29.07.18, 16:45

Ks. prof. Robert Skrzypczak: Jak owce chciały zagryźć swojego pasterza

Wraz z ogłoszeniem encykliki “Humanae vitae” wybuchła bomba. Na Pawła VI posypały się ciosy zadawane z przeróżnych środowisk kościelnych. Obrońcy i propagatorzy stanowiska przychylnego lateksowym czy chemicznym rozwiązaniom poczuli się zdradzeni. Autorytet ekspertów papieskiej komisji został nadszarpnięty. 

Uderz w pasterza, a rozproszą się owce
Mt 26,31

To będzie smutny artykuł, utkany ze smutnych faktów, pokazujący ponury wyraz twarzy tego, co winno być z natury piękne. Czytelnik poczuje się niekomfortowo, poprowadzony przez szereg zdarzeń i reakcji, które mogą napawać niepokojem i budzić chęć osądzania kogokolwiek. Jednakże intencją moją nie jest doszukiwanie się winnych, ale pragnienie zrozumienia dzisiejszego stanu rzeczy. Gdybym miał zajmować się rozliczaniem grzechów cudzych, czyż mógłbym liczyć na wyrozumiałość i miłosierdzie w przypadku moich własnych? Umowa stoi: żadnego rzucania kamieniem.

PASTERZ NA CENZUROWANYM

Kryzys, o którym chcę pisać, dotknął Kościół w drugiej połowie ubiegłego stulecia, zaraz po zakończeniu niezwykle ważnego dla jakości współczesnego chrześcijaństwa wydarzenia, jakim był Sobór Watykański II. Gdyby mój dziadek czy ktokolwiek inny, kto przeżył swe katolickie życie pół wieku temu, jakimś niezbadanym zrządzeniem Opatrzności dostał szansę na spędzenie kilku dni w naszej aktualnej rzeczywistości, przecierałby oczy ze zdumienia. W barze musiałby wysłuchać opinii, że Kościół ze swymi przekonaniami na temat małżeństwa czy eutanazji jest już niedzisiejszy. Sklepowa ze spożywczego wygłosiłaby mu bez żadnej żenady zdanie o tym, iż papież jest za stary, za niemiecki i w dodatku ma dziwne poglądy na życie. W Empiku, przeglądając prasę, natknąłby się na cały tabun dziennikarzy i komentatorów piszących z ironią i politowaniem o kolejnej „niefortunnej” wypowiedzi Benedykta XVI na temat prezerwatyw. Wieczorem natomiast w telewizji byłby skazany na wysłuchanie długiej debaty z udziałem zaproszonego księdza z tygodnika „Jakiegośtam” oraz europosła z partii „Nieważnejakiej” o antysemickich akcentach w wypowiedziach znanego biskupa z Watykanu.

Wielu młodych ludzi gubi się w pytaniach, jakie stawia im życie, tylko dlatego, iż nie są w stanie znaleźć kogoś, kto wyjaśniłby im autorytatywnie, gdzie leży prawda. Jak wyrobić sobie przekonanie o słuszności podejmowanych decyzji życiowych – w sprawie choćby etyki seksualnej, otwartości na potomstwo czy stosunku do pieniądza – w sytuacji, gdy papieżowi i Stolicy Apostolskiej przyznaje się co najwyżej prawo do wyrażenia w jakiejś dziedzinie jedynie „opinii”, którą można natychmiast zrównoważyć całą masą innych opinii wygłaszanych przez przedstawicieli nauki, pracownie badania nastrojów społecznych czy jakąś tam piosenkarkę z MTV. Jak wywnioskować, kiedy przemawia na serio, a kiedy tylko żartuje ktoś, kto stara się mnie przekonać, że nie wszystko, co mówi biskup Rzymu, jest nieomylne, a niektóre encykliki – delikatnie mówiąc – uległy przeterminowaniu?

„Obserwujemy dziś niefrasobliwe podejście do doktryny – mówił kardynał Silvio Oddi, prefekt Kongregacji do spraw Duchowieństwa. – Wielu katechetów wybiera sobie z depozytu wiary kilka artykułów podawanych do wierzenia, przy jednoczesnym zanegowaniu czy przemilczeniu pozostałych. Takie podstawowe prawdy wiary, jak dogmat o Bóstwie Chrystusa, o dziewictwie Maryi, o grzechu pierworodnym, o prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii, o piekle, o prymacie św. Piotra, są bez skrępowania odrzucane”1.

Pontyfikat papieża Benedykta XVI od samego początku otoczony jest falą ślepej krytyki i dezinformacji. Już od momentu jego wyboru prasa wytoczyła mu proces o „ultrakonserwatyzm” (jakby papież miał inne zadania, niż „konserwować”, czyli zachowywać i bronić depozytu wiary w Kościele). Szeptano, a potem już wygłaszano bez skrępowania tyrady na temat „niemieckiego papieża”, „post-nazisty” w sutannie. Jedna z satyrycznych gazet francuskich „Les Guignols” nie wstydziła się nawet przypisać mu tytułu „Adolf II”.

Taki klimat towarzyszy niemalże wszelkim wypowiedziom papieskim: od słynnego wystąpienia w Ratyzbonie na temat stosunku rozumu i wiary; poprzez incydent na uniwersytecie La Sapienza w Rzymie, gdzie watykański gość został niemalże uznany winnym siedemnastowiecznego procesu Galileusza; poprzez wypowiedź papieża na temat nieskuteczności prezerwatywy w rozwiązaniu problemu AIDS w Afryce; aż po komentarze dotyczące jego wizyty w rzymskiej synagodze. Wystarczy przyjrzeć się bliżej temu ostatniemu wydarzeniu, by zapoznać się z klimatem wytworzonym przez tzw. opinię publiczną wokół głowy Kościoła katolickiego. 17 stycznia br. Benedykt XVI złożył wizytę w synagodze w Wiecznym Mieście, gdzie spotykał się z najstarszą w Europie wspólnotą wyznania mojżeszowego. Jak zauważył francuski filozof Bernard-Henri Levy2, papież jeszcze nie przekroczył Tybru, a prasa już szemrała o niefortunnym doborze słów i niestosowności gestów uczynionych przez gościa oraz uznawała, że, jak zwykle, papież zasłużył na kolejną porażkę swych zamierzeń. Benedykt XVI podczas spotkania z Żydami użył modlitwy Jana Pawła II, którą tamten pozostawił przed dziesięcioma laty w Ścianie Płaczu w Jerozolimie, w której prosił naród żydowski o wybaczenie za cierpienia związane z antysemityzmem, po części zawinionym przez katolików. Nic to nie pomogło: komentarze mówiły o cofnięciu się Benedykta XVI w stosunku do poprzednika, a nawet o „zamrożeniu” zmian w Kościele zainicjowanych przez Jana XXIII.

Opinia publiczna zdaje się być o wiele łaskawsza wobec papieży już pochowanych w grobie, niż wobec tych, którzy wypowiadają się i poruszają o własnych siłach. Chociaż może nie zawsze, a na pewno nie w przypadku papieża Piusa XII. Furię przeciwko Benedyktowi wywołała nie sama pamięć o zmarłym pół wieku temu biskupie Rzymu, a raczej decyzja papieża o uznaniu „heroiczności cnót” tamtego. Nie pomaga fakt, iż cała histeria wokół osoby papieża Pacellego ruszyła od chwili wystawienia sztuki Namiestnik, która rzucała przeciw niemu oskarżenia o „milczenie” w sprawie losu Żydów podczas wojny. Nie pomogło też i to, iż autor tejże sztuki, Rolf Hochhuth, bywał wielokrotnie oskarżany o zatwardziały negacjonizm, który znalazł swe potwierdzenie w przeprowadzonym wywiadzie z brytyjskim historykiem Davidem Irwingiem, słynącym ze swych zaprzeczeń istnienia w hitlerowskich obozach koncentracyjnych komór gazowych służących do masowej eksterminacji narodu żydowskiego. Na nic też zdaje się wykazywanie, iż Eugenio Pacelli, zanim został papieżem, współtworzył wraz z Piusem XI najsurowszą w ocenie nazizmu encyklikę Mit brennender Sorge (Z palącą troską), opublikowaną 15 marca 1937 roku. Niczego też nie należy się spodziewać po przypomnieniu słów ówczesnej premier Izraela Goldy Meir, która publicznie dziękowała Piusowi XII w słowach:

„Podczas dziesięciu lat nazistowskiego terroru, w których naród nasz przeżywał potworne męczeństwo, głos papieża wznosił się w słowach potępiających oprawców”.

Podobne ataki musiał znosić również Jan Paweł II, zwłaszcza w pierwszej części swego pontyfikatu. Brał publiczne cięgi za „zuniformizowanie biskupów, zmuszanie do uległości teologów, pozbawianie praw świeckich, dyskryminowanie kobiet i wyciszanie dyskusji na tematy seksualne”. „Jego pomysły na temat wiary i moralności – wyrokował szwajcarski teolog Hans Küng – wyeliminowały Sobór Watykański II. Ten papież wielokrotnie deklarował swą wierność Soborowi, by w dalszej kolejności faktycznie go zdradzić”3. Jak zauważył przyjaciel Wojtyły z czasów Soboru, francuski teolog Henri de Lubac, Jan Paweł II wielokrotnie musiał stawić czoła przykrościom i fałszywym ocenom, na które nie zasługiwał. Podczas pierwszej wizyty papieża w Paryżu w 1980 roku – pisał de Lubac –

„cierpiałem, widząc, jak wielu wylewa na niego tę sama żółć, jaką wylewali na Pawła VI”4.

Skąd wzięła się ta niedobra atmosfera wokół osoby papieża? Skąd ten kompleks kontestowania i buntowania się wobec powagi urzędu Piotrowego w Kościele? Kto postanowił, że papież ma być równocześnie synonimem kozła ofiarnego? Aby zrozumieć, co się dzieje i co jeszcze może się zdarzyć w epoce Benedykta XVI, potrzeba powrócić do tego, co wydarzyło się w czasie pontyfikatu Pawła VI, niedługo po zakończeniu obrad Soboru Watykańskiego II, pośród atmosfery euforii i radości, jaką wzbudził w katolikach nowy sobór. Zamach na Jana Pawła II, przeprowadzony 13 maja 1981 roku na placu św. Piotra, był ciosem wymierzonym w głowę Kościoła katolickiego z zewnątrz, ze świata polityki i obcych ideologii. Skonsolidował on jedynie wiernych wokół swego cierpiącego przywódcy. Cios, który spadł trzynaście lat wcześniej na Pawła VI, choć jego osobiście nie skazał na szpital i reanimację, okazał się bolesny i druzgocący w skutkach dla samych katolików –

„uderz pasterza, a rozproszą się owce”5.

Został bowiem wymierzony biskupowi Rzymu z samego środka Kościoła. Owce napadły na swego pasterza.

OWCE ZDEZORIENTOWANE

Końcówka drugiego tysiąclecia naszej ery naznaczona została szeregiem interwencji Maryi w dzieje Europy w postaci objawień. W 1917 roku w Fatimie Maryja mówiła do dzieci-wizjonerów o dramatycznych wydarzeniach, jakie nadciągają nad Europę, mówiła też o trudnych próbach, jakie czekają Kościół.

