25.06.19, 16:00screenshot Youtube - News Update Live / Fot. pixabay, CC 0

Marek Budzisz: Zamieszki w Gruzji – zastanawiające sploty wydarzeń

Zdaniem niezależnych dziennikarzy rosyjskich Moskwa zadziwiająco szybko i stanowczo zareagowała na wydarzenia w Tbilisi. Natychmiast po pierwszych informacjach na temat tego co się wydarzyło zwołano posiedzenie Rady Bezpieczeństwa i zaraz potem ogłoszono, że rosyjskie władze zakazują lotów, najpierw była mowa o formach rosyjskich, a potem doprecyzowano, że tym embargo objęte są wszystkie, w tym i gruzińskie linie lotnicze. Warto zwrócić uwagę na oficjalne uzasadnienie takiego kroku. Otóż Putin powiedział, że ma to związek z „antyrosyjską histerią”, która ogarnęła Gruzję i w związku z tym zachodzi obawa o bezpieczeństwo tysięcy rosyjskich turystów odpoczywających w kurortach nad Morzem Czarnym. Opinii Kremla nie zmieniły artykuły, które pojawiły się nawet w rosyjskich mediach, w których przeczytać można świadectwa Rosjan, zarówno tych którzy mieszkają w Gruzji, jak i turystów, że z żadnymi objawami „rusofobii” nigdy się w Gruzji nie zetknęli. Można, zdaniem wypowiadających się w tej sprawie, mówić jedynie o tym, że Gruzinom nie podoba się polityka rosyjskich władz, ale to jeszcze nie jest niechęć do Rosjan, tym bardziej nie rusofobia. Ale nie przeszkodziło to sygnatariuszom listu, bo i taki powstał, w tym i zakorzenionym w Rosji gruzińskim inteligentom napisać, że w Tbilisi „doszli do głosu faszyści” (brzmi znajomo?). Ramzan Kadyrow, znany ze swych wojowniczych wypowiedzi, powiedział komentując całą sprawę, że Gruzini „doigrali się” i najwyraźniej nie odpowiada im, to, że zarobili na rosyjskich turystach w ubiegłym roku 3,5 mld dolarów. Przy okazji powiedział też, co zabrzmiało jak groźba, że od Groznego do Tbilisi jest niecałe 200 kilometrów oraz, że w Rosji mieszka obecnie milion Gruzinów. A trzeba pamiętać, że w Wąwozie Panksi, przez który przebiega szlak komunikacyjny łączący Czeczenię z Gruzję niedawno miały miejsce antyrządowe protesty. W istocie utrata dochodów związanych z rosyjskimi turystami, nadal chętnie przyjeżdżającymi do gruzińskich kurortów, może być też dla gospodarki kraju dotkliwa i zniwelować osiągnięcie obecnego rządu w kwestiach gospodarczych (w ubiegłym roku 5 % poziom wzrostu).

Wydaje się też, że ostatnie wydarzenia w stolicy Gruzji są kolejną z co najmniej kilku, prowokacji, które miały miejsce w ostatnich tygodniach. To zastanawiające nasilenie się wydarzeń, a zwłaszcza ich koncentracja w czasie, każe zastanawiać się czy mamy do czynienia z przypadkiem, czy może czymś zgoła innym.

