24.11.16, 20:48Ks. Robert Skrzypczak, fot. M.Brzezińska/Fronda

Ks. dr hab. Robert Skrzypczak dla Frondy o niebezpieczeństwie błędnych interpretacji Amoris Laetitia

Joanna Jaszczuk, Fronda.pl: Adhortacja papieża Franciszka, Amoris Laetitia, wywołała i wciąż wywołuje pewne kontrowersje, choć nie wiem, czy jest to najlepsze określenie. Zastanawiające są szczególnie dwa jej zapisy. Jak mógłby Ksiądz odnieść się do tego sporu, szczególnie w kontekście listu 4 kardynałów?

Ks. dr hab. Robert Skrzypczak: Adhortacja Amoris Laetitia jest dokumentem posynodalnym, czyli głosem papieża Franciszka, a także zebraniem większości głosów dwóch synodów z 2014 i 2015 r. poświęconych małżeństwu i rodzinie. Na tych synodach niejako „na czoło” wszelkich spraw takich jak przygotowanie do małżeństwa, duszpasterstwa małżeńskiego itp., wybiła się kwestia z jednej strony tzw. związków nieformalnych, a z drugiej- tzw. dyscypliny sakramentów. I adhortacja papieska Amoris Laetitia, która jest bardzo pięknym, obfitującym w prawdziwe „perełki” i mądrości dokumentem o miłości małżeńskiej, już w samej swej nazwie nawiązuje do dokumentu programowego papieża Franciszka, Evangelii Gaudium, czyli „Radość Ewangelii”. Zwłaszcza do zdania programowego całego pontyfikatu papieża, które umieścił właśnie na początku tego pierwszego dokumentu: „Radość Ewangelii napełnia serce i całe życie tych, którzy spotykają się z Jezusem”.

Amoris Laetitia, a więc „radość kochania”, jest zatem nawiązaniem do tamtego dokumentu. Cały kontekst Chrystusa Zmartwychwstałego, obecności Ducha Świętego w Kościele, jest tym, w którym papież Franciszek chciał rozważać wszystkie trudności w tworzeniu i utrzymywaniu relacji międzyludzkich. Żyjemy bowiem obecnie w świecie relacji zranionych. Spośród całego tego kalejdoskopu zranionych, trudnych, poturbowanych doświadczeń, zwłaszcza ludzi mających za sobą porażkę małżeńską, coraz bardziej wyłania się problem osób rozwiedzionych, żyjących w ponownych związkach. Rozwód coraz bardziej staje się zjawiskiem masowym, pociągając za sobą występowanie w skali równie masowej innego procesu, czyli apostazji następnego pokolenia.

Wiele par, zwłaszcza w związkach niesakramentalnych, bardzo często oddala się od Kościoła i w związku z tym przestaje wychowywać dzieci po chrześcijańsku. W niektórych krajach galopującej sekularyzacji dzieje się to niejako w postępie geometrycznym. Właśnie to zjawisko leży u podstaw troski o pary niesakramentalne. Dokument papieża Franciszka liczący 9 rozdziałów i ponad trzysta paragrafów, bardzo często odwołuje się do konstytucji soborowej Lumen Gentium, zwłaszcza punktów 47-53, które są poświęcone właśnie małżeństwu. Amoris Laetitia sięga też hojnie do nauczania Jana Pawła II, zwłaszcza katechez o teologii ciała. Nawiązuje również do Benedykta XVI, zwłaszcza pierwszej jego encykliki, Deus Caritas Est. Czasami papież Franciszek powołuje się również na cytaty innych autorytetów współczesnej kultury, takich jak Erich Fromm, Dietrich Bonhoeffer czy Martin Luther King; wspomina również swój ulubiony film, czyli „Ucztę Babette”.
Właściwie cały spór związany z tą adhortacją koncentruje się na VIII rozdziale, dotyczącym tzw. dyscypliny sakramentów. W paragrafie 301 oraz 305 znajdują się punkty budzące pewne kontrowersje. W tym pierwszym czytamy, że nie wszystkim sytuacjom, które obiektywnie można uznać za sytuacje grzechu ciężkiego odpowiada subiektywna wina osób w nich tkwiących. Może się tu więc nasunąć pytanie, czy ludziom, którzy obiektywnie żyją w grzechu ciężkim należy przypisać odpowiedzialność za ten stan. Bo jeśli nie mieliby subiektywnej winy, to żyliby w stanie łaski. Jeżeli zaś żyją w stanie łaski, to jaki jest powód, żeby odmówić im dostępu do sakramentów? To pierwszy wielki znak zapytania. Drugi znajduje się w paragrafie 305.