„Nie mogę wyjaśnić, w jaki sposób – relacjonowała jedna z małoletnich wizjonerek Hiacynta – ale widziałam Ojca Świętego w wielkim domu, klęczącego u stołu z twarzą w dłoniach. Płakał. Wielki tłum znajdował się przed domem: niektórzy ciskali kamieniami, inni mu złorzeczyli, nie przebierając w słowach”6.

Sobór Watykański II, obradujący w latach 1962-1965 przy udziale ponad trzech tysięcy biskupów oraz wielu zaproszonych ekspertów, przedstawicieli świeckich i gości z innych chrześcijańskich wyznań, przyniósł zarówno samym uczestnikom, jak i całemu Kościołowi dużo radości. Fala optymizmu przelewała się przez serca wielu ludzi zauroczonych nowymi sformułowaniami przyjętymi w dokumentach soborowych, zwiastującymi wielkie zmiany i powrót do oryginalnej gorliwości ewangelicznej Kościoła.

„Radujmy się, bracia. Kiedy wcześniej Kościół miał tak wysoką samoświadomość i czuł się tak szczęśliwy, tak zjednoczony, tak dobrze przygotowany do pełnienia swego posłannictwa? – mówił wyraźnie zadowolony Paweł VI 18 października 1965 roku i dodawał: – Żaden sobór w Kościele Bożym nie miał większego rozmachu, nie charakteryzował się tak sumienną pracą, rozległą tematyką, i nie przykuwał do tego stopnia uwagi”7.

Dwa tygodnie wcześniej, w wywiadzie dla Alberto Cavallariego, papież wyjaśniał:

„Prawdziwym problemem jest to, że Kościół otwiera się na świat i odnajduje świat, który już w większości nie wierzy. Chodzi o miliony osób nie mających wiary religijnej. Stąd konieczność otwarcia się Kościoła. Sobór pokazuje, że poza kryzysem świata na szczęście nie istnieje kryzys Kościoła”8.

Zapiera dech w piersi porównanie powyższych wypowiedzi Pawła VI z jego późniejszymi konstatacjami, choćby tą wygłoszoną trzy lata po zakończeniu Soboru:

„W Kościele wybiła niespokojna godzina samokrytyki, a raczej należałoby powiedzieć – samodestrukcji. To karkołomny zwrot, którego po Soborze nikt by się nie spodziewał. Wygląda na to, jak gdyby Kościół sam sobie zadawał rany”9.

Papież w tych autodestrukcyjnych postawach części swych wiernych dostrzegał wręcz metafizyczną obecność nieprzyjaciela, zauważając, że

„do świątyni Boga przedostał się dym szatana. Wątpliwości, niepewność, dyskusje, niepokój, niezadowolenie, spory. Brak zaufania do Kościoła. W nasze sumienia wdarło się zwątpienie, i to wdarło się przez okna, które uchyliliśmy po to, aby nimi mogło przedostać się światło… Spodziewaliśmy się po Soborze słonecznego dnia dla dziejów Kościoła. A tymczasem nadciągnęły chmury, burze, mrok, poruszanie się po omacku i niepewność. Jesteśmy przekonani, że to coś nieziemskie – diabeł – pojawiło się na świecie, by popsuć i zdusić owoce Soboru Powszechnego i by Kościół nie mógł świętować radości z osiągnięcia pełnej świadomości samego siebie. Z tego właśnie powodu pragniemy, dziś bardziej niż kiedykolwiek, wywiązać się z obowiązku powierzonego przez Boga Piotrowi umacniania braci w wierze”10.

Kryzys rozpoczął się w Kościele posoborowym w 1968 roku. Wiązał się z niektórymi, zbyt pośpiesznymi sposobami wprowadzania reform. Reformie przyświecała intencja „powrotu do źródeł” chrześcijańskiej wiary i działalności Kościoła. Miała ona polegać, według definicji Saverio Xeresa, na

„przezwyciężeniu wszelkich historycznych postaci w poszukiwaniu jak najbardziej wiernego zbliżenia się do formy pierwotnej, którą jest sam Chrystus”11.

Przypominać to miało, w oczekiwaniu autorów projektów reformy, czynność nazywaną przez rzeźbiarzy „ablatio”, polegającą na uwalnianiu ciała Kościoła z elementów narosłych podczas poprzednich epok, które zamiast uwydatniać, dziś raczej przesłaniają treść orędzia Kościoła. W zgodzie z tym zamysłem papież zreorganizował pracę Kurii rzymskiej, a następnie powołał komisje odpowiedzialne za wprowadzanie w życie zmian, których życzyli sobie ojcowie soborowi. Reforma ruszyła, poczynając od liturgii oraz tzw. kolegialności biskupów. Pierwsze reakcje niezadowolenia koncentrowały się wokół dyskusji o przywileje synodów i konferencji biskupów w sprawowaniu władzy w Kościele. Potem ruszyła lawina obiekcji co do sposobu wprowadzania zmian liturgicznych: wrażenie pochopności innowacji, przystosowanie do świata, lekceważenie powrotu do źródeł, często samowola w interpretowaniu wskazań soborowych.

Papież czuł się zmartwiony z racji dowolności w eksperymentowaniu z liturgią, a zwłaszcza przygnębiony pewnymi skłonnościami do jej desakralizowania. Kardynał Franz König oceniał po latach:

„Według mnie było błędem wprowadzanie tej reformy zbyt pośpiesznie, nawet jeśli od zewnątrz wyglądało to jedynie na zmianę języka, miejsca kapłana podczas celebracji czy umieszczenia ołtarza. Należało wszystko przygotować dobrze i wprowadzać stopniowo. Tymczasem zmiany wprowadzono pośpiesznie, budząc wielkie zamieszanie wśród wiernych, którzy nie czuli się na to absolutnie gotowi. Dla wielu to było zgorszenie. Myślano, że Kościół zmienił wyznanie wiary i że to już nie ten sam Kościół”12.

Niepokój papieża dotyczył samej istoty podjętych zmian:

„Na nic by się zdała odnowa liturgiczna, jeśli dzięki niej nie przybyłoby w Kościele prawdziwych czcicieli Ojca w duchu i prawdzie. Świat dzisiejszy bez modlitwy nie przetrwa”13.

Prawdziwe zamieszanie wniosła w epokę posoborową Kościoła eksplozja kryzysu kultury zachodniej: idea rozpoczęcia od zera (w polityce zapoczątkowana przez prezydenturę Johna F. Kennedy’ego) wraz z marksizmem jako ideologią mającą służyć za narzędzie odrodzenia społeczeństw Zachodu. Wydawało się, że owa rewolucja kulturalna odpowiada temu, czego chciał Sobór. Utożsamiając ową nową marksistowską rewolucję kulturową z wolą Soboru, mówiono: to jest Sobór, tak należy postępować. Chodziło o całkiem pomylony, z chrześcijańskiego punktu widzenia, progresizm. Na fali soborowego triumfalizmu mówiono: teraz my działamy, znaleźliśmy drogę, po której idąc, odkryjemy nową jakość życia. Algorytmem do wprowadzenia zmian w Kościele miał być duch demokracji.

„Sobór Ekumeniczny Watykański II stanowił przykład zastosowania demokracji – tłumaczył zauroczenie tym duchem amerykański teolog i ekonomista Philips S. Kauffman. – Szeroko przyjęła się myśl o tym, iż wraz ze zdefiniowaniem nieomylności papieskiej, nie potrzeba było więcej soborów. Po Soborze Watykańskim I wydawało się, że Papież pozostanie jedynym przewodnikiem Kościoła. Vaticanum II natomiast unaoczniło to, co może zdarzyć się w Kościele, gdy wszyscy biskupi wspólnie podejmują działania”14.

Niestety, ten tok rozumowania doprowadził do nieprzewidywalnych w skutkach następstw. Zrodziła się idea, iż koniecznie potrzeba zbilansować to, co mówi Urząd Nauczycielski Kościoła, z innymi punktami widzenia obecnymi w Kościele. Wypowiedzi Magisterium Kościoła, a więc i papieża, zaczęto określać „oficjalnym” nauczaniem tegoż Kościoła. To w efekcie musiało doprowadzić do wojny wewnątrzkościelnej. Powołując się na Sobór, wielu teologów poczęło negować autorytet papieża, wzywając wiernych do ignorowania go.

Jednocześnie katolicy przywiązani do tradycji zaczęli oskarżać sam Sobór o wywołanie aberracji doktrynalnych, twierdząc, iż nauczanie Vaticanum II pozostaje w sprzeczności z wielowiekową tradycyjną nauką katolicką. Powoływanie się na poprzednich papieży przeciwko obecnym lub na poprzednie sobory przeciw ostatniemu zdawało się budować mur trudności nie do pokonania. Oficjalną debatę zdominował zbyt prostolinijny podział na progresistów i konserwatystów. Na najbardziej ekstremalnym wierzchołku tych drugich osadził się ruch schizmatycki arcybiskupa Marcela Lefebvre’a, kontestujący postanowienia Vaticanum II i ostatecznie zrywający łączność z papieżem w 1988 roku. Zresztą w niektórych swych publikacjach autorzy z kręgów lefebrystowskich, by wyrazić swą dezaprobatę dla przełomu soborowego, papieży tej epoki, poczynając od Jana XXIII aż po Benedykta XVI, zaczęli obdarzać mianem „tak zwanych papieży”15, odmawiając im nie tylko kompetencji teologicznej, ale i legalności wykonywanego urzędu. Niestety, ruch ten swymi twierdzeniami popadł w wewnętrzną sprzeczność, bowiem by zdyskredytować obecny sobór, odwoływano się do poprzednich soborów. A przecież to, co jest gwarancją prawdziwości jednego soboru, jest też i gwarancją prawdziwości pozostałych.

OWCE POKAZUJĄ ZĘBY

23 kwietnia 1964 roku papież Paweł VI postanowił wycofać z obrad soborowych dwa tematy: celibat kapłański oraz regulację urodzin.

Już wcześniej Jan XXIII zapowiadał cofnięcie soborowi kompetencji wypowiadania się w sprawie środków antykoncepcyjnych, mimo że niektórzy biskupi (wśród nich kardynałowie Suenens z Brukseli i Leger z Montrealu) wyrażali w swych wystąpieniach nadzieję na zmianę stanowiska Kościoła w tematyce małżeńskiej. „Celibat kapłański zachowuje nadal swoją wartość” – napisał Paweł VI w encyklice Sacerdotalis coelibatus ogłoszonej 24 czerwca 1967 roku. Trzy lata później episkopat holenderski jako reakcję opublikował oświadczenie przychylne zniesieniu dyscypliny kościelnej w tej materii. Papież zainterweniował, pisząc specjalny list do kardynała Villota, sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Powrócił do tematu jeszcze raz podczas modlitwy Angelus 1 lutego 1970 roku, mówiąc o wartości niepodzielonego serca oraz dawaniu przez osoby żyjące w celibacie świadectwa na rzecz Królestwa Niebieskiego. Dodawał zarazem, że tylko to, co trudne i wymagające, jest jednocześnie atrakcyjne.

