06.07.19, 18:15

O. Konrad Małys OSB: Bez wejścia w liturgię próżne nasze życia...

Konrad Małys OSB: „Bez świadomej łączności z misterium Eucharystii przepowiadane słowo pozostaje bez mocy i światła…”

 

Człowiek współczesny częściej chyba niż kiedykolwiek manifestuje swą niechęć w stosunku do wszelkiego rodzaju rytualizmu, do form pozbawionych treści, sztucznych, nieautentycznych gestów i zachowań wymuszanych przez życiowe sytuacje. W tym proteście, czasem nieświadomym, odzywa się głęboka tęsknota za duchową wolnością, za doświadczaniem życia w jego pełni. Świat biznesu, napiętych układów ekonomicznych i politycznych, wymusza zazwyczaj relacje czysto formalne, urzędowe, w których wnętrze człowieka nie dochodzi w ogóle do głosu. Interesowna życzliwość, komercyjna kultura ukrywają często toczącą się w człowieku dramatyczną walkę o nadzieję, o siłę ducha wśród przeciwności i światło zrozumienia samego siebie.

Ta niechęć do formalizmu nie oznacza jednak, że człowiek stracił zaufanie do samej formy. Nie tyle forma jest przedmiotem niechęci, ile brak ducha, który powinien znajdować w niej swój wyraz. Sama forma dla współczesnego człowieka pozostaje czymś bardzo ważnym. Właśnie dzisiejsze czasy przyniosły najwięcej eksperymentów w tej dziedzinie. Widać to w obyczajowości, w różnych modach zmieniających się jak w kalejdoskopie, w architekturze i sztuce. Artysta współczesny, szukając właściwej formy, zakłada w swych odbiorcach szczególną wrażliwość na symbol, znak zmuszający do myślenia, zapraszający do wchodzenia w duchowy kontakt z dziełem. Poeta bardziej niż kiedykolwiek wymaga od czytelników umiejętności wsłuchiwania się w znaczenia słów i obrazów, przenikania przez to, co zewnętrzne, do wewnątrz.

Nie jest więc prawdą, że człowiek „odrzuca formy”. Raczej wyjątkowo je ceni, spragniony głębszego poziomu międzyludzkich relacji i zależy mu na tym, aby przede wszystkim w nim samym jedność zewnętrznego sposobu bycia pozostawała w zgodzie z prawdą jego osoby.

W takim klimacie również i formy liturgiczne stanęły przed szczególnym wyzwaniem. Miały pomóc w głębszym, bardziej świadomym uczestnictwie w liturgii, w czerpaniu życia i światła z Eucharystii. Ruch biblijno-liturgiczny stał się żywym znakiem czasu, inspiracją duchowej odnowy. Zrodził się niejako w sposób naturalny z poszukiwania dróg wyjścia z głębokiego kryzysu, w jaki wpędziły człowieka różne iluzje cywilizacji współczesnej, zwłaszcza racjonalizm, nadmierny indywidualizm i aktywizm. W konfrontacji z tajemnicą zła w przeróżnych jego przejawach racjonalizm zaowocował zwątpieniem w możliwości poznawcze ludzkiego rozumu, indywidualizm — poczuciem samotności i niezrozumienia, aktywizm — doświadczeniem słabości dobrej woli.

Nie tylko jednak tajemnica zła w nowy sposób zaskoczyła człowieka XX wieku. Zaskoczyła go jakoś — odważmy się powiedzieć — również tajemnica dobra. Przyglądając się mijającemu stuleciu, możemy stwierdzić, że także doświadczenie dobra nas przerosło, choć uznanie tego faktu wymaga może jeszcze większej pokory… Ileż tu światła w umysłach w najciemniejszych chwilach, ile heroicznej wytrwałości, gdy ludzkie siły osiągały kres! Znalazła się i solidarność pośród społecznych napięć, bynajmniej nie rozładowanych, i skuteczne rewolucje bezbronnych wobec systemów przemocy. Czy świadek i uczestnik tamtych wydarzeń nie pytał często, spoglądając wstecz, o tajemnicę samego człowieka oraz rodzących się w nim możliwości? Czy człowiek, przytłoczony świadomością zła i rozpaczliwie poszukujący dróg wyjścia z dramatycznych sytuacji, nie stanął zarazem i przed dobrem, jako bliską, a przerastającą go tajemnicą? Czy nie zafascynowało go przeczucie, że triumf owej tajemnicy następuje nie gdzieś poza kresem historii, ale u samych jej korzeni, jakby na sposób ukrytego źródła? To tajemnicze zwycięstwo dobra, którego echo człowiek odnajdywał w sobie — zwycięstwo tak często ginące z pola widzenia, rozmywające się wśród sporów, oddalające poza horyzont doświadczenia — rodziło powoli pragnienie głębszego kontaktu z przedziwnym źródłem, o którym mowa. Na dnie kryzysu racjonalizm, indywidualizm i aktywizm zaczynały z wolna przeradzać się w pragnienie nowego światła, wspólnoty i mocy ducha.