Na początku czerwca w Stanach Zjednoczonych przebywał gruziński premier Mamuka Wachtadze. W skład delegacji wchodził tez minister obrony Lewan Izoria. Premier spotkał się m.in. z szefem Departamentu Stanu Pompeo, który po tej wizycie powiedział m.in. iż „Gruzja nigdy nie straci poparcia Stanów Zjednoczonych”. A minister obrony, po rozmowach w Departamencie Obrony poinformował, że najprawdopodobniej jesienią obydwa kraje podpiszą trzyletnią ramową umowę o współpracy Gruzja – Stany Zjednoczone, co zdaniem Tbilisi nie tylko pomoże realizować plan polegający na poczynieniu kolejnych kroków celem wstąpienia do NATO, ale przede wszystkim wzmocni gruzińską armię. Zapowiedziano też, że w ramach tego porozumienia Tbilisi całkowicie zrezygnuje z zakupów rosyjskiej broni i uzbrojenia, to co jeszcze w arsenałach zostało odda na złom, a zaopatrzenie wojskowe realizować będzie w Stanach Zjednoczonych. O wstąpieniu do NATO mówił w Stanach Zjednoczonych wiele również Wachtadze, argumentując, że jest to cel o charakterze narodowym powszechnie uznawany (80 % Gruzinów jest za), niezależnie od politycznych podziałów. Wcześniej, jeszcze przed wylotem do Waszyngtonu informował on o zamiarze jego kraju, aby uprościć procedury związane z zawijaniem okrętów państw NATO do gruzińskich portów. Ta ostatnia deklaracja została sformułowana w związku ze wspólnymi ćwiczeniami morskimi, jakie miały miejsce w kwietniu. Uczestniczyły w nich jednostki z kilku państw NATO (Turcja, Holandia, Bułgaria, Rumunia) oraz jednostki ochrony wybrzeża Gruzji. Jednak Moskwę najbardziej zaniepokoiły ćwiczenia sztabowców Gruzji oraz 24 państw zarówno z NATO jak i nie wchodzących w skład Sojuszu (Szwecja, Finlandia, Azerbejdżan), które miały miejsce w kwietniu tego roku w Tbilisi. Chodziło nie tylko o skalę przedsięwzięcia, ale i ona została zauważona, ale o dwie inne kwestie. Po pierwsze oficerowie przybyli do Gruzji zostali na czas ćwiczeń formalnie podporządkowani gruzińskiemu Sztabowi Generalnemu, co zdaniem rosyjskich obserwatorów świadczy o postępującej, faktycznej integracji gruzińskich sił zbrojnych z NATO, ale przede wszystkim niepokoi kluczowa kwestia – cel ćwiczeń. Był nim przygotowanie możliwej reakcji państw NATO na zagrożenie bezpieczeństwa państw nie będących członkami Sojuszu i w związku z tym nie podlegającymi ochronie na podstawie art. 5. Zostało to w Rosji dość jednoznacznie odczytane jako rozciągnięcie parasola, a przynajmniej krok w tym kierunku, Paktu nad państwami spoza bloku, które położone są zarówno na południowej – kaukaskiej flance, jak i na Północy.

Zaniepokojenie tym co się wydarzyło w ostatnich tygodniach w Gruzji musiało być w Moskwie na tyle duże, że dość niespodziewania, w połowie czerwca przy okazji odbywających się w Pradze rutynowych rozmów poświęconych sprawom handlowym i humanitarnym, rosyjski wiceminister spraw zagranicznych Grigorij Karasin rozpoczął dyskusję na temat kierunku gruzińskiej polityki zagranicznej. Przy czym zrobił to w typowy dla rosyjskich dyplomatów, zwłaszcza w odniesieniu do mniejszych i słabszych państw, sposób, tzn. wyznaczając „czerwone linie”, których Gruzja, w jego opinii nie może przekroczyć. Karasin zareagował w ten sposób na słowa szefa Departamentu Stanu, który powiedział po spotkaniu z gruzińskim premierem, że należy rozważyć przyjęcie jego kraju do NATO „w przyspieszonym trybie”. Rosyjski dyplomata zapowiedział, że przyspieszenie w zakresie wstąpienia Gruzji do NATO wpłynie „rujnująco” na wzajemne, rosyjsko – gruzińskie relacje. Jak informowały media strona gruzińska była zaskoczona i zdziwiona zarówno faktem, że Karasin poruszył ten temat, jak i bezceremonialnością tej wypowiedzi, w której jak zauważyli obserwatorzy pobrzmiewały groźne, wojownicze, tony. Ale wystąpienie Karasina to oczywiście nie jedyne posunięcie Rosjan, które ich zdaniem miało najprawdopodobniej, zatrzymać ruch Gruzji w stronę Sojuszu, albo przynajmniej spowodować, że społeczne poparcie dla takiej polityki spadnie.

Warto zwrócić uwagę w tym kontekście na nagle zaostrzające się dyskusje gruzińsko – azerskie w kwestii wspólnej granicy. Bo trzeba przypomnieć, że mimo upływu 30 lat od rozpadu ZSRR granica ta nie jest jeszcze wytyczona. Pracująca od początku naszego stulecia wspólna komisja zdołała osiągnąć porozumienie w sprawie przebiegu 314 km (z 480), co nie zmienia faktu, że 166 jest nadal spornych, w tym ta część, gdzie znajduje się średniowieczny kompleks klasztorów, nazywanych zbiorczo, kompleksem Dawit Garedża. Za czasów ZSRR klasztory te, znajdujące się w strategicznie ważnym regionie i obejmujące również kluczowe z tego punktu widzenia obszary, były we władaniu armii sowieckiej. Z tego powodu nie było tam dostępu, kwestiami granicy nikt sobie szczególnie nie zawracał głowy. Ale teraz ta sprawa powraca. Zaktywizowali się Gruzini, a zwłaszcza mająca 7 deputowanych niewielka formacja Sojusz Patriotów, która domaga się aby Azerbejdżan oddał Gruzji sporne tereny. Co ciekawe w czasie niedawnego (sprzed tygodnia) wiecu, który patrioci zorganizowali w centrum gruzińskiej stolicy, liderzy formacji, tacy jak Irma Inaszwili domagali się nie tylko zwrotu historycznego dziedzictwa Gruzji, ale również a może przede wszystkim odejścia od polityki której celem jest integracja kraju z NATO. Proponowali w to miejsce przyjęcie opcji na neutralność i współpracę ze wszystkimi. Oczywiście ewentualne rozpoczęcie sporu granicznego z Azerbejdżanem tylko przypadkowo związane jest z niedawnymi informacjami o możliwości otwarcia za kanału zaopatrzenia amerykańskiego kontyngentu w Afganistanie (są tam również żołnierze z Gruzji) przez Morze Kaspijskie.