O wiele bardziej złożoną i boleśniejszą kwestią okazała się sprawa pigułki antykoncepcyjnej i prezerwatywy. Już w 1963 roku zagadnienie odniesienia się Kościoła do tematyki planowania demograficznego postanowił podjąć Jan XXIII, powołując odpowiednią komisję naukową, mającą zbadać i poddać ocenie dylematy moralne przeżywane w wielu małżeńskich alkowach (ale, jak się okaże, nie tylko tam). Od dwóch mniej więcej lat trwała wówczas ożywiona dyskusja teologiczna wywołana sprawą tzw. „pigułki kongijskiej”. W efekcie trwania wojny domowej w dawnym Kongo Belgijskim ofiarą gwałtu padło wiele zakonnic pracujących na misjach. Czy w tym przypadku – pytano – powinno dopuścić się użycia pigułki antykoncepcyjnej? W czasopiśmie „Studi Cattolici”, bliskim formacji Opus Dei, liczni eksperci w dziedzinie teologii moralnej, tacy jak: bp Pietro Palazzini (sekretarz Świętej Kongregacji Soboru, przyszły kardynał), Francesco Hürt (profesor Papieskiego Uniwersytetu Gregorianum) czy Ferdinando Lambruschini (profesor Papieskiego Uniwersytetu Lateranum), zgodnie usprawiedliwiali użycie takiej pigułki. Powoływali się przy tym na tzw. „zasadę całości”, uzasadniającą odstępstwo od normy ze względu na dobro osoby zagrożonej przemocą, a także na „zasadę konfliktu dwóch rodzajów zła”.

Argumenty te szybko przypadną do gustu bojownikom o swobodę dostępu do antykoncepcji. Efekt domina wywołany przypadkiem szczególnego rodzaju wnet spowodował rozciągnięcie debaty na inne sytuacje. Dlaczego to, co jest uznane za słuszne w jednym przypadku (tutaj: wzgląd osoby konsekrowanej), nie miałoby służyć dobru mężatek? W 1963 roku angielski ginekolog katolicki John Rock poddał w wątpliwość argumenty przeciw stosowności używania pigułek. Wszystko zaczęło się od przypadku kongijskiego. Z czasem jednak argument uzasadnionej obrony zaczął zataczać coraz szersze kręgi i obejmować coraz rozleglejsze rodzaje doświadczeń, aż debata na ten temat osiągnęła efekt, w oparciu o który wielu zaczęło żywić nadzieję na znalezienie racji przemawiających za uznaniem antykoncepcji w pewnych sytuacjach za w pełni uzasadnioną. Ironicznie efekt ten został nazwany „katolicką pigułką”. Rzecz jasna, argumenty w ustach dyskutantów, im bardziej były poddawane intelektualnym obróbkom, tym bardziej nabierały gumowej plastyczności, niebezpiecznie zacierając granicę pomiędzy ewangelicznym wymogiem prawdy a ponowoczesną moralną dowolnością.

Komisja, którą powołał do istnienia Jan XXIII, a którą rozszerzył do grona 60 członków Paweł VI, podjęła się zbadania zagadnienia, jakie nie znalazło rozstrzygnięcia w rozporządzeniach soborowych. Papież tak delikatnych z moralnego punktu widzenia kwestii nie zamierzał poddawać ryzykownej sile głosowania, rezerwując jej rozeznanie dla siebie. Krążyły jednakże pogłoski, iż komisja zdoła przekonać Pawła VI do tego, że stare argumenty przeciwko antykoncepcji nie są już aktualne. Tego typu nadzieje wybijały się na pierwszy plan w publikacjach, dyskusjach i konferencjach tamtego okresu, nad którymi unosił się duch wyczekiwania, że Kościół niebawem wycofa zakaz. Nawet w konfesjonałach kapłani zaczęli stosować inne podejście: przecież trudno zakazywać czegoś, co za kilka dni miało być dopuszczone.

W 1966 roku papieska komisja pozytywnie odniosła się do użycia środków antykoncepcyjnych w ramach tzw. „odpowiedzialnego rodzicielstwa”. Odstąpiono w stosunku do par podejmujących współżycie seksualne od wymogu każdorazowej gotowości na przyjęcie potomstwa na rzecz innego kryterium moralności mierzonego „całością życia małżeńskiego”. Ogólne pozytywne nastawienie małżonków do poczętego życia, poświadczone posiadaniem potomstwa, mogło usprawiedliwiać w niektórych sytuacjach zastosowanie przez nich farmakologicznego zabezpieczenia się przed ewentualnym nowym zapłodnieniem. W werdykcie komisji pojawił się też głos mniejszości, powołujący się na ciągłość z tradycją moralnego nauczania Kościoła, usiłujący przekonać papieża i opinię publiczną, że antykoncepcja zrywa więź pomiędzy wymiarem miłosnym a prokreacją w pożyciu seksualnym, co radykalnie sprzeciwia się wymogom prawa moralnego. Opublikowanie w prasie wspomnianego raportu komisji miało charakter psychologicznego nacisku na decyzję papieża.

25 lipca 1968 roku Paweł VI ogłosił encyklikę Humanae vitae, w której podtrzymał wielowiekowe nauczanie Kościoła w sprawie regulacji urodzin, odważnie zachowując dystans wobec stanowiska wyrażonego przez większość komisji i opinii publicznej. Mówiąc o ważnej powinności przekazywania życia potomstwu, papież nazywał małżonków współpracownikami Boga Stwórcy. Mówił w encyklice o godności małżeństwa, o problemach demograficznych w świecie i o dopuszczalnych metodach kontroli płodności w ramach „odpowiedzialnego rodzicielstwa”, sprzeciwiając się zamiarom władz politycznych do nakładania w tym względzie ograniczeń czy narzucania czegokolwiek wolnej decyzji par małżeńskich. Papież pisał:

„Kościół jest zgodny z samym sobą i ze swoją nauką zarówno wtedy, gdy uznaje za dozwolone uwzględnianie przez małżonków okresów niepłodności, jak i wtedy, gdy potępia, jako zawsze zabronione, stosowanie środków bezpośrednio zapobiegających poczęciu, choćby nawet ten ostatni sposób postępowania usprawiedliwiano racjami, które mogłyby się wydawać uczciwe i poważne. W rzeczywistości między tymi dwoma sposobami postępowania zachodzi istotna różnica”16.

W uzasadnieniu Paweł VI deklarował:

„Kościół jest w pełni świadom, że broniąc nienaruszalności prawa moralnego odnośnie do małżeństwa, przyczynia się do umocnienia wśród ludzi prawdziwej kultury: ponadto zachęca człowieka, aby nie rezygnował ze swych obowiązków, zdając się na środki techniczne. Czyniąc tak Kościół zabezpiecza godność małżonków. Takim właśnie postępowaniem Kościół, wierny nauce i przykładowi Zbawiciela, okazuje, że obejmuje ludzi szczerą i bezinteresowną miłością, usiłując ich wspomagać w ziemskiej pielgrzymce, aby «po synowsku uczestniczyli w życiu Boga żywego, Ojca wszystkich ludzi»”17.

„Odpowiedzialne rodzicielstwo” – według Ojca Świętego – to rodzina gotowa przyjąć, a nie unikać przyjęcia swego potomstwa. Z ważnych przyczyn i w poszanowaniu prawa moralnego można okresowo lub na czas nieokreślony starać się unikać nowych narodzin, lecz w decyzji o przekazywaniu życia winna odgrywać pierwszorzędną rolę nie swoboda decyzji małżonków, ale wola stwórcza Boga. Papież nie twierdził, jak karykaturalnie starano mu się imputować, że chrześcijańska rodzina ma stać się fabryką dzieci, gdzie każdy stosunek musi się skończyć potomstwem. Papież uczył uczniów Chrystusa postawy wspaniałomyślnej otwartości na życie.

Odwaga następcy św. Piotra nie polegała na stawieniu czoła głosom potężnej krytyki. Taki zamiar byłby podyktowany chęcią wygrania sporu siłą osobistych argumentów. Papież był zdecydowany przemówić głosem Kościoła wiernego swemu przesłaniu. Intencją encykliki nie było nakładanie ciężarów na barki wiernych w imię preferowanych przez autora zasad, ale chęć wzięcia w obronę godności i wolności człowieka przeciwko modnym, choć fałszywym wizjom deterministycznym i materialistycznym człowieka. Namiestnik Chrystusa przemówił z pozycji kogoś, kto na serio bierze pod uwagę perspektywę życia wiecznego i obecność Boga w ludzkiej egzystencji. Jego sprzeciwienie się głosom większości potwierdzało jedynie fakt, iż do prawdy nie dociera się drogą sondażu czy głosowania. Przed jej siłą i blaskiem musi ustąpić nawet najbardziej drogocenne kryterium demokracji.

Decyzja ta kosztowała Pawła VI bardzo wiele. Mówił o tym podczas audiencji dwa tygodnie po ogłoszeniu tekstu encykliki:

„Nigdy wcześniej nie odczuwaliśmy tak mocno ciężaru naszej posługi. Zgłębialiśmy temat, czytaliśmy, dyskutowaliśmy jak tylko się dało, modląc się przy tym wiele” 18.

Fakt, że Ojciec Święty nie napisał już więcej żadnej encykliki, wynika być może z tego powodu, że – jak twierdzi Giovanni Maria Vian, redaktor naczelny watykańskiego dziennika „L’Osservatore Romano” – nie chciał narażać na kolejne krytyki tego pracochłonnego i uroczystego sposobu papieskiego nauczania i nie chciał wystawiać na szwank bez potrzeby autorytetu głowy Kościoła 19.

Papież o wyrażenie swej opinii w sprawie encykliki prosił licznych biskupów, wśród nich arcybiskupa krakowskiego Karola Wojtyłę, którego nawet zaprosił do udziału w pracach wspomnianej komisji. Był on znany Pawłowi VI nie tylko z udziału w Soborze, ale i z książki Miłość i odpowiedzialność, której francuskie wydanie z przedmową o. Henri de Lubacav zwróciło jego uwagę. Niestety, metropolita krakowski nie dostał wówczas zgody od władz państwowych na wyjazd z kraju. Niemniej jednak, wraz z założonym przez siebie Diecezjalnym Instytutem Studiów nad Rodziną, przygotował ekspertyzę w języku francuskim, zatytułowaną Les fondaments et la doctrine de l’Église concernants les principes de la vie conjugale20, którą przesłał papieżowi w lutym 1968 roku.

„Liczba dzieci powołanych do istnienia – pisał Karol Wojtyła – nie powinna być pozostawiona przypadkowi. Decyzja o tym zapada w miłosnym dialogu pomiędzy mężem i żoną”.

Metody regulowania poczęć winny odpowiadać godności osoby: uznawać równość między mężczyzną i kobietą, a także zakładać współpracę między nimi. Zrzucanie ciężaru na barki kobiety poprzez użycie środków chemicznych czy mechanicznych (pigułka, wkładka wewnątrzmaciczna) uderza w te kryteria. Jedyną dopuszczalną metodą, według ekspertów krakowskich, jest planowanie rodziny drogą obserwacji naturalnego cyklu biologicznego kobiety. Encyklika Pawła VI w dużej mierze posłużyła się argumentami raportu Karola Wojtyły.