Można więc powiedzieć, że świat współczesny, tak bardzo ufający intelektowi, a zarazem podzielony i zabiegany, paradoksalnie wydaje się zarazem odsłaniać ukryte misterium, na które człowiek jako osoba pozostaje wewnętrznie otwarty. Odsłania je stopniowo pośród dramatycznych zmagań, ale jak gdyby z mocą tym większą, im silniejszy jest sprzeciw zła wobec samego człowieka i jego najgłębszych tęsknot za prawdą i życiem. Sobór Watykański II dał temu wyraz w swych konstytucjach. Współczesna teologia liturgii odrywała się w nich od racjonalistycznej, statycznej wizji obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Skupiła się na Eucharystii, w której ujrzała nie tylko samą obecność Pana, ale całe Jego paschalne misterium w wymiarach wcielenia, krzyża i zmartwychwstania. Zamiast statycznej „obecności” ujrzała płomień! — akt heroicznej wierności Syna umiłowanemu Ojcu w Jego planach zbawienia świata i Jego wierności człowiekowi wbrew wszystkiemu, co tenże świat i działające w nim moce są w stanie wymyślić na przekór. Ujrzała w niej właśnie owo ukryte w głębinach rzeczywistości, niewyczerpane, zwycięskie źródło dobra, ku któremu człowiek na różne sposoby grawituje, czy to będąc sakramentalnie z nim złączony, czy zwracając się ku niemu przez jakikolwiek wyraz dobrej woli, aż po najmniejsze drgnienie serca. Nowa teologia liturgii podkreśliła chrzcielną, oblubieńczą więź człowieka z Bogiem i jego udział w misterium paschalnym — mistyczną jedność z Chrystusem cierpiącym, nieustannie prowadzącą ku życiu i zmartwychwstaniu.

Ten duchowy klimat nowej, misteryjnej wrażliwości znalazł również swój szczególny wyraz zewnętrzny w wołaniu o większą przejrzystość liturgii, klarowność jej form i głębsze ich związanie ze światem człowieka, zróżnicowanym w swym języku i kulturze.

 

Przykład Kościoła pierwotnego

Kościół pierwotny stanął żywo przed oczami nie tylko jako świat męczenników i wielkich indywidualności, ale przede wszystkim jako wspólnota ludzi na różnych duchowych poziomach, która jednak w szczególny sposób czuła liturgię i umiała z niej czerpać. Nie tyle bowiem sama doktryna, ile właśnie Msza święta, będąc często powodem wynikających z niezrozumienia prześladowań, jaśniała w pierwotnym Kościele jako szczególne źródło wierności człowieka jego nadprzyrodzonemu powołaniu i godności. Spontaniczność jej celebracji, elastyczność formy, żywy udział wspólnoty, brak podziału na liturgię duchownych i liturgię ludu stały się postulatami powszechnymi, wzorami, które postanowiono na nowo wprowadzić w życie.

Kościół pierwotny miał żywą świadomość, że liturgią nie jest w pierwszym rzędzie jej kształt zewnętrzny, jakkolwiek istotnie z nią związany. Jako najbliższy historycznemu Jezusowi widział w liturgii przede wszystkim przedłużenie Jego zbawczego dzieła, wcieloną obecność i płomienną miłość już nie historycznego, ale przemienionego Pana — Kyriosa, Boga i Króla wszechświata, który poprzez sakramenty włącza człowieka w misterium swego przejścia przez świat do Ojca. Odkryciem wiary było, iż to, czego człowiek nie potrafi dokonać o własnych siłach — potrafi uczynić w liturgii i dzięki niej, jako członek Mistycznego Ciała Chrystusa. Ta obecność i to działanie Boga domagały się zarazem w Kościele jakiegoś zewnętrznego znaku i właściwie uporządkowanej modlitwy.