Ale to nie jedyny ciekawy obszar aktywności gruzińskich patriotów i tradycjonalistów. Inny miał miejsce w związku z zapowiedzianymi w Tbilisi obchodami „tygodnia LGBT”. Ostro przeciw temu przedsięwzięciu wypowiedziała się gruzińska cerkiew prawosławna, ale jeszcze mocniej zareagował prorosyjski biznesman Lewan Wasadze, który poinformował publicznie o tym, że zamierza zorganizować specjalne bojówki, których celem będzie walka z propagandą geyowską. W stołecznym parku zorganizował on „Zjazd prawych mężczyzn” podczas którego zapowiedział, że powoływana przezeń formacja ma być podzielona na dziesiątki, te zaś będą tworzyły setki. Mają być oni uzbrojeni w pałki a ich głównym celem ma być niedopuszczenie do pochodów i parad LGBT. Taka właśnie paradę zwolennicy biznesmana rozpędzili niedawno w Tbillisi. Co ciekawe, miejsce gdzie Wasadze ogłosił swa deklarację nie jest przypadkowe – w tym samym parku, na początku lat dziewięćdziesiątych powołano do życia bojówki formacji Mchedrioni Jaby Loselianiego, których głównym celem, prócz oczywiście rabunków i wymuszeń, bo Joseliani to był wor w zakonie, była walka z antyrosyjskim prezydentem Zwiadem Gamsachurdią. Niezależnie od ocen aktywności społeczności LGBT trzeba się zgodzić z tym, że rozpędzanie ich legalnych zgromadzeń przez samozwańcze bojówki „strażników moralności” wspierane przez prawosławne duchowieństwo, nie służy wizerunkowi Gruzji, ani w Stanach Zjednoczonych, ani w Europie. Przy okazji ubiegłotygodniowych zajść w związku z parada LGBT trzeba odnotować dość powściągliwą reakcję gruzińskiego MSW na to co się działo na ulicach miasta oraz zaangażowanie Cerkwi. A trzeba pamiętać, że gruzińskie duchowieństwo uchodzi, słusznie zresztą, za silnie prorosyjskie i mocno zinfiltrowane przez rozmaitych rosyjskich agentów wpływu w stylu byłego mera Moskwy Łużkowa.

I dopiero teraz, po opisaniu kontekstu, choć nie w pełni, bo trzeba byłoby jeszcze przytoczyć napływające informacje na temat tego, że rosyjscy pogranicznicy w maskujących uniformach i z bronią przesunęli, zdaniem Gruzinów, ostatnio swe posterunki i pozycje w kierunku linii rozgraniczenia w Osetii oraz, że odbyły się tam niedawno wybory, nie uznawane przez Tbillisi, można więcej uwagi poświęcić temu co wydarzyło się w piątek i w sobotę w gruzińskiej stolicy.

Przypomnieć trzeba, że od co najmniej roku wiadomo było, kto kieruje Prawosławnym Zgromadzeniem Parlamentarnym, bo wówczas nastąpiła zmiana na stanowisku przewodniczącego tego powołanego przed laty przez Rosjan i Greków ciała. Podobnie zresztą, mówił o tym w wywiadzie dla rosyjskiego Kommiersanta, bohater wydarzeń, czyli poseł komunistyczny do Dumy Sergiej Gawriłow, już dawno ustalono ze stroną gruzińską jak i gdzie przebiegać będą obrady zaplanowane. Wiedział też o tym przewodniczący gruzińskiego parlamentu z rządzącej formacji Gruzińskie Marzenie, który zresztą w trakcie wystąpienia, które tak rozsierdziło Gruzinów, siedział w pierwszym rzędzie a dopiero potem wyjechał do Baku składając tam wizytę. Jak mówi w wywiadzie dla rosyjskich mediów były gruziński minister spraw zagranicznych Grigoł Waszadze władze doskonale wiedziały kim jest rosyjski deputowany, również z tego względu, że opozycja od co najmniej kilkunastu dni apelowała do rządu aby nie wpuszczać go do Gruzji, właśnie z racji jego wypowiedzi na temat Abchazji. Ale jednak zdecydowano go wpuścić i rozpocząć w budynku parlamentu Gruzji zgromadzenie. Wystąpienie Gawriłowa, posła szerzej w Rosji nieznanego, który zapisał się w pamięci rosyjskich dziennikarzy jako lobbysta sektora obronnego, komunista i nacjonalista, wywołało zdumienie, furię i mobilizację gruzińskiej opinii publicznej. W efekcie tłumy zgromadziły się protestując przed tamtejszym parlamentem. Rosyjską delegację pospiesznie ewakuowano osłaniając ją tarczami i specjalnymi płachtami, bo leciały na deputowanych jajka i butelki z wodą. Zawieziono ich na lotnisko, skąd odlecieli do Moskwy.