Interesujące jest także zmaganie niektórych biskupów Kościoła na Zachodzie pomiędzy racjami opinii publicznej a wiernością papieżowi. Przykładem niech będzie Albino Luciani – ówczesny biskup Vittorio Veneto, późniejszy papież Jan Paweł I. Wiemy, że w tamtym czasie Paweł VI zwrócił się z prośbą o opinię także do patriarchy weneckiego, kardynała Giovanniego Urbaniego, ten zaś z kolei poprosił o opracowanie stanowiska w imieniu wszystkich biskupów regionu Veneto (północno-wschodnie Włochy) właśnie biskupa Lucianiego. Notował on wówczas w swym Dzienniku:

„Dwa istotne argumenty obudziły w nas, biskupach, nadzieje, iż można podarować chrześcijańskim małżonkom pewne zmiany w podejściu do regulacji urodzin. Pierwszym było założenie komisji naukowej przez Jana XXIII w marcu 1963 roku. Był to sygnał tego, że możliwe jest podjęcie studiów, badań i opracowań, biorąc pod uwagę fakt, iż w całym świecie problem regulacji urodzin przeobraził się w rodzaj urazu duchowego i rozdarcia sumień. Drugim jest to, że Konstytucja o Kościele w świecie współczesnym Gaudium et spesnie podjęła konkretnie tematu regulacji urodzin, wypowiadając się w nowym duchu o miłości małżeńskiej”.

Luciani wyraźnie nawiązywał do tego fragmentu soborowego dokumentu, w którym po raz pierwszy w historii Kościoła mowa była o podwójnej celowości seksualnego aktu małżeńskiego: spełnieniu potomstwa oraz „wolnym i wzajemnym darze z siebie”21.

Ten sam biskup Luciani, prowadząc rekolekcje dla proboszczów Veneto w willi Sacro Cuore w Possano w styczniu 1965 roku, wrócił do tematu:

„Mówił mi pewien kapucyński biskup podczas Soboru: «Dziękuję nieraz Bogu za to, że jestem biskupem, ale tylko z jednego powodu, innych nie. A mianowicie, że nie muszę więcej spowiadać ludzi przed Wielkanocą i rozstrzygać przypadków bolesnych, delikatnych i trudnych do rozstrzygnięcia. Ci zacni małżonkowie nie dawali się przekonać, iż uciekanie się do antykoncepcji jest grzechem. Na koniec nie wiedziałem, co mówić. Co mogłem powiedzieć ojcu jeszcze młodemu, a już z sześciorgiem dzieci i jedynemu żywicielowi rodziny? Wiedziałem, że to dobry człowiek i że w pozostałych kwestiach jest z Bogiem w porządku»”.

I dalej ciągnął Luciani:

„Zapewniam was, że biskupi cieszyliby się bardzo, gdyby znalazł się powód do uznania za dopuszczalne użycie środków antykoncepcyjnych w określonych sytuacjach. Jeśli istnieje choćby jeden taki powód na tysiąc, musimy go znaleźć i przekonać się, czy też z pomocą Ducha Świętego nie zdołamy odkryć czegoś, co nam dotąd umykało”22.

Młody biskup Vittorio Veneto konsultował się w tej sprawie z wieloma lekarzami, naukowcami, kapłanami, jak też z parami małżeńskimi. Sam dużo spowiadał, poświęcił mnóstwo godzin na rozmowy na ten temat ze swym bratem Edoardo, który wychowywał dziesięcioro dzieci. Jego „dossier” zawierało stanowisko sprzyjające dopuszczeniu użycia niektórych środków antykoncepcyjnych w ramach metod naturalnych. Liczył także na pozytywne rozstrzygnięcie tej sprawy przez papieża.

Kiedy jednak papież opublikował encyklikę Humanae vitae – Albino Luciani, reprezentant episkopatu świata zachodniego i przyszły następca Pawła VI, bezzwłocznie wycofał swe obiekcje i oczekiwania, wybierając posłuszeństwo względem głowy Kościoła i jego przywileju nieomylności. Nie tylko sam siebie przekonywał do lojalności następcy Piotra, ale i pomagał wytworzyć podobną postawę w sercach innych katolików. W stosownym liście pasterskim informował swych diecezjan:

„Wyznaję, że w głębi życzyłem sobie, aby poważne trudności zostały przezwyciężone i by odpowiedź Nauczyciela, przemawiającego w oparciu o specjalny charyzmat i w imię Pańskie, współgrała choćby po części z nadziejami żywionymi przez wielu małżonków. Zapewniam, że tylko troska o te zasmucone dusze i gorące pragnienie, by dostarczyć im światła i wsparcia, stały u podstaw zwłoki, z jaką nadeszła odpowiedź Papieża. Jest on świadom, iż zasmuci wielu. Wie też, że odmienne rozwiązanie prawdopodobnie zapewniłoby mu wiele ludzkiego uznania. Lecz pokłada on ufność w Bogu i wierny Jego słowu przedkłada on niezmienne nauczanie Magisterium Kościoła w dziedzinie tak delikatnej w swej niezmąconej czystej postaci”.

Dalej list Lucianiego dostarcza obfitej porcji pasterskiego wsparcia:

„Myśl papieża i moja zwracają się ku szczególnym trudnościom przeżywanym przez małżonków. Niech się nie zniechęcają. Nawet jeśli grzech brałby wciąż w nich górę, niechaj nie tracą ducha, lecz niech uciekają się z pokorną ufnością do Bożego miłosierdzia, jakie ich oczekuje w sakramencie pokuty. Niechaj małżonkowie zawsze znajdują w słowach i sercu kapłana echo głosu i miłości Zbawiciela. Ufam, że wraz ze mną szczerze przylgniecie do papieskiego nauczania i z tą ufnością wam błogosławię i pozdrawiam”23.

Paweł VI wybrał Karola Wojtyłę do grona kardynałów rok wcześniej, w wieku 47 lat. Rok później, obdarzony taką samą godnością Albino Luciani, został przez Ojca Świętego zaproszony do objęcia prestiżowej godności patriarchy weneckiego.

ZAMĘT W OWCZARNI

Wraz z ogłoszeniem encykliki wybuchła bomba. Na papieża posypały się ciosy zadawane z przeróżnych środowisk kościelnych. Obrońcy i propagatorzy stanowiska przychylnego lateksowym czy chemicznym rozwiązaniom poczuli się zdradzeni. Autorytet ekspertów papieskiej komisji został nadszarpnięty. W kilka godzin po opublikowaniu Humanae vitae na łamach „New York Timesa” ukazał się manifest sprzeciwu podpisany przez grono amerykańskich teologów moralnych. Było niemożliwe, by zdążyli zaznajomić się z papieskim tekstem. Wystarczyło jedno: papież podtrzymał zakaz.

Przez świat przeszła fala protestów. 4 sierpnia 1968 roku w australijskim mieście Adelaide przed katedrą św. Franciszka Ksawerego ustawili się studenci z transparentami i ulotkami nawołującymi do obrony środków antykoncepcyjnych. Nad tłumem falował napis „Katolickie Centrum Poparcia Antykoncepcji”. W kolejną niedzielę ośmiu księży wraz ze stu pięćdziesięcioma wiernymi zabarykadowało się w katedrze Santiago de Chile i okupowało ją przez 14 godzin. Protestowali przeciwko wydawaniu pieniędzy na podróż Pawła VI do Kolumbii24. Szwajcarski teolog moralny o. Anton Meinardi Meier złożył dymisję ze stanowiska wykładowcy seminarium w Solothurn na znak sprzeciwu wobec Humanae vitae25. Joseph Gallagher, tłumacz tekstów soborowych na język angielski oraz emerytowany profesor filozofii tomistycznej w seminarium Saint Mary w Baltimore, ogłosił zamiar zrezygnowania z przyznanego mu tytułu „monsignore” (prałat), bowiem według niego tytuł taki zakłada specjalny rodzaj wierności papieżowi, natomiast encyklika, uznana przez niego za „tragiczną i przerażającą uniemożliwiała mu wytrwanie w takim zobowiązaniu. Według niego, Paweł VI broniąc papieskiej władzy, wyrzekł się jednocześnie swej intelektualnej otwartości. Dla amerykańskiego duchownego zaakceptowanie takiego dokumentu równało się z zaakceptowaniem logiki inkwizycji i stosowania tortur26. Oliwy do ognia dolał tradycyjny popularny dziennik katolicki „The Tablet”, wychodzący w Anglii. Na jego łamach zastanawiano się nad rangą doktrynalną takiego środka papieskiego wyrazu, jakim jest encyklika. „To wzbudzi nieuchronnie dyskusję na temat znaczenia encykliki, jej powagi i siły obowiązywania” – pisano. Trudno przewidzieć, czy jej siła ulegnie osłabieniu, czy wzmocnieniu. W każdym razie jej ponura zawartość otwiera nowy rozdział w stosunkach papieża z biskupami i wiernymi”27.

Hans Küng, profesor z Tybingi, perorował w Radio Zurych, że katolicy powinni z uwagą przestudiować treść watykańskiego dokumentu i, jeśli według nich, zagraża on swą treścią ich małżeńskiemu szczęściu, powinni pójść za głosem własnego sumienia, bez żadnej obawy grzechu. Encyklika, w przekonaniu szwajcarskiego teologa, ujawniła poważny kryzys w Kościele.Wraz z nią wybiła godzina przedyskutowania na nowo pojęć władzy i nieomylności.

„Należy tego się podjąć, biorąc pod uwagę, że Duch Święty zawsze odnawia Kościół, wbrew wszelkim błędom papieży, biskupów, teologów, księży, mężczyzn i kobiet”28.

Z różnych stron pojawiały się przejęte głosy, wyrażające nadzieję, iż

„odpowiedzialni katolicy zignorują ten dokument”29.

Skąd nagle ta histeria? Dlaczego ludzie reprezentujący te same środowiska, które jeszcze do niedawna płynęły na fali entuzjazmu przewidywanych skutków zakończonego Soboru, teraz nagle nie były w stanie oprzeć się wrażeniu wszechogarniającego kryzysu? Co się stało, że ci sami ludzie, dumni z ducha i postawy wielkiego lidera chrześcijańskiej odnowy – Pawła VI, w mgnieniu oka zmienili nastawienie do swego pasterza? Przypominało to atmosferę synagogi w Nazarecie, gdzie te same osoby, które pełne podziwu oklaskiwały słowa Jezusa, godzinę potem chciały go zabić30. Myślę, że za całym tym wybuchem emocji skrywał się poczyniony z psychologicznego punktu widzenia kompromis. Przecież jeszcze do niedawna zakaz antykoncepcji, przestrzegany przez katolików z różnym skutkiem, był tym niemniej akceptowany powszechnie jako jeden ze składowych elementów moralności, odróżniających ich od ludzi żyjących poza Kościołem. Jednakże katolicy zaczynali wsłuchiwać się w docierające do nich z różnych stron głosy. Mowa w nich była o możliwości poddania pod dyskusję dawnych zakazów. W komentarzach prasowych i pospolitych rozmowach dochodziły doniesienia, jakoby Sobór Watykański II miał się wnet zająć sprawą aktualizacji katolickiego stanowiska. Papież powołał nawet komisję w celu zbadania zagadnienia na nowo. Z czasem pary małżeńskie dowiadywały się w konfesjonale o możliwości skorzystania z pomocy środków antykoncepcyjnych, zważywszy, że prawdopodobnie niebawem Kościół ogłosi publicznie odnowione podejście do tej kwestii. Spowiednicy nabierali w tym względzie szczególnego optymizmu w oparciu o opinie teologów (nie każdy spowiednik musi być teologiem, i na odwrót). Opinie zaś teologów wytwarzały w wiernych wrażenie o przyznanej im swobodzie decydowania we własnym sumieniu. Nic zatem dziwnego, że wiele par katolickich poczęło praktykować antykoncepcję, nie czując się przy tym w konflikcie z Kościołem. Nowy pogląd zastąpił więc stary, przy czym ten nowy zdawał się podobać ludziom o wiele bardziej.