Otwarcie się człowieka na misterium Eucharystii nie było bowiem wcale czymś, co przychodziło łatwo. Sami Apostołowie najlepiej to rozumieli. Wiedzieli, że „trudna jest ta mowa” i że w życiu ich samych trzeba było całych lat chodzenia za Mistrzem, prób i błędów, wzniosłych poruszeń serca i dotkliwych upadków, aby się tego nauczyć. Znamienny był fakt, że dopóki Pan Jezus chodził po świecie, samo Jego słowo, aczkolwiek pełne mocy i głębi, nie było w stanie obdarzyć człowieka właściwą miarą wierności i poznania. Owszem, Jezus pociągał za sobą, uzdrawiał z różnych dolegliwości, a nawet wskrzeszał umarłych, ale mimo tych wszystkich znaków sam człowiek wciąż pozostawał słaby, co najwyżej stawiając pierwsze kroki w wierze, jak Piotr na jeziorze, zasadniczo jednak niezdolny jeszcze do tego, by w spotkaniu z silniejszą rzeczywistością zła skutecznie się tą wiarą kierować. Najpełniej okazało się to pod krzyżem, zwłaszcza w przypadku Piotra („skały” Kościoła!), który — po ludzku szykując się do oddania życia za swego Mistrza — uległ trzykrotnie przemożnemu lękowi. Nauczyciel umarł samotnie i wydawało się, że zło zatriumfowało ostatecznie, na zawsze pogrążając człowieka w niewoli lęku i ciemnościach niezrozumienia. Po latach nadziei związanej z Jezusem i próbach wejścia w nadprzyrodzony wymiar życia pokorną zgodą na samego siebie i świadomością nędzy sił ludzkich brzmią proste słowa Piotra: „Idę łowić ryby” — jak na początku. Nie zdawał sobie jeszcze w pełni sprawy, że już za kilkadziesiąt dni będzie rybakiem ludzi — już nie tym samym bojaźliwym, niepojętnym Szymonem, ale prawdziwym Piotrem — opoką i skałą, którą tak bardzo pragnął zostać. I jak niedawno zaskoczeniem dla świata stał się Jezus, tak w dniu Pięćdziesiątnicy zaskoczeniem okazali się Jego uczniowie. Zaskoczeniem — rzec można — jeszcze większym! Jeśli bowiem nawet poganin był jeszcze w stanie przyjąć, że Bóg może się wcielić w człowieka i w takiej postaci czynić, co mu się podoba, to dla wszystkich pozostawało rzeczą niewiarygodną, by człowiek mógł stać się Jego świątynią, mieć w sobie Jego życie — że życie samego Boga może być „światłością ludzi”.

Odwaga i mądrość Piotra z dnia Pięćdziesiątnicy, skuteczność jego słowa, cuda, których dokonuje, są wyraźnie owocem śmierci i zmartwychwstania Pana — Jego paschalnego misterium. Pomiędzy bojaźnią Apostoła z dnia Wielkiego Piątku, a odwagą z dnia Zielonych Świąt stanęło to właśnie wydarzenie. Widać jak na dłoni, że nie „nauczanie” Jezusa, ale Jego Ofiara pozwoliła Piotrowi i Apostołom przezwyciężyć siebie i zrozumieć wreszcie wszystko, co Jezus mówił! Nauczanie i znaki były potrzebne, aby się na tę łaskę otworzyli, aby nauczyli się czerpać życie i światło z Ofiary Jezusa. To na przyjęcie tego daru płynącego z krzyża przygotowywał Jezus swoich uczniów całą dotychczasową działalnością — słowem i znakami.

Największą zaś tajemnicą misterium Pana było jego bezkrwawe przedłużenie — Eucharystia. Jeśli spojrzymy na przemianę Piotra i Apostołów, łatwo dostrzeżemy podstawowy jej sens: ona uobecnia to właśnie paschalne misterium, które pozwoliło pierwszym uczniom „przejść” z niewoli do wolności, z nieświadomości do poznania, z samotności do komunii, ze słabości woli do duchowej mocy miłości. Jest to sakrament, który daje człowiekowi udział w cierpieniu samego Chrystusa i pozwala doświadczać owoców Jego zwycięstwa.

Gdy Duch Święty oświecił umysły i serca Apostołów, przyniósł więc zarazem głębokie zrozumienie dla tego misterium, w którym Pan pozostał i w którym rodził się cały Kościół. Sam kanon Mszy świętej nie był jeszcze dopracowany i wiele improwizowano, sięgając zarazem często po wzory modlitw do liturgii synagogalnej, a nawet pogańskiej, niemniej improwizacja nie polegała na całkowitej dowolności. Trzeba było dobrze Mszę świętą rozumieć, aby móc tak improwizować. Trzeba było — by tak rzec — przejść w swoim życiu z Chrystusem jej poszczególne części. I to nie swoboda formy uwolnionej od zewnętrznych przepisów wyrażała się w tej improwizacji, nie dowolność celebracji opartej na prywatnych upodobaniach i pomysłach, ale zrozumienie istoty Mszy świętej, spontaniczny zachwyt dla jej misterium dostrzeganego w świetle płomiennej wiary.

