką wypożyczyć, odkupić, wreszcie znaleźć nową w cenie nie przekraczającej 2,5k. Można ją także później odsprzedać i odzyskać 30-50%. Prawda jest też taka, że to nie Kościół lansuje modę na 100 i więcej gości, na wypasione dodatki itp, ale kolorowe media, które nie zajmują się weselem Kowalskiego, ale Powiatowskiego i jemu podobnych. Jest to z resztą najgorsze źródło informacji weselnej, bo odrealnione i zwyczajnie durne. Co do księdza, to ksiądz odprawia rytuał, a nie klecha. Sprawa jest następująca: jak Ci się nie podoba jeden, znajdź innego. W miastach nie ma z tym najmniejszego problemu. Poza miastem bywa różnie, ale akurat najczęściej psioczą Ci, co mają największy wybór. Co więcej, interesowałem się trochę "taryfikatorem" i jeśli zaistniała jakaś sugerowana kwota, to najwyższa wynosiła 1000zł i był to jeden tylko przypadek. Z reguły pada odpowiedź dobrowolna ofiara/co łaska, a gdy dopytać się o kwotę to jest to w granicach 350-600zł, w zależności też od świątyni. Z resztą te wysokie kwoty, z reguły dotyczą pakietu, wraz z organistą i zdobieniem kościoła. Pragnę także przypomnieć, że przy ślubie konkordatowym, ksiądz odprowadza od tego opłatę urzędową (czy podatek, nie pamiętam) w wysokości dobrze ponad 100zł. Jak ułożymy się z oprawą muzyczną i jak z dekoracją kościoła, bywa różnie. Zasłanianie się presją rodziny, która naciska na weselisko, jak się patrzy, jest realną przesłanką, ale jeśli ktoś się decyduje na ślub, to trzeba podjąć dojrzałą decyzję, jak nas nie stać, to ograniczamy imprezę. A jeśli rodzinka nie chce się dołożyć, to niech nie liczą na fajerwerki, wodotryski i tańce na lodzie. Bolesne i proste. Zawsze można się ograniczyć do uroczystego obiadu z najbliższą rodziną w restauracji, a nawet w domu, jeśli ktoś ma taką możliwość. Zniesmaczeni, bo to nie po celebrycku i nowobogacku? Trudno. Jeśli natomiast chodzi o samą "kocią łapę", to moje obserwacje oczywiście nie mogą mieć charakteru powszechnych. Natomiast są takie, że żadna para moich znajomych, która zdecydowała się na ślub (z wyjątkiem jednej, sporo starszej i rozdzielonej emigracją) nie wzięła, dzięki Bogu, rozwodu. Za to wieloletnie pary, żyjące na "kocią łapę" porozchodziły się, niejednokrotnie mając dziecko. Jakoś tak się powypalali, w przeciwieństwie do tych małżeństw. I było tak, mniej więcej, jak napisano w wywiadzie: "W związkach na „kocią łapę” ludzie mają własne pragnienia, zainteresowania, kręgi przyjaciół. Mówią sobie: „Daję ci mój czas, wspólne mieszkanie, bycie razem ale od-do”. Taki model: spotykamy się po pracy, łóżko, jakieś wspólne sprawy, ale generalnie każde żyje swoim życiem. Raz jeszcze podkreślę, że akcja jest, że tak powiem, wewnętrzna, skierowana do osób wierzących. Nikt nie kwestionuje świeckich ślubów państwowych. Chociaż sprawa jest ciekawa, jeśli ktoś nie zna Boga i nie chce go w swoim życiu, to ma zawsze ten obrządek cywilny. Ale czemu z niego ludzie także coraz rzadziej korzystają? Ślub cywilny jest tańszy, niż kościelny. Problem jest szerszy, niż tylko katolickie nauki i sakramenty. Natomiast, jeśli ktoś w Boga wierzy, to akcja ma właśnie przekonać, że ślub sakramentalny to nie są żadne "sztuczne więzy", ale są tak żywe, jak żywa jest wiara człowieka i nie są jedynie rytuałem, ale zaproszeniem Boga do tego związku i otrzymaniem silnej łaski. @Rekkon: Na koniec jeszcze jedno: Ci "faceci", którzy zajmują się tematyką rodziny nie zostali wyhodowani w watykańskich fermach dla księży, ale też wywodzą się z jakichś rodzin. Nieraz także rozbitych albo nieszczęśliwych. Współpracują także z osobami świeckimi będącymi w wieloletnich związkach małżeńskich. Mnie natomiast śmieszy (i wzbudza litość) taka ignorancja i niewiedza, oraz "dobre rady" od kogoś, kto ma kościół i wiarę w głębokim poważaniu.