Wcześniej przez wiele lat teologowie moralni niezmordowanie tłumaczyli wiernym, że uciekanie się do sztucznej kontroli urodzin jest grzechem ciężkim. Teraz ci sami wierni (wśród nich także kapłani) usłyszeli od teologów szereg argumentów za tym, że cała sprawa musi znaleźć rozwiązanie w indywidualnej decyzji sumienia. Taki pogląd sączył się do świadomości katolików przez konfesjonały, prasę katolicką czy rozmowy. W związku z tym wielu z nich przeżywało dramatyczny przełom w swoim myśleniu na ten temat. Wydawało się, że zakaz antykoncepcji jest tym samym rodzajem dyscypliny kościelnej, co zakaz spożywania mięsa w piątek. A skoro ten drugi ulegał przedawnieniu w wielu miejscach wraz z tzw. odnową soborową,
to czyż podobnie nie należało myśleć o katolickim zakazie pigułki czy prezerwatywy?

Po opublikowaniu encykliki przez papieża wiele par małżeńskich znalazło się w żałosnym położeniu. To, co miało być nowym otwarciem, okazało się zwyczajną pomyłką. Małżonkowie nie mogli już więcej uciekać się do antykoncepcji, jeśli chcieli zachować katolicką tożsamość. Dylemat miało też wielu duszpasterzy. Ojciec Ferdinando Lambruschini wyjaśniał podczas konferencji prasowej w Watykanie:

„Ci, którzy w ubiegłych latach niesłusznie nauczali o tym, że wolno odwoływać się do praktyk antykoncepcyjnych w celu kontroli urodzin i w podobny sposób spełniali posługę duszpasterską czy urząd spowiednika, teraz muszą zmienić pogląd”31.

W trudnym położeniu znaleźli się nie tylko liczni „nowocześni” proboszczowie, ale i hierarchowie, np. kardynał Döpfner, który już wcześniej zdążył rozesłać do księży oficjalne instrukcje mówiące, że

„para małżeńska, która musi uciec się do antykoncepcji dla dobra rodziny, nie powinna być oskarżana o obrazę godności małżeństwa”32.

W tej sytuacji Döpfner, będący arcybiskupem Monachium, powiedział:

„Skontaktuję się teraz z innymi biskupami, aby zorientować się, jak można przyjść z pomocą wiernym”33.

Także niektórzy biskupi w USA zaangażowali się we wdrażanie „programu pomocy antykoncepcyjnej”, jeszcze zanim encyklika ujrzała światło dzienne.

Episkopat Niemiec wydał niebawem orzeczenie, że dokument papieski nie spełnia wymogów nieomylności, w związku z tym duszpasterze pozostawiają swym wiernym swobodę postępowania w tej dziedzinie. W ślad za wypowiedzią hierarchów podążyli świeccy katolicy. We wrześniu 1968 roku w Essen, podczas corocznego Katolikentagu, sejmik niemieckich katolików miażdżącą większością głosów (50000 za, przy 90 sprzeciwiających się) podjął uchwałę żądającą od papieża zmiany encykliki. Z sali padały nawet okrzyki wzywające Pawła VI do ustąpienia z urzędu. Pikanterii sprawie dodawał
fakt, że wszystko to wydarzyło się w obecności episkopatu Niemiec oraz legata papieskiego kardynała Gustavo Testy34. W tym samym miesiącu papież odpowiedział apelem do katolików niemieckich, wzywając ich do wierności i posłuszeństwa35. Podobne akty niechęci wobec encykliki zostały podjęte także na synodzie szwajcarskim w 1972 roku36, na synodzie niemieckim w Würzburgu37 oraz w postaci tzw. Deklaracji z Königstein (Niemcy) i Deklaracji z Maria Trost (Austria). W obu deklaracjach podkreślono, że Humanae vitae formalnie nie jest nieomylnym rozstrzygnięciem Urzędu Nauczycielskiego, w związku z tym przyznawały one wierzącym możliwość wyrobienia sobie innej opinii niż papież i życia zgodnie z nią w spokoju sumienia38.

Podobne w brzmieniu deklaracje wydawały inne Kościoły europejskie. Kardynał Bernard J. Alfrink, arcybiskup Utrechtu i prymas Holandii, stwierdził, że ponieważ encyklika nie spełnia wymogów nieomylności, „najważniejszą normą pozostaje indywidualne sumienie”. Na początku stycznia 1969 roku w miasteczku Noordwijkerhout 109 członków Holenderskiej Rady Duszpasterskiej, wśród nich dziewięciu biskupów na czele ze wspomnianym kardynałem Alfrinkiem, ogłosiło Deklarację niepodległości39, w której wezwano członków Kościoła holenderskiego do odrzucenia encykliki Humanae vitae. Przy okazji podniesiona została sprawa wypracowania postawy otwartości wobec „nowego radykalnego podejścia” do takich zagadnień moralnych, jak stosunki przedmałżeńskie, związki homoseksualne, aborcja i eutanazja (oczywiście tej propozycji biskupi nie zdecydowali się poprzeć)40. Domagano się także dopuszczenia kobiet i żonatych mężczyzn do kapłaństwa. Kiedy obecny na posiedzeniu Rady biskup Adrian Simonis zaprotestował przeciw twierdzeniu, że „Kościół katolicki stanowi jedynie cząstkę Kościoła Chrystusowego”, został zgromiony za „głoszenie nauki sprzecznej z nauczaniem Soboru Watykańskiego II”41. W Holandii władza papieża była poddawana za każdym razem w wątpliwość w sytuacji, gdy – jak utrzymywano – nie liczy się on w decyzjach z zasadą kolegialności biskupów. Paweł VI napisał do katolików holenderskich własnoręczny list, w którym wyraził zakłopotanie i poważne zastrzeżenia, jakie budzą w nim niektóre projekty przyjmowane przez episkopat tamtego kraju42.

W podobnym tonie co hierarchowie holenderscy zwrócili się do wiernych w liście pasterskim biskupi francuscy, pisząc, że w przypadku konfliktu obowiązków sumienie katolickich małżonków „może dociekać przed Bogiem, który obowiązek jest w danej sytuacji ważniejszy” (chodzi, rzecz jasna, o konflikt pomiędzy obiektywną powinnością moralną a subiektywną oceną sytuacji rodzinnej)43. Mniej więcej taką samą postawę zajęli biskupi Kanady. We Włoszech podobny duch pojawił się w licznych publikacjach prasowych i debatach telewizyjnych. Szczególną siłę perswazji posiadało opublikowanie w najpopularniejszym tygodniku katolickim „Famiglia Cristiana” (nakład 1,5 miliona egzemplarzy) dwóch artykułów słynnego z czasów Soboru teologa moralnego Bernharda Häringa, popierającego dopuszczalność antykoncepcji. Wręcz za niemoralną uznał on papieską metodę okresowej wstrzemięźliwości44. Ideę „okrągłego stołu” dla księży próbował wylansować inny tygodnik „L’Espresso”, dowodząc przy tym, że papież nie różni się niczym od zwykłych wiernych. Jego przywódcza rola miałaby polegać na regulowaniu spraw życia Kościoła i przypominać zajęcie policjanta kierującego ruchem na głównym skrzyżowaniu. Powoli, w zgiełku dyskusji i argumentów, otwarte kontestowanie papieża przestawało być uznawane za anomalię, a zaczęło uchodzić wręcz za przejaw autentycznej religijności i przejmowania się sprawami Kościoła.

„Jak nigdy dotąd, odczuwam ciężar mego posługiwania”

– powiedział Paweł VI podczas audiencji 31 lipca 1968 roku. Szczególnie zraniła go postawa kardynała Josepha Suenensa, arcybiskupa Malines i Brukseli, prymasa Belgii, przyjaciela, z którym Paweł VI pojawił się na balkonie bazyliki św. Piotra podczas pierwszej modlitwy Angelus Domini. Kiedy trwały jeszcze prace komisji teologicznej w sprawie kontroli urodzin, belgijski kardynał powtarzał: „zobaczycie, papież nas nie zawiedzie”. Po publikacji encykliki jedną z pierwszych deklaracji wyrażających obiekcje była uwaga kardynała Suenensa, który stwierdził:

„Nie czujemy się zobowiązani do bezwarunkowej i całkowitej uległości, jak w przypadku orzeczeń dogmatycznych”.

Prymas Belgii, jeden z najpopularniejszych protagonistów soborowej odnowy, stał się tym samym symbolem papieskiej kontestacji. W jednym z wywiadów, zażenowany wyraźnie postępowaniem Stolicy Apostolskiej, wyznał, że było czymś nieszczęśliwym podjęcie przez Pawła VI decyzji o pozbawieniu Soboru debaty na temat kontroli narodzin”45, delikatnie sugerując papieski sabotaż w stosunku do wielkich idei Vaticanum II. Takie wypowiedzi kościelnych hierarchów rozzuchwalały dziennikarzy świeckiej prasy, którzy pozwalali sobie na recenzje w stylu:

„Ta encyklika nie jest owocem papieskiej nieomylności, ale papieskiego osamotnienia”46.

OWCE GRYZĄ

Wewnątrzkościelna kontestacja encykliki i lekceważące podejście do roli papieża w Kościele nie miały na celu jedynie walki ideologicznej o pryncypia moralne. Wojna toczyła się o „rząd dusz” i o siłę autorytetu, o to, kogo zdezorientowani i zanurzeni w zgiełku dyskusji katolicy mieli słuchać. Dlatego główną rolę w rebelii 1968 roku w Kościele odegrały uniwersyteckie gremia teologiczne. Ksiądz Charles Curran, profesor Catholic University of America i wiceprzewodniczący Amerykańskiego Stowarzyszenia Teologów Katolickich, szybko znalazł się w awangardzie nieprzyjaciół stanowiska papieskiego. W dniu opublikowania swojej deklaracji protestu przeciwko encyklice Humanae vitae zdołał zebrać 87 podpisów innych teologów i myślicieli katolickich. Niebawem do grona tego przyłączyło się 200 innych nazwisk. Deklaracja Currana została wydrukowana na łamach „New York Timesa” 30 lipca 1968 roku. Poddawała drobiazgowej analizie i cenzurze tekst papieskiego dokumentu.

„Jako teologowie katoliccy odnosimy się z szacunkiem do roli wyznaczonej hierarchicznemu Urzędowi Nauczycielskiemu (i jego roli wychowawczej) w Kościele Chrystusowym – czytamy w amerykańskiej deklaracji. – Jednocześnie, tradycja chrześcijańska nałożyła na teologów szczególną odpowiedzialność związaną z powinnością wartościowania i interpretacji wypowiedzi Magisterium w świetle wszelkich danych teologicznych, zawartych w innych dziełach i opracowaniach. Przedstawiamy tutaj pierwsze komentarze do encykliki Pawła VI na temat regulacji urodzin. Encyklika nie stanowi nieomylnego nauczania. Historia uczy, że liczne wypowiedzi o podobnym czy nawet poważniejszym kalibrze z biegiem lat były oceniane jako nieprecyzyjne, o ile nie błędne. Autorytatywne orzeczenia z przeszłości dotyczące wolności religijnej, lichwy, prawa do milczenia czy celów małżeństwa w późniejszym czasie zostały skorygowane. Wiele pozytywnych wartości w odniesieniu do małżeństwa znalazło swój wyraz w encyklice Pawła VI. Niemniej nie podzielamy przyjętej eklezjologii, jak i metodologii, jaką posłużył się Paweł VI w skonstruowaniu i promulgowaniu dokumentu. Nie są one zbieżne z autentyczną samoświadomością Kościoła, według tego, co wyraziły i zaproponowały dokumenty Soboru Watykańskiego II.