Zasadnicza myśl ceremonii nie polegała tylko na tym, aby w oprawie dziękczynnych modlitw konsekrować chleb i wino i przyjąć Komunię świętą. Modlitwy i obrzędy starano się również stopniowo tak skomponować i wzajemnie połączyć, aby uczestniczący we Mszy świętej mogli możliwie najpełniej kosztować jej owoców. Należało zatem w samym obrzędzie odzwierciedlić sposób, w jaki Eucharystia pozwala człowiekowi wzrastać w nowym życiu. Inaczej mówiąc — odzwierciedlić porządek, w jakim sam Chrystus Pan w to misterium wprowadza.

W ten sposób forma liturgii zaczęła mówić o porządku wtajemniczenia, o jego zasadniczych dominantach, odzwierciedlając w ten sposób pełniej tajemnicę jedności Mistycznego Ciała i jego Głowy — oblubieńczej komunii człowieka z Chrystusem jako Nauczycielem, Kapłanem i Ofiarą.

 

Struktura liturgii odzwierciedla porządek misterium

Dzieło odkupienia miało w skrócie porządek następujący: najpierw wstępne przygotowanie człowieka na przyjście Zbawiciela, następnie nauczanie Chrystusa, dalej — Jego Ofiara, a w końcu — udział człowieka w misterium paschalnym. Spójrzmy teraz na Mszę świętą i zobaczmy, że jej podstawowa struktura jest dokładnie taka sama: najpierw przygotowanie — tzw. obrzędy wstępne, dalej — słuchanie Chrystusa nauczającego (Liturgia Słowa), potem Jego Ofiara (Przeistoczenie w oprawie uroczystej modlitwy eucharystycznej), a w końcu zjednoczenie z Nim w Komunii świętej. Nie było liturgii chrześcijańskiej, która — przy całej różnorodności szczegółów — nie trzymałaby się tego podstawowego porządku. Odzwierciedla on bowiem całą ekonomię zbawienia przedłużoną na czas obecny, a więc nie tylko sam fakt Ofiary Pana, ale i Jego odkupieńczą mądrość, z jaką uczy z niej czerpać.

Pozostałe elementy struktury liturgii — modlitwy, ceremonie — są również zawsze przemyślane pod kątem wtajemniczenia i mają stąd nie tylko swoistą głębię każdy z osobna, ale i logikę wzajemnych powiązań. Uchwycenie tej logiki, tego przechodzenia z jednej modlitwy czy ceremonii do drugiej stanowi o odkryciu liturgii jako dynamicznej pamiątki Pana i nawiązaniu autentycznego dialogu z Chrystusem. Msza święta nie jawi się bowiem wówczas jako li tylko barwna oprawa sakramentu, ale w swej zwartej, logicznej syntezie — jako uobecnienie dzieła zbawienia. Dla człowieka, który uchwycił logikę misterium, będzie ona zawsze pełna życia i prawdy.

Stąd właśnie strukturę podstawową Mszy świętej wspomagają obrzędy szczegółowe. I tu — jak historia chrześcijaństwa długa i szeroka — mamy już wielką różnorodność ujęć, całe olbrzymie bogactwo modlitw, ceremonii, symboli, właściwych środowisku, epoce, kulturze. Ich idea jest zawsze jedna: otworzyć człowieka na misterium Eucharystii. Te zewnętrzne ramy, ta liturgiczna oprawa sakramentu nie była nigdy jakimś tylko mało ważnym dodatkiem, kwestią aktualnej mody czy gustów. Znalazło w niej wyraz coś bardzo istotnego — to, jak człowiek na danym etapie dziejów rozumie swoją drogę ku Eucharystii, wpisaną w realia epoki i kultury, jak w kontekście aktualnych znaków czasu rozumie swoje wtajemniczenie w życie Jezusa Chrystusa.

Gdyby rubryki miały być tylko mało znaczącą formalnością, to jak można byłoby zrozumieć ten ogromny wysiłek, który Kościół wkłada w ich poprawianie, uaktualnianie na przestrzeni swych dziejów? Jak można byłoby zrozumieć chociażby ten dzisiejszy, niemały trud ustawienia w świątyni posoborowego ołtarza! Ileż trzeba było pracy, ile finansowych nakładów, aby wprowadzić taki — wydawałoby się — całkiem drugorzędny symbol. Przecież Msza jest Mszą — tak czy inaczej!