Mam na myśli stwierdzenie, że w przypadku osób żyjących w ponownych związkach należy sięgnąć po duszpasterskie rozróżnianie. Takie osoby, wraz z kierownikiem duchowym, powinny przejść drogę rozeznania i w sytuacji, gdy można coś naprawić albo stwierdzić tzw. okoliczności łagodzące ich winę, to należałoby w miarę możliwości przychodzić tym osobom z pomocą, otwierając jak najszerzej dostęp do zasobów Łaski Bożej znajdującej się w Kościele. Do tego paragrafu dołączony jest przypis 351., w którym papież stwierdza, że w niektórych okolicznościach można nawet udzielić pomocy sakramentalnej. Ojciec Święty „ukwieca” ten przypis słowami, że Sakrament Pokuty, czyli spowiedź, nie powinna nigdy być „salą tortur”, zaś przystępowanie do Eucharystii nie jest nagrodą dla sprawiedliwych, lecz pomocą dla tych, którzy potrzebują Bożego miłosierdzia. Z jednej strony kategoria miłosierdzia została więc postawiona naprzeciwko kategorii „obiektywnej prawdy”, czyli sytuacji, w której znajdują się osoby postrzegane dotychczas w świetle Biblii i Tradycji Kościoła jako żyjące w grzechu ciężkim, co nie pozwalało im - dopóki nie nastąpi nawrócenie, czyli zmiana warunków życia - na dostęp do Eucharystii. Eucharystia jest bowiem sakramentem żywych, czyli ludzi, którzy nieustannie żyją w stanie nawrócenia, mają w sobie doświadczenie przebaczonego, czyli pokonanego grzechu. Jeśli natomiast ktoś poniósł porażkę małżeńską, czyli sakramentalną, i związał się z inną osobą, taka sytuacja eliminuje go z możliwości udzielenia sakramentu, dopóki nie zmieni się jego sytuacja życiowa, czyli nie nastąpi nawrócenie.

Jak do tej pory, jedynym przywilejem wobec tych ludzi był przywilej Jana Pawła II opisany w Familiaris Consortio, adhortacji z 1981 r. Jan Paweł II tłumaczy, że jeśli osoby żyjące w ponownym związku mają na wychowaniu dzieci, żądanie rozejścia się tej pary mogłyby spowodować krzywdę tych dzieci, byłoby dla nich dodatkowym bólem. W tej sytuacji papież dopuścił możliwość sięgnięcia po wstrzemięźliwość seksualną, przyjętą przez partnerów z całkowitą dobrowolnością. Oznacza to, że jeżeli te osoby czują się gotowe, aby kontynuować tę wzajemną odpowiedzialność za dzieci i rodzinę, nie udając jednak, że są mężem i żoną, a więc zobowiązując się do seksualnej wstrzemięźliwości, innymi słowy - żyjąc jak brat i siostra - mogłyby zostać dopuszczone do sakramentu Eucharystii, jednak oczywiście także z uwzględnieniem warunków chroniących innych przed ewentualnym zgorszeniem. Taki był dotychczasowy stan rzeczy, a papież Franciszek jak gdyby otworzył nowe furtki działania.