Encyklika w swej wewnętrznej logice zakłada, że Kościół winien utożsamiać się z hierarchią. Nie została przyznana żadna konkretna racja świadectwu życia Kościoła w swej całości, zwłaszcza zostało pominięte szczególne świadectwo wielu katolickich par. Encyklika też zdaje się nie brać pod uwagę świadectwa Kościołów i chrześcijańskich wspólnot odłączonych. Pozostaje niewrażliwa na doświadczenie wielu ludzi dobrej woli, poświęca też niewiele uwagi etycznemu wkładowi nowoczesnej nauki. Poza tym, encyklika posługuje się wąskim, pozytywistycznym pojęciem władzy papieskiej, co znalazło wyraz w odrzuceniu zdania większości komisji ustanowionej dla zbadania zagadnienia, jak też i w odrzuceniu wniosków szerokiego grona międzynarodowej rzeszy teologów katolickich.

Tym samym nie podzielamy niektórych szczegółowych wniosków etycznych zawartych w encyklice. Opierają się one na niesłusznym pojęciu prawa naturalnego. Pominięto przy tym liczne odmienne teorie prawa naturalnego, jak i fakt, że znani filozofowie w tej szczególnej kwestii dochodzą do odmiennych konkluzji. Inne defekty odnoszą się do: zbyt dużej rangi przyznanej biologicznym aspektom małżeńskich relacji uznanym za etycznie rozstrzygające; przesadnego znaczenia przypisywanego aktowi seksualnemu i funkcjom seksualnym przeżywanym przez osoby i pary, przy niemalże całkowitej niewrażliwości na godność milionów istnień ludzkich pozostawionych w świecie bez najmniejszej choćby szansy na odpowiednie wyżywienie czy wykształcenie. W rzeczy samej, encyklika nie prezentuje żadnego postępu w stosunku do zawartości encykliki Piusa XI Casti Connubii, której wnioski zostały poddane w wątpliwość z ważnych racji. Racje te, przy odrzuceniu głosu Soboru Watykańskiego II, nie zostały odpowiednio uwzględnione, podczas gdy autor ograniczył się jedynie do powtórzenia dawnego nauczania.

Przyjęło się powszechne w Kościele przeświadczenie, że katolicy mogą odstąpić od nauczania Magisterium, które nie jest nieomylne, o ile istnieją uzasadnione ku temu przesłanki. Toteż, jako teologowie katoliccy, świadomi naszej powinności, jak i ograniczeń, stwierdzamy, iż małżonkowie mogą w sposób odpowiedzialny przyjąć, kierując się sumieniem, fakt, iż antykoncepcja przy użyciu sztucznych środków w podobnych okolicznościach jest nie tylko dopuszczalna, ale wręcz konieczna, by wziąć w obronę i rozwijać wartość oraz świętość małżeństwa. Ponadto wyrażamy przekonanie, że autentyczne zaangażowanie się w tajemnicę Chrystusa i Kościoła domaga się ze strony wszystkich katolickich teologów w tym momencie zajęcia odważnego stanowiska”47.

Niech mi czytelnik daruje długość zacytowanego fragmentu Deklaracji, ale nie sposób pominąć takie kuriozum, z którego wynika – wedle amerykańskich profesorów – że papież oblał egzamin z teologii. Można śmiało założyć, że jeśli jakiś student fakultetu teologicznego dostałby podobną opinię na temat napisanego kolokwium, powinien poważnie wziąć pod uwagę zmianę kierunku. Aż nadto wyraźnie można dostrzec w aroganckim stylu o. Currana, że chodzi przede wszystkim o to, kto ma wystarczającą kompetencję, by pouczać innych, jak żyć. Cios miał paść, gdzie padł – w autorytet głowy Kościoła. W nowym, zaprezentowanym podejściu do nauczycielskiej misji Kościoła – rzekomo wynikającym z doktryny Soboru – rola papieża miała polegać na ogłaszaniu i zatwierdzaniu wspólnego zdania katolików, mierzonego większością wyrażonych opinii na dany temat. Skoro Paweł VI, jak podkreśla tekst, dysponuje błędną wizją Kościoła, można śmiało pozostać katolikiem, nie słuchając więcej papieża. W nowym, rzekomo soborowym, zdefiniowaniu Kościoła, miejsce prymatu Piotra wydaje się symboliczne, o ile nie zbędne. Przecież w przypadku encykliki Humanae vitae głos Ojca Świętego na tle większości opinii i świadectw wiernych musiał wydawać się dziwnie i obco brzmiący.

W ślad za Deklaracją Currana zaczęły krążyć w publicznej przestrzeni inne teologiczne „fatwy” ciskane przeciwko papieskiemu dokumentowi. Jezuita ks. Bernard Cooke, wraz z 13 profesorami Marquette University Milwaukee, opublikował 22 sierpnia 1968 roku inną deklarację, w której wspaniałomyślnie stwierdził, że encyklika Pawła VI „jest autentyczna, ale nie nieomylna”, co oznacza, że jeśli nawet wskazuje na słuszne rozwiązania moralnych kwestii etyki małżeńskiej i seksualnej, niemniej nie może sobie rościć prawa do „formowania w odpowiedzialny sposób katolickich sumień”. A wszystkiemu winien autor wspomnianej encykliki, który niedostatecznie przestudiował argumenty przeciwne tradycyjnemu nauczaniu.

„Ponieważ zaś katolicka teologia zawsze uczyła, że nigdy nie należy nakładać na chrześcijańskie sumienia poważnych nakazów, jeśli nie są absolutnie pewne, encyklika wytworzyła jedynie praktyczną wątpliwość”48.

Owszem, papież wniósł do dyskusji nowe argumenty i swój osobisty pogląd, ale nic ponadto.

Nieco inną jeszcze w tonie deklarację opublikował George Schlichte, rektor Seminarium Jana XXIII w Westen w stanie Massachusetts, wraz z siedmioma wykładowcami tej uczelni. Według nich, encyklika jest

„bardzo rozczarowująca i to w momencie, gdy katolicy doświadczają w Kościele nowego uczucia dojrzałości chrześcijańskiej”49.

Oczywiście ostrzem krytyki zostaje ugodzona eklezjologia Pawła VI, nie biorąca pod uwagę nowych posoborowych metamorfoz doktrynalnych, z których ma wynikać, że „Duch Święty żyje przede wszystkim we wspólnocie ludu Bożego, ci zaś, którzy nie chcą przyjąć wspólnego stanowiska wspólnoty, szkodzą jedynie skuteczności kościelnego posłannictwa”. Cóż, po ogłoszeniu encykliki papieża

„wspólnota kościelna ma prawo czuć się upokorzona takim podejściem kogoś, od kogo należałoby oczekiwać większej wrażliwości na głos Ducha”50.

Papież zalicza kolejną dwóję, i to z egzaminu komisyjnego.

W ciągu całego tego okresu mnożyły się podobne stanowiska, nieraz wyrażane w bardziej zakamuflowanej formie, jak choćby to wygłoszone przez inny autorytet teologiczny, o. Johna G. Milhavena na dorocznym kongresie „Woodstock College”:

„Małżonka i małżonek katoliccy mają obowiązek słuchać Ojca Świętego i powinni być mu posłuszni. Lecz wiąże ich także odpowiedzialność wspólna w stosunku do swoich dzieci”51.

Posługując się zatem argumentem konfliktu powinności, zacny profesor zasugerował, że używanie antykoncepcji przez rodziców może być uzasadnione dobrem dzieci (czy dziecka), jakie się już posiada. Milhaven, podobnie jak Curran, doszedł do konkluzji, że sprawę obrony przed kolejną ciążą w rodzinie można uznać nie tylko za przywilej, ale i za powinność rodziców kochających własne potomstwo. Więcej: małżonkowie odstępujący od środków zapobiegających poczęcie mogą postawić swój związek w niebezpiecznej sytuacji.

Proszę zauważyć, że ton prezentowanych deklaracji jest nie tylko polemiczny z tekstem papieskim – to ton kogoś, kto dostarcza ludziom rad autorytatywnych i profesjonalnych. W przewidywaniu trudnych sytuacji, w jakich znajdą się katoliccy małżonkowie w efekcie papieskich rozstrzygnięć, teologowie proponują drogę ocalenia. W tym miejscu docieramy do sedna konfliktu: ten czy ów autor dysydenckich deklaracji przemawiał do ludzi nie w oparciu o siłę argumentów, bo te niejednokrotnie pozostawały dla prostych umysłów ludzkich zbyt teoretyczne i wysublimowane, ale przemawiał z piedestału uznanego kapłana i utytułowanego teologa, mającego za sobą siłę nazwy reprezentowanej uczelni lub prestiżowej konferencji. Wysiłek tych ludzi nie zatrzymywał się na poziomie konfliktu między władzą papieża a wrażliwością jednostkowego sumienia, ale parł naprzód w kierunku ostatecznego rozstrzygnięcia, kto naprawdę dysponuje władzą w Kościele: papież i jego biskupi czy intelektualnie wszechstronni eksperci. Biedny żonaty katolik (czy zamężna katoliczka) w obliczu dylematów moralnych wiążących się z łożem małżeńskim, i nie tylko, powinien zdecydować nie tyle, jakie podejście ma przyjąć, ale kogo słuchać. Winien wybrać nie pomiędzy różnymi argumentami, ale pomiędzy dwoma różnymi autorytetami. Przyczyną przygnębienia wiernych nie była antykoncepcja, ale poddana w wątpliwość apostolska władza Piotrowa.

„Wierni już podjęli decyzję w sprawie antykoncepcji”

– wyniośle wyrokował w imieniu milionów katolików jezuita ks. Thomas Roberts52. Atmosfera wytworzona w Kościele przypominała słynną frazę Samuela Johnsona:

„To uczciwi ludzie, nigdy o sobie nawzajem nie powiedzą dobrego słowa” .

PASTERZ UKRZYŻOWANY – OWCE BECZĄ

Paweł VI był cierpliwy w wyjaśnianiu. Odpowiadał na argumenty, nie odwoływał się do anatem, słał listy do kolejnych biskupów, na kolejne synody i zebrania, modlił się i cierpiał. Stał się aż do końca swego pasterzowania symbolem i ofiarą kryzysu Kościoła, jaki pojawił się w latach posoborowych. Był to Kościół ludzi świeckich ze świadomością „my jesteśmy ludem Bożym” i pretensją decydowania o kształcie najbardziej dla nich wygodnego duszpasterstwa, Kościół księży utrudzonych nieustannym poszukiwaniem nowej tożsamości i Kościół niektórych biskupów przekonanych o możliwościach swej na nowo uświadomionej kolektywnej podmiotowości. A wszystko to z nadania osobliwego znaczenia Soborowi Watykańskiemu II, który – analogicznie do epoki Kennedy’ego w polityce – miał otworzyć nowy rozdział w przeżywaniu chrześcijaństwa bliższego swym korzeniom i uwolnionego od balastu niepotrzebnej przeszłości. Podczas całego swego pontyfikatu Paweł VI cierpiał z powodu postaw autodestrukcyjnych, które spotykał wewnątrz wspólnoty, jakiej przewodził, postaw będących wynikiem myślenia posoborowego naznaczonego sporą dawką dowolności przemieszanej z bezkrytycznym otwarciem się na współczesną mentalność świata niechrześcijańskiego.