Ostatnia reforma liturgiczna stanowi zatem kolejny wyraz aktualnej w danym okresie świadomości misteryjnej i pewien generalny program chrześcijańskiego wtajemniczenia, jak zwykle poddany dalszym próbom. Pragnie ona odnajdywać ducha pierwszych wieków chrześcijaństwa, podobnie jak wszystkie inne reformy, znane z historii. W nawiązywaniu do pierwszych wieków chrześcijaństwa nigdy nie chodziło o to, by je kopiować od strony formalnej, ale by w realiach danej epoki odnajdywać ducha liturgii, który jest duchem zrozumienia dla misterium i wtajemniczenia.

Tym, czym dzisiejsza liturgia nawiązuje do pierwotnej, jest po pierwsze zniesienie podziału na liturgię „elitarną”, sprawowaną przede wszystkim przez osoby konsekrowane, oraz liturgię ludową — płynącą swoim nurtem. Pociągnęło to za sobą unarodowienie języka liturgii i większe, elastyczne jej związanie z tradycjami lokalnymi. Drugą sprawą zasadniczą jest pewna prostota i przejrzystość podstawowej struktury, odzwierciedlającej porządek, w jakim przez Eucharystię dokonuje się pascha chrześcijanina — jego duchowy wzrost. W tej prostocie nie chodzi o to, by zubażać liturgię, ale by uchwycić powiązania, jakie zachodzą między jej poszczególnymi elementami, tak by Msza święta odsłaniała się w swej dynamicznej całości. Zwróciliśmy już uwagę, jak prosta jest zasadnicza budowa: przygotowanie — słuchanie — Ofiara — zjednoczenie. Zamyka ona zarazem w sobie całe misterium życia i zbawienia, którego żadne ludzkie słowa nie są w stanie wypowiedzieć. Niemniej do istoty liturgii należy i to, że cała wielkość tajemnicy ukrywa się w znakach zasadniczo prostych. Podobnie — przy całej głębi i sile modlitwy skierowanej do Boga — zasadniczo prosty jest również jej język, który nawet dziecko może przyjąć za swój, jak w tej najgłębszej z wszystkich modlitw — „Ojcze nasz”. Tak samo prosta jest i struktura obrzędów. Ich logiczny układ odzwierciedla kolejne, najistotniejsze kroki wtajemniczenia, których wewnętrzna miara zależy już wszakże od samego człowieka i daru łaski.

Przypatrzmy się więc krótko nie tyle głębi poszczególnych modlitw, na co „nie wystarczyłoby ksiąg, które by trzeba napisać” — ile ich prostemu, przejrzystemu układowi, na który Sobór położył szczególny nacisk.

Mszę świętą otwiera pieśń na wejście, antyfona — pełen ufności i tęsknoty zwrot ku Majestatowi Ojca, Syna i Ducha Świętego w kontekście sytuacji człowieka. Nie jest to zwrot do „historycznego” Jezusa, ale do Boga Obecnego, któremu podporządkowane są wszelkie moce, panowania i władze, który już zwyciężył zło i śmierć i zaprasza do współudziału — poprzez misterium — w wewnętrznym życiu Trójcy. Tę Jego obecność i działanie uświadamia następujące zaraz pozdrowienie celebransa. Podkreśla ono zarazem, że Bóg tak potężny nie jest kimś tylko zewnętrznym wobec człowieka, ale Bogiem bliskim, Bogiem-z-nami, w którego życiu człowiek ma już nawet udział na mocy konsekracji chrzcielnej. Ten ufny zwrot ku Bogu i świadomość Jego obecności budzą pragnienie głębszego dialogu z Nim i komunii, sięgnięcia po ofiarowany dar życia.

Rozbudziwszy pragnienie, liturgia podpowiada, co trzeba uczynić dalej, by mogło się ono zrealizować. Trzeba, po pierwsze, stanąć w prawdzie przed sobą i przed ludźmi, przyznając, że się jest od Boga daleko i pragnie się do Niego zbliżyć. Wyznajemy zatem najpierw swoje grzechy, błędy i słabości w akcie pokuty, prosząc Boga i bliźnich o przebaczenie i miłosierdzie. Nie tylko jednak samo zło jest w nas i w świecie — jest i dobro, za które należy się wdzięczność, w szczególności za dokonane przez Boga dzieło odkupienia. Po akcie pokuty następuje więc zaraz uroczysty hymn chwały. Te dwa podstawowe akty — wyznanie grzechów i wyznanie chwały Bożej — czynią człowieka, jak uczyli zawsze duchowi mistrzowie, zdolnym do tego, by mógł usłyszeć żywe słowo Boże — słowo Chrystusa skierowane do jego serca. Wstępne przygotowanie zamyka kapłan krótką modlitwą — kolektą — osadzoną w kontekście liturgicznego okresu lub dnia, po czym przechodzimy do liturgii Słowa.