Problemem Amoris Laetitia jest to, że adhortacja ta nie wyjaśnia do końca pewnych spraw. Na przykład, jeśli istnieją okoliczności łagodzące, które mogłyby obniżyć subiektywną winę osób znajdujących się obiektywnie w stanie grzechu ciężkiego, to nie dowiadujemy się z dokumentu, jakie mogłyby to być okoliczności. Ponadto papież nieustannie powołuje się na rozróżnianie duszpasterskie, czyli pewien dialog, który dokonuje się między penitentem i spowiednikiem, kierownikiem duchowym i mógłby doprowadzić do stwierdzenia stanu łaski lub sytuacji umożliwiającej powrót do stanu łaski. Z Amoris Laetitia nie dowiemy się, jakie są kryteria tego rozróżniania. Nie wiemy, czy chodzi tu o rozróżnianie, które proponuje np. św. Ignacy Loyola (bo jest to tradycja jezuicka), czy to, o którym mówi Katechizm Kościoła Katolickiego. I od tych właśnie znaków zapytania rozpoczęła się dyskusja na poziomie mediów, ale także pewne zakłopotanie, chociażby w seminariach: jak uczyć przyszłych kapłanów? Czy w świetle dotychczasowych dokumentów, takich jak Familiaris Consortia Jana Pawła II, czy w świetle Amoris Laetitia.

Czy mamy rozumieć, że Franciszek zamierza wprowadzić pewne zmiany w dotychczasowym nauczaniu kościelnym? Pojawiały się także próby interpretacji adhortacji „na własną rękę” ze strony różnych konferencji episkopatów, np. Konferencja Episkopatu Filipin w czerwcu rozesłała list do swoich wiernych, nieco arbitralnie przypisując papieżowi interpretację tego dokumentu, pisząc, że papież Franciszek pozwala na prowadzenie do Komunii Świętej osób rozwiedzionych żyjących w nowych związkach, gdyż Eucharystia jest stołem miłosierdzia, wokół ktorego Chrystus „zbiera grzeszników”, aby dawać im pokarm, który ich uleczy. Również biskupi argentyńscy, zwłaszcza metropolii Buenos Aires rozesłali podobny list, a następnie zwrócili się do papieża z prośbą o ocenę słuszności tej interpretacji. I był to jak dotąd jedyny przypadek, kiedy papież Franciszek odpowiedział listem na zapytanie biskupów, jednak list ten jest bardzo lakoniczny w swojej formie.

Jeśli chodzi o interpretację zaproponowaną przez argentyńskich biskupów, papież stwierdza, że takie właśnie rozumienie wydaje się jedynym możliwym w stosunku do tej adhortacji. Oczywiście, jedna interpretacja budzi potrzebę następnych... Ogólnie rzecz biorąc, cały ten zamęt powstał w Kościele ze względu na dowolność interpretacji - każdy może przypisać temu dokumentowi taką, która może być na rękę czy to danej Konferencji Episkopatu, czy określonemu środowisku. Budzi to słuszny niepokój i niezadowolenie części duszpasterzy. I stąd też do papieża Franciszka wciąż napływają listy z prośbami o wyjaśnienie. Z taką prośbą zwróciło się m.in. środowisko związane z Instytutem Plinio Correa de Oliveira, który był jednym z ekspertów Soboru Watykańskiego II. Podobne zapytania zostały zawarte w liście 45 teologów. Oba listy trafiły do papieża w lipcu, jednak pozostały troszkę niezauważone w opinii publicznej, gdyż w międzyczasie zdarzyło się we Francji zabójstwo o. Jacquesa Hamela, a następnie Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Podobne listy wysyłali niektórzy biskupi z Kanady, Kazachstanu czy Stanów Zjednoczonych, no i wreszcie mieliśmy list czterech kardynałów (wszyscy czterej już emerytowani, ale bardzo związani z nauczaniem i działalnością papieża Jana Pawła II), w tym trzech profesorów teologii.

Kardynałowie za pośrednictwem Kongregacji Nauki Wiary zwrócili się do papieża z konkretnymi pięcioma pytaniami dotyczącymi kwestii, o których mówiłem wcześniej. Kongregacja Nauki Wiary zwykle ustosunkowuje się do pytań biskupów czy kardynałów, gdy mają jakąkolwiek wątpliwość dotyczącą nauczania moralnego czy doktryny. Tym razem, mimo że prośba została złożona we wrześniu, aż do listopada nie otrzymali oni żadnej odpowiedzi ani od Ojca Świętego, ani Kongregacji. Postanowili więc podać teraz do publicznej wiadomości treść zapytania, włączając w to całe kręgi katolickiej opinii.