W tym myśleniu domniemany „duch Soboru” często brał górę nad wymową dokumentów Vaticanum II. Był duchem nie tyle uważnej lektury tekstów, jakie pozostawił Sobór, ile raczej ich interpretacji. A teksty wyraźnie nauczały, że biskupi bez papieża nie mają autonomicznej władzy w Kościele:

„Kolegium albo ciało biskupie posiada władzę autorytatywną jedynie wtedy, gdy się je bierze łącznie z Biskupem Rzymskim, następcą Piotra, jako jego głową, i gdy nienaruszoną zostaje władza zwierzchnia tego ostatniego nad wszystkimi, zarówno Pasterzami, jak wiernymi. Albowiem Biskup Rzymski z racji swego urzędu, mianowicie urzędu Zastępcy Chrystusa i Pasterza całego Kościoła, ma pełną, najwyższą i powszechną władzę nad Kościołem i władzę tę zawsze ma prawo wykonywać w sposób nieskrępowany […]. Jednego tylko Piotra wyznaczył Pan na Opokę i Klucznika Kościoła”53.

Do wszystkich wiernych stosuje się zasada Soboru, iż wypowiedzi papieża

„są nienaruszalnymi same z siebie, a nie na mocy zgody Kościoła, jako że ogłoszone zostały z pomocą Ducha Świętego przyrzeczoną mu w osobie św. Piotra i dlatego nie potrzebują niczyjej aprobaty ani nie dopuszczają odwoływania się do niczyjego sądu […]. Tę zaś zbożną uległość woli i rozumu w sposób szczególny okazywać należy autentycznemu urzędowi nauczycielskiemu Biskupa Rzymskiego nawet wtedy, gdy nie przemawia on ex cathedra”54.

Interpretacje posoborowe sugerowały natomiast, że wiążące dla katolików w sumieniu są jedynie orzeczenia formalne i uroczyście ogłoszone jako nieomylne. Encykliki zaś oraz inne formy papieskiego nauczania miały być traktowane z szacunkiem, ale nie jako zobowiązujące. Jan Paweł II w liście apostolskim Ad Tuendam Fidem przeciął dyskusję na ten temat, stwierdzając, iż każdy katolik jest zobowiązany do posłusznego respektowania głosu następcy św. Piotra w Kościele, wyrażonego „tak w nauczaniu uroczystym, jak i w zwyczajnym nauczaniu powszechnym”, co znaczy „także wtedy, gdy nie jest ono podawane z intencją definitywnego jej określenia”55. Kto się temu sprzeciwia – dopowiada Jan Paweł II – sam się wyklucza z Kościoła.

Kontestacja papieża w epoce posoborowej znalazła swoje konsekwencje w dzisiejszych trudnościach przeżywanych przez katolików w konfrontowaniu się z głosem Boga przekazywanym przez Jego posłańców. Styl myślenia, który zdawał się wyrzucać do kosza urząd Piotrowy wraz z pozostałymi odpadami historii, zdominował wiele fakultetów i redakcji. Do dzisiaj środki społecznego przekazu cenzurują każde słowo i gest Ojca Świętego, reagując natychmiastową ripostą na to, czego opinia publiczna nie zamierza uznać za dopuszczalne. Sama rola papieża, w zgodnym przekonaniu wielu jego publicznych cenzorów, winna dostosować się do warunków epoki, ograniczając się do funkcji rzecznika prasowego wyrażającego głos większości w społeczności zwanej Kościołem katolickim. Trudno oprzeć się wrażeniu, że celem takich zabiegów jest zduszenie głosu Nauczycielskiego Urzędu Kościoła w uszach i sercach wyznawców Chrystusa.

Paweł VI stał się figurą zranionego czy też sponiewieranego pasterza we własnej owczarni. Przypomina kogoś pogryzionego przez własne owce.

„Stał się apostołem Ukrzyżowanego, podobnie jak św. Paweł – mówił o nim Jan Paweł II. – Wiedział, co to zniewagi, opluwanie, smutek i udręka. Znosił przeciwności dzięki modlitwie i niezachwianej wierze. Na próby pochodzące z wewnątrz i z zewnątrz Kościoła odpowiadał niezłomną wiarą, nadzieją i miłością, które sprawiły, że stał się Piotrem naszych czasów”56.

Ślepym byłby ten, kto w podobnych słowach doszukiwałby się jedynie okolicznościowej retoryki.

Zastanawiałem się przed napisaniem tego tekstu, czy warto wracać do zdarzeń i reakcji sprzed czterdziestu lat, czy warto zapuszczać się w obszary wstydliwe i krępujące, ryzykując postawienie w złym świetle Kościoła, z którym całkowicie się identyfikuję. Czyż nie jest to zabieg nazywany „wywlekaniem brudów”, niemiły dla żadnej rodziny? Z polskiej perspektywy może to tak wyglądać. Względy polityczne uchroniły Kościół nad Wisłą i Odrą od niejednego wirusa posoborowej kontestacji. Byliśmy skupieni bardziej na sprawie przetrwania wśród prześladowań i na obronie przed marksistowskim ateizmem, co jedynie konsolidowało jedność wiernych z pasterzami oraz tradycją katolickiego nauczania i kultu. W zachodnioeuropejskich wspólnotach kościelnych natomiast mało kogo już dziwi odpust parafialny bez Eucharystii, konfesjonały bez kolejek czy konferencje na temat nieaktualności Humanae vitae. Nie dziwią księża czy świeccy katecheci, którzy nie lubią stuły i maryjnych procesji, za to uwielbiają dyskusje na temat wyrównywania nierówności społecznych, racji przemawiających za uznaniem eutanazji czy usprawiedliwiających pary „dorosłych dzieci” żyjących wspólnie bez ślubu. Są oni wytworem pokolenia ‘68, czyli generacji pigułki i lateksu. Ten styl myślenia, niestety, poprzez narzędzia zbiorowej wyobraźni i siłę spłaszczonego dyskursu, zaczyna dobierać się także do dzieci pokolenia kardynała Wyszyńskiego i ks. Jerzego Popiełuszki, nie myśląc oszczędzać nikogo. Potrzeba refleksji, potrzeba też nawrócenia.

Na szczęście taką refleksję podjął niedawno arcybiskup Wiednia i uczeń słynnej dominikańskiej szkoły teologicznej z Saulchoir, kardynał Christoph Schönborn, przyznając po latach: Paweł VI miał rację! Jego słowa mogą mieć z perspektywy tego, co tylko po części udało mi się opisać, wartość diamentów:

„Chciałbym powiedzieć wam coś, co noszę w sercu – zwrócił się kardynał Schönborn do europejskich biskupów zgromadzonych na rekolekcjach na Górze Błogosławieństw w Galilei w 2008 roku. – Myślę, że jest to słowo Ducha Świętego, które muszę powiedzieć. Jaka jest wina Europy? Europa umiera, bo powiedziała «nie» życiu. Leży mi na sercu powiedzenie tego tu, w tym miejscu (nad Jeziorem Galilejskim), gdzie Jezus nam powiedział, że otrzymujemy przebaczenie naszych grzechów, ponieważ myślę, że jest to również grzech nasz, biskupów, nawet jeśli nikt z nas nie był biskupem w 1968 roku. Dzisiaj w Niemczech 100 rodziców ma 64 dzieci i 44 wnucząt; to znaczy, że w ciągu jednego pokolenia populacja niemiecka – nie licząc imigracji – zmniejsza się o połowę. Powiedzieliśmy «nie» wobec Humanae vitae. Nie byliśmy biskupami, ale nasi współbracia nimi byli. Nie mieliśmy odwagi powiedzieć jasnego «tak» dla Humanae vitae. Jest kilka wyjątków – ówczesny kardynał Berlina kardynał Bengsch przygotował tekst dla Konferencji Biskupów Niemieckich, który był tekstem prorockim. Ten tekst zniknął i zamiast niego ukazała się Deklaracja z Königstein (Die Königsteiner Erklarung), która sprawiła, że Kościół katolicki w Niemczech był za słaby, by powiedzieć «tak» dla życia.

Był też inny wyjątek, w Krakowie: grupa teologów w 1966 roku pod kierownictwem arcybiskupa Krakowa, tak bardzo umiłowanego papieża Jana Pawła II, napisała memorandum i wysłała ten tekst Pawłowi VI. Ja myślę, że to świadectwo biskupa Kościoła męczeńskiego, Kościoła milczenia, miało większą wagę niż wszystkie ekspertyzy, które Paweł VI zlecił wykonać na ten temat, i to sprawiło, że podjął tę odważną decyzję, która skazała go potem na pozostawanie w straszliwym osamotnieniu. Ten tekst z Krakowa – jestem o tym przekonany, nie mam historycznego dowodu, lecz jestem o tym przekonany duchowo – pomógł, dodał odwagi Pawłowi VI do napisania Humanae vitae.

Ale my, biskupi, zamknięci za drzwiami ze strachu, z obawy nie przed Żydami, ale przed prasą, z obawy przed niezrozumieniem przez naszych wiernych, nie mieliśmy odwagi! Kiedy nadeszła fala aborcji, Kościół był osłabiony, ponieważ nie nauczył się tej odwagi oporu, jaką widzieliśmy w Krakowie, a którą Jan Paweł II pokazywał podczas całego swojego pontyfikatu. Tej odwagi, by powiedzieć «tak» Bogu, Jezusowi, również za cenę bycia pogardzanym. My byliśmy za zamkniętymi drzwiami, ze strachu. Myślę, że chociaż nie byliśmy biskupami w tamtych latach, to jednak musimy żałować za ten grzech europejskiego episkopatu. Musimy żałować za to, że episkopat nie miał odwagi, by z mocą wspierać Pawła VI, ponieważ dzisiaj nosimy wszyscy w naszych Kościołach, w naszych diecezjach, ciężar konsekwencji tego grzechu. Jesteśmy współodpowiedzialni za ten smutek Europy”57.

Gdybyśmy spróbowali użyć podobnych słów również my, kapłani, teologowie oraz katoliccy działacze i publicyści, chociaż nie było nas jeszcze na stanowiskach w 1968 roku, być może odzyskalibyśmy siłę katolickiej tożsamości, a wraz z nią synowską ufność wobec Następcy św. Piotra. Jak po kąpieli oczyszczenia, moglibyśmy słuchać na nowo, bez ironii i sceptycznej rezerwy kolejnego biskupa Rzymu, przychodzącego po odważnym Pawle VI, który po czterdziestu latach od tamtych faktów mówi, że „to, co było prawdą wczoraj, pozostaje prawdą i dziś. Prawda wyrażona w Humanae vitae nie zmienia się; co więcej, właśnie w świetle nowych odkryć naukowych jej nauczanie staje się coraz bardziej aktualne i pobudza do refleksji nad właściwą wartością, jaką posiada. W kulturze narażonej na przewagę posiadania nad byciem, życiu ludzkiemu grozi utrata swojej wartości. Jeżeli uprawianie seksualności przekształca się w narkotyk, przez który chce się podporządkować partnera własnym pragnieniom i interesom, nie licząc się z rytmem kochanej osoby, wówczas tym, czego należy bronić, jest nie tylko prawdziwe pojmowanie miłości, ale przede wszystkim sama godność osoby. Jako wierzący nie moglibyśmy nigdy pozwolić, aby dominacja techniki miała przekreślać jakość miłości i świętość życia”58.