Następuje zasadnicza zmiana — do tej pory my mówiliśmy do Boga, teraz On zamierza nam coś powiedzieć. Nie słuchamy „doktryny” chrześcijańskiej, lecz Osoby Jezusa Chrystusa. Bóg przemówi odpowiednio do tego, w jakiej mierze szczere i głębokie było wstępne przygotowanie. Nie chodzi więc tutaj o suchy wykład, lecz o konkretny dar łaski — spotkanie z żywym Słowem, które rodzi głębszą zażyłość z Ojcem i w naturalny sposób budzi pragnienie wierności. Jeśli więc liturgia Słowa jakoś do nas przemówiła, jeżeli nastąpiło spotkanie z Chrystusem w tym Słowie obecnym, to podobnie jak w uczniach, do których Jezus właśnie osobiście przemawiał — zakiełkuje w nas pragnienie kierowania się tym Słowem, wierności względem Niego. Konsekwentnie kolejnym krokiem liturgii będzie zatem akt wiary, który zbierze te wszystkie duchowe treści i poruszenia serca w uniwersalnym Credo. Przyjmując z wiarą Słowo Boże, poprosimy następnie w modlitwie powszechnej o to, by mocą zasług Chrystusa urzeczywistniło się ono w nas, w całym Kościele i w świecie.

Na tym dialog z Bogiem czysto — by tak rzec — słowny się kończy. Zaczyna się współdziałanie. Przechodzimy do kolejnej części Mszy świętej — liturgii eucharystycznej.

Do tej pory obrzędy odzwierciedlały przygotowanie do spotkania ze Słowem, słuchanie Chrystusa, pragnienie wierności Jemu, teraz z kolei trzeba próbować tym Słowem żyć. Obrzęd przygotowania darów wyrazi wszelką naszą pracę fizyczną i duchową, wszelki trud i wysiłek zmierzający do osiągnięcia pełni życia w miłości. Ponieważ jednak sami z siebie posiadać tego daru nie możemy — miłość jest bowiem w swej istocie życiem samego Boga — On musi nam jej udzielić. Stąd po przygotowaniu darów, w oprawie wielkiej, dziękczynnej modlitwy, Chrystus zstępuje na ołtarz, tak jak niegdyś — gdy pociągnięci Jego słowem i boleśnie przeżywający brak życia w sobie uczniowie ujrzeli Go wstępującego na krzyż. I oto ta Jego Ofiara, jak i wtedy, okazuje się misterium, a nie tragedią. Staje się tajemnicą duchowych narodzin człowieka, nieustającą Pięćdziesiątnicą. Poprzez sakramentalne zjednoczenie z Chrystusem wszelki ludzki wysiłek woli i rozumu, sam z siebie za słaby w zetknięciu z tajemnicą zła, znajduje odniesienie do Misterium Paschalnego wcielonego Syna Bożego, które u progu nowej ery tchnęło w Piotra i Apostołów Jego własne życie. Uczta ofiarna, następująca na zakończenie, jest przyjęciem udziału w tym misterium.

Zaprezentowany powyżej dość pobieżny opis nie oddaje, rzecz jasna, bogactwa liturgii. Chodzi nam tu jedynie o pokazanie, że przy całym bogactwie i głębi cechuje ją zarazem pewna zasadnicza prostota i przejrzystość. Obrzędy prowadzą myśl i serce według tego porządku, w jaki sam Chrystus prowadzi uczniów tak, by Jego Paschalne Misterium owocowało w nich mocą Ducha i poznaniem Bożych dróg. Kościół posoborowy porządkuje więc liturgię w ten sposób, aby człowiek uczestniczący w niej nie tyle zatrzymywał się na szczegółach, ile przede wszystkim był świadomy jej zasadniczej struktury, pozwalającej przeżyć Mszę świętą jako dynamiczną pamiątkę Pana. Wierne towarzyszenie sercem podstawowym czynnościom i modlitwom mszalnym zdolne jest poprowadzić człowieka ku wielkiej dojrzałości duchowej. Nie wyklucza to rozbudowywania obrzędów, wzbogacania ich o nowe elementy — uczy jednak podstawowego, liturgicznego wyczucia, które pozwala owe elementy umiejętnie dobierać i komponować, zgodnie z tym, co w danym Kościele lokalnym bardziej odpowiada umysłowości i temperamentom ludzi oraz potrzebom duchowym mniejszych grup. W ten właśnie sposób Eucharystia staje się celebracją o płomiennej dynamice, prawdziwą paschą chrześcijanina.