[koniec_strony]

Gdzie leży niebezpieczeństwo fałszywej interpretacji tego dokumentu? Czy chodzi wyłącznie o to, że „ślub kościelny” zdezawuuje się jeszcze bardziej, niż obecnie (biorąc pod uwagę fakt, że śluby, nawet kościelne, coraz częściej  zaczynają przypominać bardziej „show”, niż sakrament, ale to już osobny temat), że zatraci swoją powagę, że wierni będą myśleć: „Nawet, jeśli ot tak zerwę małżeństwo sakramentalne, zwiążę się z inną osobą, to nic się nie stanie, nadal mogę w pełni uczestniczyć we Mszy Świętej, przecież my z partnerką/partnerem się kochamy, miłość jest najważniejsza” itp.; czy też jeszcze o coś więcej?

Z jednej strony istnieje niebezpieczeństwo dowolności interpretacji. Z oczywistych względów prawnicy nie lubią interpretacji, gdyż można je w różny sposób „naginać”, dostosowywać do takich czy innych poglądów. Interpretacje niekiedy odrywają się od interpretowanego źródła i zaczynają żyć własnym życiem, jedna interpretacja ma uzasadnić następną, co często widzimy również w prawie. Interpretacja generalnie jest traktowana przez prawników jako „potworek” prawny. W chrześcijaństwie nie chodzi o same tylko prawo, lecz o coś więcej. Chrystus dla każdego człowieka proponuje przecież drogę zbawienia. Chodzi tu o jasność tego, jak funkcjonuje w człowieku łaska. Wątpliwość budzi fakt, czy to, co do tej pory było jasne, czyli że Chrystus prowadzi każdego z nas do pokonania grzechu, nawrócenia, zainaugurowania Królestwa Bożego w człowieku, co przemienia nas wewnętrznie i prowadzi do zbawienia; dziś poprzez zbytnie powoływanie się na tak zwane okoliczności łagodzące, nie staje się nieco rozmyte.

Czy przypadkiem, galopując na dowolnych czy nawet fałszywych interpretacjach, nie oszukamy w którymś miejscu człowieka, proponując mu stan zbawienia a priori, nie przeprowadzając go przez spotkanie z przebaczającym Chrystusem. Zwłaszcza poprzez moc nawrócenia, którą człowiek może i ma prawo przeżyć w zetknięciu z Bogiem. Spotkanie z Chrystusem łączyło się i łączy zawsze z wewnętrzną przemianą człowieka. Pismo Święte nazywa to nie tylko przebaczeniem grzechów, ale jakby „pierwszym zmartwychwstaniem”. Nie zobaczy nigdy drugiej śmierci, czyli potępienia wiecznego ktoś, kto przeżył swoje pierwsze zmartwychwstanie, czyli spotkanie z Chrystusem, który przebacza, niszczy grzech, daje możliwość życia w łasce. Sakramenty pozwalają nam doświadczać Chrystusa w sobie, na różnych poziomach życia; umożliwiają człowiekowi podnieść się z porażki doznanej w relacjach z innymi osobami, spowodowanej uprzednią niemożnością kochania, egoizmem, który zdominował jakiś związek.

Obecny zamęt domaga się pewnej jasności, w jaki sposób należy prowadzić ludzi do Chrystusa poprzez sakramenty i miłość duszpasterską. Jakie miejsce w tymże duszpasterstwie należy się pierwszemu przepowiadaniu miłości Boga, czyli kerygmatowi, jakie katechezie, jakie budzeniu sumień i wzywaniu do nawrócenia, a jakie samemu sakramentowi. Chodzi o umiejętność prowadzenia człowieka do Boga.

Drugie ważne niebezpieczeństwo, na które zwracają uwagę wspomniani wyżej teologowie czy pasterze, to groźba dużego pod tym względem zróżnicowania praktyki w Kościele.