Kościół musi być współczesny, bo kiedy taki nie jest, zazwyczaj daje ludziom odpowiedzi na wczorajsze pytania i toczy wojny z wczorajszymi wrogami. Niemniej jego uwspółcześnienie nigdy nie może się wiązać z rezygnacją z wyznaczonej mu przez samego Zbawiciela roli bycia „znakiem sprzeciwu”59. W epoce globalnej wioski McLuhana, gdy standardy życia wyznaczają środki masowego przekazu, przystosowanie się bywa zazwyczaj przylgnięciem do tego, co przeciętne i banalne, a więc fałszywe. Bezkrytyczne przystosowanie się Kościoła do współczesności w takich warunkach byłoby śmiercią chrześcijaństwa. Co zrobić, aby nie ulec pokusie proponowania ludziom Ewangelii po niższej cenie? Pozostaje apostolska zasada: „wszystko badajcie, a co szlachetne zachowujcie”60. W 1969 roku w jednym z listów od swego soborowego przyjaciela Karola Wojtyły Henri de Lubac znalazł zwierzenie, do którego jak do światła powracał w trudnych momentach życia. Krakowski kardynał napisał mu wówczas:

„Nie tracę nadziei, że ów potężny kryzys, który tak boleśnie w nas uderza, doprowadzi ludzi do odnalezienia królewskiej drogi życia. Może to się jeszcze nie okaże za naszych dni, niemniej z całych sił ufaliśmy i nadal ufamy, jesteśmy i będziemy pocieszeni”61.

Dedykuję ten cytat wytrwałemu czytelnikowi, który zdołał przebrnąć przez wszystkie stronice tego ponurego artykułu.

Ks. Robert Skrzypczak

Pismo Poświęcone Fronda, nr 54


1 Za: R. Amerio, Iota unum. Analiza zmian w Kościele Katolickim, Warszawa 2009, s. 191.
2 B.-H. Levy, Se anche Benedetto XVI e Pio XII diventano vittime del pregiudizio, „Corriere della Sera”, 20 stycznia 2010.
3 H. Küng, Wojtyla, il Papa che ha fallito, „Corriere della Sera”, 30 marzo 2005.
4 H. de Lubac, Memoria interno alle mie opere, Opera omnia, vol. 31, Milano 1992, s. 455.
5 Za 13,7; Mt 26,31.
6 A.M. Martins, R.J. Fox, Documents on Fatima and the Memoire of Sister Lucia, Alexandra South Dakota 1992, s. 369.
7 „Documentation Catholique”, 2046/1965.
8 Wywiad z dn. 3 października 1965 r., za: A. Tornielli, Paolo VI. Il timoniere del Concilio, Milano 2003, s. 41.
9 Przemówienie w Papieskim Seminarium Lombardzkim w Rzymie, dn. 7 grudnia 1968 r., za: A. Tornielli,
Paolo VI, dz. cyt., s. 53.
10 Homilia w Uroczystość Apostołów Piotra i Pawła, 29 czerwca 1972 r.: za: A. Tornielli, Paolo VI, dz. cyt., s. 53. Do tematu aktywnej roli diabła w dziejach Kościoła i świata Paweł VI powrócił jeszcze kilkakrotnie, m.in. podczas audiencji generalnej w dniu 15 listopada tego samego roku oraz 27 lutego 1977 r.
11 S. Xeres, La Chiesa, corpo inquieto, Milano 2003, s. 282-283.
12 Wywiad z kard. F. Königiem, „Trentagiorni”, październik 1992. Warto dodać, że König uchodził w kręgach soborowych za zwolennika odnowy, był też wielkim protektorem wyboru Karola Wojtyły na papieża w 1978 roku.
13 Za: A. Tornielli, dz. cyt. s. 59.
14 P.S. Kaufman, Why You Can Disagree and Remain a Faithful Catholic, New York 1995, s. 153.
15 Por. R.P. Coomaraswamy, The destruction of the Christian Tradition, Indiana 2006; tenże, The Heresy of John XXIII, „Studies in Comparative Religion” (Middlesex, Eng.): Comments on a Recent „Traditional” Catholic Book, vol. 17, 1988; J. Saenz y Arriaga, Sede Vacante – Paulo VI no es ligitimo Papa, Mexico 1973; Aegidus, Kardynał Józef Ratzinger – bard Soboru, „Zawsze wierni” 4/2002; M. Le Monte, Karol Wojtyla et le Concile Vatican II, „Savoir et server” 57, s. 67-77.
16 Paweł VI, encyklika Humanae vitae, 16.
17 Tamże, 18.
18 Paweł VI, audiencja generalna z dn. 31 lipca 1968 r.
19 G. M. Vian, Paolo VI, w: Enciclopedia dei Papi, vol. 1-3, Treccani, Roma 2000, III, s. 680.
20 Les Fondements de la doctrine de l’Eglise concernant les principes de la vie conjugale. Red. K. Wojtyła, „Analecta Cracoviensia” 1(1969), s. 194-230.
21 Sobór Watykański II, Konstytucja duszpasterska o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium et spes”, 49.
22 A. Tornielli, Paolo VI, dz. cyt., s. 73.
23 Przytaczam za: A. Tornielli, A. Zangrando, Papa Luciani. Il parroco del mondo, Tavagnacco 1998; A. Tornielli,
Paolo VI, dz. cyt., s. 73-77.
24 Cathedra Sit-in, „The Tablet”, 17 sierpnia 1968, s. 829.
25 The Argument Goes On, „The Tablet”, 10 sierpnia 1968, s. 796; Other Reaction to Encyclical, „The Pilot”, 3 sierpnia 1968, s. 8.
26 Resigns «Monsignorship» as Protest to Encyclical, „National Catholic Reporter”, 21 sierpnia 1968, s. 9.
27 Crisis in the Chuch, „The Tablet”, 3 sierpnia 1968, s. 758.
28 Follow Conscience. Dr Küng Says, „National Catholic Reporter”, 14 sierpnia 1968, s. 9.
29 O. Robert Johnson, SJ w „New York Times”, 30 lipca 1968, s. 1.
30 Por. Łk 4, 21-30.
31 „L’Osservatore Romano”, 8 sierpnia 1968, s. 7.
32 Word-Wide Reaction Reflects Urgent Concern, „The Pilot”, 3 sierpnia 1968, s. 8.
33 „Corriere della Sera”, 30 lipca 1968 r.
34 Por. C. Meier, Der Katholikentag 1968 in Essen – Und die Schwierigkeit moderne Entwicklungen in die Kirchenar- beit zu integrieren, Ruhr-Universität Bochum 2003.
35 „L’Osservatore Romano”, 9 września 1968.
36 A. Melloni, S. Scatena, Synod and synodality: theology, history, canon law and ecumenism in new contact, International Colloquium Bruges 2003, Berlin-Hamburg-Münster 2005, s. 683-702.
37 H. Heidenreich, Personales Angebot als Kernkonzept praktisch-theologischen Handelns: zu seiner Rekonstrukti- on, Rezeption und Interpretation nach dem Würzburger Synodenbeschluss von 1975. Münster 2004. Synod domagał się także dopuszczenia osób rozwiedzionych do sakramentów, jak również innowierców do Eucharystii.
38 Bp A. Laun, „Humanae vitae” – niepotrzebny ciężar czy źródło miłości? „Ethos” 84/2008, s. 142-151; G. B. Sala, 25-lecie „Deklaracji z Königstein”, 29/1995, s. 206-234. Typowa dla tej tendencji jest o wiele lat późniejsza Deklaracja kolońska oraz petycja znana jako „wola ludu Bożego” (niem. Kirchenvolksbegehren) z roku 1995. Nie wprost obwi- niano w nich Papieża o to, że nałożył na małżonków zbyt duże, niechciane przez Boga obciążenie.
39 Por. Artykuł redakcyjny Roman Catholics: Declaration of Independence, „Time”, 17 stycznia 1969.
40 M. Introvigne, La nascita del dissenso organizzato nella Chiesa Cattolica, „Zenit”, 9 lutego 2009: http://www. zenit.org/article-17114?l=italian
41 „Informations catholoques internationals”, 449/1974, s. 27.
42 „L’Osservatore Romano”, 14 stycznia 1970.
43 Krytyka stanowiska francuskiego w: „L’Osservatore Romano”, 13 września 1968.
44 „Famiglia Cristiana”, 23 maja oraz 20 czerwca 1976; tekst krytyczny: „L’Osservatore Romano”, 6 sierpnia 1977.
45 Wywiad dla „Le Monde”, 12 maja 1970.
46 Za: A. Tornielli, Paolo VI, dz. cyt., s. 84.
47 Text of the Statement by Theologiens, „New York Times”, 31 sierpnia 1968, s. 16. Podaję za wersją włoską w:
R. McInerny, Vaticano II. Che cosa è andato storto?, Verona 2009, s. 37-39.
48 Reflections on Human Life, wydanie specjalne „Our Sudany Visitor”, 22 sierpnia 1968.
49 World-Wide Reaction Reflects Urgent Concern, „The Pilot”, 3 sierpnia 1968, s. 8.
50 Tamże.
51 Each Has to Weigh Effects of Disobedience, „National Catholic Reporter”, 7 sierpnia 1968, s. 11.
52 Th. Roberts, Contraception and Holiness, New York 1964.
53 Sobór Watykański II, Konstytucja dogmatyczna o Kościele Lumen gentium, 22; por. Katechizm Kościoła Kato- lickiego, p. 891.
54 Tamże, 25.
55 List apostolski motu proprio Ad Tuendam Fidem wprowadzający pewne przepisy do Kodeksu Prawa Kano- nicznego i Kodeksu Kanonów Kościołów Wschodnich, z dn. 18 maja 1998 r., p. 2: por. Kongregacja Nauki Wiary, Instrukcja o powołaniu teologa w Kościele Donum veritatis, z dn. 24 maja 1990 r., p. 15: AAS 82 (1990), 1556.; Kodeks Prawa Kanonicznego, kan. 750
56 Homilia podczas mszy za duszę śp. Pawła VI w pierwszą rocznicę śmierci, Bazylika św. Piotra w Rzymie, dn. 16 września 1979.
57 Paweł VI miał rację. Wypowiedź kard. Ch. Schönborna o „Humanae Vitae”, 29 marca 2008, Centrum formacyj- ne Domus Galilaeae w Izraelu, „Gość Niedzielny” 24/2008 z dn. 15 czerwca 2008.
58 Benedykt XVI, Przemówienie podczas sesji z okazji 40. rocznicy ukazania się encykliki Pawła VI „Humanae vitae”, Papieski Uniwersytet Laterański, Rzym, 10 maja 2008, „Sprawy rodziny” 83/2008, nr 3, s. 22-25.
59 Por. Łk 2,34.
60 1 Tes 5,21.
61 H. de Lubac, Memoria interno alle mie opere, Opera omnia, vol. 31, Jaca Book, Milano 1992, s. 454.