W jakim stopniu zdołaliśmy wejść w odnowioną liturgię — pozostaje pytaniem otwartym. Wydaje się jednak, że bez położenia większego nacisku na liturgiczne wtajemniczenie nie zajdziemy zbyt daleko w realizacji naszych życiowych zadań. Każde bowiem spośród różnorakich realiów naszego świata ma jakieś odniesienie do misterium, i to zwłaszcza w tych wymiarach, których znaczenie dla postępu duchowego i rozwoju cywilizacji jest podstawowe. Tak więc najpierw ma tego rodzaju odniesienie sam człowiek jako osoba niosąca w sobie obraz Stwórcy, a w związku z tym ma je również cały przebogaty i często skomplikowany świat międzyludzkich relacji, różne dziedziny wiedzy i kultury. Od otwarcia na misterium zależy także w szczególności duchowe życie Kościoła oraz żywotność teologii. Bez świadomej łączności z misterium Eucharystii przepowiadane słowo pozostaje bez mocy i światła, a sama celebracja nie pociąga do żywego w niej udziału. Bez głębszego odkrycia liturgii straci również wiele ze swej energii ruch ekumeniczny. Trudno byłoby w takiej sytuacji wyobrazić sobie dialog z Kościołem prawosławnym, ale także i z Kościołami protestanckimi, gdzie u podstaw znajdujemy koncepcję kultu duchowego. Każdy człowiek ma w swym bytowaniu nieustannie do czynienia ze sprawami, które go przerastają — zarówno złymi, jak i dobrymi — zatem koniecznie potrzebna mu jest odpowiednia forma trwania wobec tajemnicy egzystencji. Forma, w której właśnie poprzez spotkanie z przerastającą go rzeczywistością dokonuje się jego duchowy wzrost i udoskonala poznanie. Taką formą trwania wobec tajemnicy życia jest liturgia.

 

Konrad Małys OSB – studiował filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim, pierwsze śluby złożył w roku 1990, święcenia kapłańskie przyjął w 1998 r.; z zamiłowania liturgista. Pracował w wydawnictwie Tyniec, w latach 2000–2006 pełnił funkcję mistrza nowicjatu. Był także wizytatorem Kongregacji Niepokalanego Poczęcia SS. Benedyktynek Mniszek w Polsce. W latach 2013-2015 Przeor Administrator opactwa.