Jest jeszcze jeden punkt w Amoris Laetitia, o którym warto wspomnieć, czyli punkt trzeci. Ojciec Święty mówi w nim o potrzebie stosowania inkulturacji w stosowaniu do życia tzw. ogólnych norm doktrynalnych i moralnych. Nie wszystkie szczegółowe przypadki w życiu dadzą się objąć w takim samym kształcie normom moralnym. Dlatego, stosując te ogólne normy, należy brać pod uwagę obyczaje, tradycje, sposób wychowania, odczuwania, rozumowania obecny w kulturze danego narodu czy obszaru kulturowego. Przypisywanie inkulturacji przesadnego znaczenia może spowodować inne podejście do osób rozwiedzionych i dostępu do sakramentów w Polsce, a inne w Niemczech, inne w Argentynie, jeszcze inne na Filipinach. Nawet dziś zaczynają już być dostrzegane w tej dziedzinie różnice w stawianiu akcentów przez biskupów sąsiadujących diecezji. Inaczej dla przykładu stawia się sprawę w diecezji rzymskiej, inaczej we florenckiej. Wikariusz generalny Diecezji Rzymskiej kard. Agostino Vallini dopuszcza możliwość prowadzenia do Eucharystii osób rozwiedzionych pozostających w ponownych związkach, nawet jeśli nie zdobędą się na wstrzemięźliwość seksualną czyli wymóg życia „jak brat i siostra”. Natomiast kard. Antonelli, poprzedni przewodniczący Papieskiej Rady do Spraw Rodziny, zaproponował w diecezji florenckiej inne rozwiązanie stawiające na bardziej konsekwentną wierność z dotychczasowym nauczaniem moralnym Kościoła w kwestii małżeńskiej. To właśnie kolejne niebezpieczeństwo. We wszystkich listach słanych do papieża Franciszka pobrzmiewa pragnienie jasności, jednoznaczności. Wyraził je niegdyś również arcybiskup Georg Gänswein, dawny sekretarz papieża Benedykta XVI, mówiąc, że papież w Kościele cieszy się pełną i najwyższą władzą oraz charyzmatem Następcy Świętego Piotra, tak więc chcąc wprowadzić jakieś zmiany, np. w dyscyplinie sakramentów, ma do tego prawo. Jednak musi być w tym jednoznaczny, nie otwierać krętych dróg interpretacji, a dawać wyraźne wskazówki, nie posługiwać się trybem przypuszczającym, a orzekającym, nie pozostawiać „furtek” w przypisie, ale otwierać je na oścież w głównym tekście dokumentu Magisterium.

Biorąc pod uwagę te wszystkie punkty, można stwierdzić, że wielu katolików i duszpasterzy na świecie czeka wpatrzonych w papieża Franciszka z nadzieją, że zechce bardziej wyjaśnić swoje stanowisko. Chcemy wiedzieć, czy Ojciec Święty otwiera tylko pewien proces nowej dyskusji nt. wprowadzania Ewangelii w życie i tym samym chce nas wytrącić z letargu rutyny, abyśmy byli bardziej wrażliwi na potrzebę głoszenia zbawienia wszystkim ludziom. A być może papież Franciszek, jak prorocy w Starym Testamencie, widzi „coś więcej”, co zostało mu pokazane przez Boga, a cały religijny „establishment” jest tak przywiązany do dotychczasowych nawyków, że nie jest w stanie wyjść poza horyzont własnego myślenia, dlatego też zaczyna się złościć na proroka... W każdym razie chcielibyśmy dowiedzieć się na ten temat trochę więcej od Ojca Świętego czy jego najbliższych współpracowników.