Ale warto zwrócić uwagę na dość zbliżony modus operandi, który miał miejsce w Czarnogórze i Macedonii w przeddzień wstąpienia tych krajów do NATO. Tam również wybuchały gwałtowne zamieszki wzniecane przez siły nacjonalistyczne, które zarzucały rządzącym zdradę interesów narodowych. Tam tez planowano szturm parlamentu, w Macedonii w czasie jednej z takich demonstracji protestujący wdarli się do budynku w którym byli deputowani. Te podobieństwa są dość uderzające. Nie twierdzę, że to co się działo w Tbilisi było zorganizowane przez Moskwie, jednak wyobraźmy sobie co by się działo, gdyby demonstranci weszli do gruzińskiego parlamentu i np. pobili, a może nawet zamordowali rosyjskich deputowanych.

W tym kontekście warto zwrócić uwagę na dość ciekawe zachowanie gruzińskiego MSZ-u. Otóż znajdujący się przed parlamentem najpierw nie reagowali i demonstracje przebiegała dosyć spokojnie. A nawet, jak mówi w wywiadzie Waszadze nawet padła ze strony sił porządkowych propozycja aby demonstrujący wyłonili swoją reprezentację – 3 osoby, które miały rozmawiać z władzami. I w skład tej grupy wszedł również Waszadze. Z jego relacji wynika, że kiedy zbliżyli się do kordonu po to aby udać się na rozmowy, policja z impetem zaatakowała, zarówno gazem, jak i salwami z broni gładkolufowej. Jak wiadomo rannych w wyniku ostrzału zostało kilkadziesiąt osób w tym bardzo duża liczba relacjonujących zgromadzenie dziennikarzy. Wyglądało to tak, jakby komuś zależało na eskalowaniu napięcia.

Zastanawia też zróżnicowana reakcja gruzińskiego obozu władzy na to co zaszło. O ile ostro wypowiedziała się prezydent Zurabiszwili nazywając Rosję wrogiem Gruzji a do dymisji podał się zarówno marszałek parlamentu jak i jeden z posłów współorganizujących posiedzenie Prawosławnego Zgromadzenia Parlamentarnego o tyle szef MSW milczy. Nie można wykluczyć, że obserwujemy właśnie rozpad Gruzińskiego Marzenia a przynajmniej rozdźwięk części elit.

Część rosyjskich mediów widzi w tym co się dzieje w Gruzji spisek, tylko, że organizowany przez Amerykanów. Ich zdaniem o bezpośredniej inspiracji Waszyngtonu świadczy to, że dwa dni przed demonstracją przed gruzińskim parlamentem do Tbilisi przyjechał Michael Carpenter, współpracownik Joe Bidena, który wziął udział w konferencji poświęconej rosyjskim wpływom w krajach postsowieckich. I to on, zdaniem niektórych rosyjskich ekspertów poinstruował gruzińską opozycję co należy robić. Innymi słowy dał komendę do rozpoczęcia zamieszek i domagania się dymisji rządu i przedterminowych wyborów. W wyniku tego co się stało, kilkuletnie wysiłki Moskwy, która chciała normalizacji relacji, zostały storpedowane.

Jeszcze zbyt wcześnie przesądzać co w istocie w Gruzji się dzieje. Nie ulega jednak wątpliwości, że to kolejny po Armenii, Ukrainie i Mołdawii kraj postsowiecki w którym mają miejsce gruntowne zmiany. W kolejce czeka Białoruś, Kirgizja oraz niewykluczone, że Kazachstan.

Marek Budzisz

Salon24.pl

 

 

Komentarze

wicek2019.06.25 17:45
Rosja ma mistrzowską dyplomację, służby specjalne, propagandę. I co? I nic, sypią się jak stara lampucera. Bo mniej więcej tyle mają do zaoferowania czyli nic. Chiny, UE, USA są atrakcyjne. Rosja nie ma nic. Dopóki to się nie zmieni (choć pewne jaskółki widać) to dalej Rosja będzie się sypać.
renia2019.06.27 17:29
Ciekawe, ze calej tej przydlugiej historii nie podano co naprawde sie wydarzylo w gruzinskim parlamencie. Nieuczciwosc polskiej prasy jest przerazajaca. Boicie sie napisac co sie stalo??
Mirek2019.06.25 16:37
Brawo Gruzini ! . Gońcie kacapów !!