Komentarze

Mnichu2019.07.6 19:48
Faktycznie można wzbogacić swoje życie w liturgii. Tylko nie wiem w którym momencie. Czy wtedy kiedy facet w sukience bawi się wafelkiem, czy wtedy kiedy przelewa rożne płyny z dzbanuszków do kielicha.Ale efekt murowany, patrzysz, pukasz się w piersi i wychodzisz stamtąd innym człowiekiem.
Piotr2019.07.7 11:25
Żebyś wiedział, że godne przyjmowanie Ciała Chrystusa przemienia człowieka. Poczytaj ewangelie św. Jana, on dużo pisze na ten temat. Ale jeśli podchodzisz do tego jak pięciolatek, że to "tylko wafelek", albo cynik, to twoja sprawa.
Reline2019.07.6 19:26
Ostatnia reforma liturgiczna upodobniła katolicką Mszę świętą do protestanckich celebracji, a tworzył ją - wbrew zapisom dekretu o liturgii - mason Bugnini. Szkoda, że o.Małys z takim przejęciem zachwala nowy sprotestantyzowany ryt. Po jego wprowadzenieu opustoszały kościoły na całym świecie.
Kubiak2019.07.6 19:14
Liturgia to taki muzeum kościoła. Jezus nic nie nauczał o liturgii co oznacza, że nie jest ona konieczna do zbawienia. Nawet jak sie napisze 1000 stron na temat liturgii to faktów się nie zmieni.
Piotr2019.07.7 11:20
Kubiak, poczytaj 4 ewangelie jak, Pan Jezus ustanowił Eucharystię na ostatniej wieczerzy przed Swoją śmiercią. Powiedział do swoich uczni-apostołów, aby czynili to co On czyni na Jego Pamiątkę. Wyraźnie ustanowiona jest tu liturgia. Ale ty to i tak pewnie wytłumaczysz to po swojemu jak większość tutaj wyzwolonych wszystko wiedzących filozofów.
Albert2019.07.6 18:55
𝐊𝐥𝐚𝐬𝐲𝐤𝐚 𝐤𝐚𝐭𝐨𝐥𝐢𝐜𝐤𝐢𝐞𝐠𝐨 𝐬ł𝐨𝐰𝐨𝐭𝐨𝐤𝐮. 𝐉𝐚𝐤𝐢𝐞ś 𝟖-𝟏𝟎 𝐬𝐭𝐫𝐨𝐧 𝐀𝟒 𝐤𝐚𝐭𝐨𝐩𝐢𝐞𝐫𝐝𝐨𝐥𝐞𝐧𝐢𝐚, 𝐤𝐭ó𝐫𝐞𝐠𝐨 𝐧𝐢𝐞 𝐝𝐚 𝐬𝐢ę 𝐰 ż𝐚𝐝𝐞𝐧 𝐬𝐩𝐨𝐬ó𝐛 𝐬𝐭𝐫𝐞ś𝐜𝐢ć, 𝐛𝐨 𝐧𝐢𝐞 𝐳𝐚𝐰𝐢𝐞𝐫𝐚 𝐝𝐨𝐬ł𝐨𝐰𝐧𝐢𝐞 ż𝐚𝐝𝐧𝐞𝐣 𝐭𝐫𝐞ś𝐜𝐢. 𝐓𝐚𝐤𝐢𝐞 𝐠𝐚𝐝𝐚𝐧𝐢𝐞 𝐨 𝐧𝐢𝐜𝐳𝐲𝐦 𝐩𝐨łą𝐜𝐳𝐨𝐧𝐞 𝐳 𝐮𝐫𝐨𝐣𝐞𝐧𝐢𝐚𝐦𝐢 𝐣𝐚𝐤𝐢𝐞𝐠𝐨ś 𝐧𝐢𝐞𝐮𝐥𝐞𝐜𝐳𝐚𝐥𝐧𝐞𝐠𝐨 𝐩𝐬𝐲𝐜𝐡𝐨𝐩𝐚𝐭𝐲. I taki mistrz pustych słów będzie komuś zarzucał, że jego życie jest puste... Kuriozalnie to brzmi, naprawdę.
raz sierpem, raz młotem rodzimą hołotę2019.07.6 20:05
Dla prymitywa Alberta "treści" są wtedy, jak może poprzeklinać. Sam sobie wystawia świadectwo.
anonim2019.07.6 18:35
ja zaraz idę pić dobrze się zabawić i zerżnąć jakąś babeczkę! a wy katole módlcie się i spędzajcie czas przed jakimś obrazem mamiąc się że będziecie żyć wiecznie po waszej żałosnej egzystencji... narka katolscy frajerzy wykorzystywani przez klechów pedofilów!
eee2019.07.6 18:55
Z Twoich opinii i wypowiedzi wyłania się obraz prymitywnego , pędzącego żałosną wegetację konsumenta doczesności . A kiedy przychodzi starość nie pozostaje wówczas już nic .
Albert2019.07.6 18:58
Albo wspomnienia dobrze przeżytego życia i wykorzystania wszystkich jego atrakcji. Co natomiast na starość zostaje katolibańskim fanatykom? Nic. Te same, nudne do porzygania obrządki powtarzane dzień w dzień, które nie wiążą się z absolutnie niczym pożytecznym, ani dla siebie, ani tym bardziej dla innych. Poza kleruchaczami, bo tylko oni z tego czerpią korzyści.
Piotr2019.07.7 11:15
Ty, dzielnicowy, przekręć sobie czapkę daszkiem do tyłu.
nikt2019.07.6 18:29
Nie czytam tych wodolejskich bzdur .. Z nagłówka jednak by wynikało że życie Jezusa z Nazaretu było próżne , nic nie znaczące . Wtedy przecież nie było liturgii . Jezus nauczał słowem . Przemawiał do zgromadzonych w różnych miejscach . Nieraz krytykował kapłanów , zmieniał religie . Kler wie jednak przecież lepiej od Jezusa co dla ludzi jest dobre a co nie . No to więc niech ludzie go słuchają . Ja nie słucham . Opisuję jedynie swoje uwagi i spostrzeżenia . Inni niech postępują tak , jak uważają za słuszne .
Ateista2019.07.6 18:28
Próżne wasze życie? No racja że chyba wasze. Zawsze mnie bawi do łez, jak jakiś starszy pan w sukience często z brzuszkiem z ambony próbuje pouczać o prawdziwym życiu, pracy, rodzinie, seksie, wychowaniu dzieci, czy problemach finansowych. Ci ludzie ani nie są przygotowani od strony teoretycznej przez uczelnie, bo de facto seminarium to nie uczelnia tylko centrum demagogii propagandowej, a od strony praktycznej klechy tych problemów po prostu nie znają.