Z całej adhortacji Amoris Laetitia do opinii publicznej przebija się właściwie jedynie problem, mówiąc potocznie, „komunii dla rozwodników”. Zarówno ten zapis, jak i niektóre wypowiedzi papieża Franciszka na ten czy inne w pewien sposób kontrowersyjne tematy (homoseksualiści, uchodźcy, Kościół ubogi czy ulubione przez niektórych „Nie trzeba wierzyć w Boga, aby być dobrym człowiekiem” lub wypowiedź o „cennikach w parafiach”) są już tak „przemielone” przez wszystkie media, że trudno dojść, co Ojciec Święty tak naprawdę powiedział na dany temat. W ten sposób obraz pontyfikatu papieża Franciszka, jak i samej jego osoby, mamy w jakiś sposób wykrzywiony. Część osób zarzuca papieżowi, że wprowadza w Kościele zamęt, mówi o nim, „showman, nie Najwyższy Pasterz Kościoła” „fałszywy prorok”, niekiedy nawet „antypapież” albo wręcz „antychryst”, o „masonie” czy „lewaku” już nie wspomnę, inni z kolei: „wreszcie mamy fajnego papieża, który nie mówi nam, jak mamy żyć, lubi gejów i każe przyjmować uchodźców, na pewno nie podoba się polskim biskupom, a polscy katolicy nic nie rozumieją z jego nauczania, bo tylko zioną nienawiścią i wtrącają się w życie innych, narzucają swoją wiarę”. Najciekawszą jednak opinią na temat papieża Franciszka była wypowiedź jednego z publicystów „Gazety Wyborczej”, Jana Turnaua w materiale filmowym tegoż medium, opublikowanym krótko przed tegorocznymi ŚDM. Publicysta stwierdził z radością, że Ojciec Święty Franciszek jest wobec Kościoła Katolickiego krytyczny jak... Marcin Luter. A przecież w obu tych skrajnych interpretacjach wypowiedzi, gestów czy wreszcie dokumentów papieża („mason i lewak” albo przeciwnie „fajny papież, który nic nam nie każe”) tkwi również duże niebezpieczeństwo...

To tak zwane „odpryski” czy też efekt uboczny tej dyskusji w Kościele, dialogu wokół rozumienia ostatniego nauczania papieskiego. Tego nie unikniemy, z drugiej jednak strony przestrzegałbym przed wytwarzaniem sobie wyobrażeń o Kościele na podstawie stacji czy portali, które nie są chrześcijańskie. Wcale mnie nie dziwi, że świat oklaskuje papieża Franciszka i biskupów, by ich dopingować we wprowadzaniu zmian w tkankę chrześcijaństwa w nadziei, że Kościół abdykuje z powinności bycia strażnikiem prawdy i dobra i pójdzie na kompromis ze światem. Jednak chrześcijaństwo przestanie być chrześcijaństwem, gdy utraci swoją wyjątkową oryginalność, która zawsze stanowiła o tym, że głoszenie Ewangelii napotkało na sprzeciw.

Wiara w Chrystusa i wierność Jego nauczaniu dla jednych jest dobrem przyjmowanym z wdzięcznością i uznaniem, dla innych wystarczającym powodem, aby prześladować Kościół. Nic dziwnego, że świat próbuje poprzez opinię publiczną wywierać nacisk, żeby chrześcijan pozbawić siły głoszenia z przekonaniem zwycięstwa Chrystusa nad grzechem i śmiercią i żeby przestali proponować ludziom alternatywnej w stosunku do powszechnie przyjmowanej nowej drogi życia. Nie wszyscy zgadzają się na nawrócenie, woleliby, żeby Kościół zamilknął, przestał wzywać ludzi do nawrócenia, wpisał się w dominujący nurt ludzkich pragnień, kompromisów czy pożądań.

Z drugiej strony, gdy papież Franciszek mówi mocno i wyraźnie, na przykład, w kwestii obrony ludzkiego życia od poczęcia lub gdy ideologię gender i jej aplikowanie w seksualne wychowanie młodego człowieka nazywa nieludzkim i haniebnym, te same media wówczas milczą, znaczy zapadają na niewytłumaczalną głuchotę na to, co mówi papież. Niektórzy moi niewierzący znajomi chwalą pełnymi garściami Franciszka. Gdy pytałem o powody, odpowiadają, że kochają takiego papieża, który niczego od nich nie będzie wymagał. Taka interpretacja nauczania papieża wydaje się nie tyle fałszywa, co wręcz krzywdząca...

Bardzo dziękuję za rozmowę.