„Kino to najważniejsza ze sztuk”- twierdził w 1922 roku towarzysz Lenin mając na myśli siłę oddziaływanie X muzy na szerokie, społeczne masy. Gdyby dożył początków XXI wieku przekonałby się, że kinematografia została zdetronizowana przez internet. Nie oznacza to jednak, że kino czy telewizja nie mają już wpływu na zbiorowe, polityczne nastroje, bo oczywiście mają. Jednak polscy specjaliści od śpiewu i mas mentalnie nadal pozostają w PRL’u, i bardzo trudno im się wyzwolić z dawnych przyzwyczajeń i nauk klasyków ich młodości.

„Wszyscy artyści to prostytutki, w oparach lepszych fajek, w oparach wódki”- śpiewał naczelny rebeliant lat 90-tych, który dziś, gdy „przez siedem miesięcy w roku nie ma słońca a lato bywa nie gorące” spędza nieprzyjazny dla wrażliwego muzyka czas w swojej wygodnej rezydencji na Teneryfie. Pozostali znani, polscy artyści, aktorzy, reżyserzy, muzycy, czy nawet kabareciarze mają się nie gorzej. Festiwal tu, recital tam, ówdzie przegląd i retrospektywa, program w jednej telewizji, serial w drugiej, koncert w radiowym studio, wakacyjne tournee po nadmorskich kurortach i ciechocińskich uzdrowiskach nabijają im kabzy i przynoszą niecodzienne dochody. Jest jednak jeden element wspólny dla niemal wszystkich starych wyjadaczy aktywnych w ostatnich kilkudziesięciu latach, a który musi być przekazywany młodszym, mniej doświadczonym twórcom: władzy w Polsce nie ruszamy, prawdziwa władza w naszym kraju jest nietykalna, i musi mieć święty spokój.

Dlaczego zatem od początku demokratycznego przejęcia rządów przez Zjednoczoną Prawicę mamy do czynienia z ciągłymi atakami „ludzi kultury” na polityków Prawa i Sprawiedliwości, ale też na wyborców, którzy ośmielili się nieodpowiednich polityków wybrać?

Począwszy od znanej reżyserki Agnieszki Holland żądającej „żeby było tak jak było”, przez aktorską rodzinę Stuhrów, z których jeden opowiadał o „ustroju przejściowym do policyjnego” a drugi miał „tu polew” naigrawając się z tragedii smoleńskiej, po Krystynę Jandę, która stwierdziła, że po 2015 r. czuje się tak, jakby „ktoś na nią cały czas s..ał”. Kilka lat wcześniej, za „pierwszych rządów PiS’u” artyści też byli pełni wigoru i jak Lady Punk budowali odpowiedni klimat społeczny piosenkami tj. „Strach się bać”, czy jak Strachy na Lachy piosenką „Żyję w kraju którym wszyscy chcą mnie zrobić w ch…”. Potem, gdy rządy przejęła koalicja Platformy i PSL buntownicy wykonali manewr znany szerzej pod nazwą „mordy w kubeł”.

30 lat wolnej ojczyzny i kolorowe lata PRL’u nauczyły wybitnych polskich twórców jednego: nie gryzie się ręki która karmi. A rękami, które karmiły ich przez całe dziesięciolecia najobficiej były szczodre dłonie wajchowych. Wysługiwanie się bossom III RP było i jest dla nich tak samo oczywiste jak wysługiwanie się komunistycznym dygnitarzom PRL'u.

Jak już się rzekło, wajchowi mają swoje przyzwyczajenia, preferencje i nawyki jeszcze z czasów Gierka i Jaruzelskiego. W 2018 roku, dziwnym trafem tuż przed wyborami samorządowymi postawili na atak na Kościół Katolicki i katolickich księży, do czego film „Kler” nadawał się idealnie. I prawie się udało. Odważnemu reżyserowi Smarzowskiemu nie wystarczyło jednak odwagi i talentu, żeby nakręcić arcydzieło o wyprzedaży i niszczenia majątku narodowego czy złodziejskiej prywatyzacji strategicznych spółek, o wyłudzeniach vatowskich, seryjnym samobójcy, o ministerialnych naradach u Sowy i Przyjaciół, o kontraktach gazowych z Rosją sygnowanych przez macherów z PSL'u, na których Polska straciła miliardy złotych, czy sfałszowanych wyborach samorządowych z 2014 r. w których tenże PSL uzyskał ponad 23% „poparcia”, realizując w praktyce strategię innego socjalistycznego klasyka, Józefa Wissarionowicza Stalina, który mawiał, że „nieważne kto głosuje, ważne kto liczy głosy”.

To są przecież gotowe scenariusze kryminalno-obyczajowe thrillerów, czy politycznych seriali, w porównaniu z którymi House of Cards to dobranocka dla grzecznych dzieci. Propozycje krótkich, mocnych tytułów już czekają: „Luka VAT”, „Wyprzedaże”, „Samorządy”, „Restauracja”, „Odliczanie”, „Stocznie”, „Katarski inwestor”, „Seryjny samobójca”. Nie wystarczyło wyobraźni, budżetu czy motywacji?

Drugim hitem, który tym razem też przypadkowo pojawił się tuż przed wyborami europejskimi, był film braci Sekielskich o pedofilii. I nie, nie odważyli się pan dziennikarz śledczy z bratem producentem zrealizować dzieła o tej patologii dość powszechnie obecnej w środowisku artystów, biznesmenów, naukowców czy lewicowych polityków, chociaż tytuły mieli gotowe i nad wyraz trafne: „Reżyser”, „Dyrygent”, „Psycholog”, „Minister”, „Asystent”, „Dworzec”, itd. Ale woleli nie mówić o tym nikomu.

Kalendarz wyborczy podpowiada, że realizowane będą kolejne kinematograficzno- propagandowe zamówienia. Swoją przedwyborczą produkcję zapowiedział katolicki reżyser Vegę, któremu przez lata nie wystarczyło ikry i animuszu, żeby nakręcić dzieło o uzależnianiu naszego państwa od niemieckich wpływów, mediów i kapitału, o kulisach ucieczki Donalda Tuska na europejską posadkę, o wchodzeniu prezydenta na krzesło w japońskim parlamencie w ramach kampanii wyborczej, o likwidacji ponad dwóch tysięcy szkół, o zwijaniu Polski powiatowej, o grabieżczej reprywatyzacji dziesiątków i setek nieruchomości na 130-140 letnich rentierów i wyrzuceniu niemal 50 tysięcy warszawiaków na bruk. Propozycje tytułów? Bardzo proszę: „Kamienica”, „Eksmisja”, „Kurator”, „Hanka”, „Krzesło”, „Donald”, „Prowincja”, „Bronek".

Ostatnie dzieło, o którym jeszcze cicho sza, to arcydzieło planowane na wiosnę 2020 roku, tuż przed wyborami prezydenckimi- koincydencja oczywiście niezamierzona. Poza mistrzem Wajdą i jego demaskatorskim „Człowiekiem z nadziei”, żaden uzdolniony, niepokorny reżyser nie odważył się zmierzyć z dokonaniami i sposobem realizowania prezydenckich misji przez Wojtka, Bolka, Olka czy Bronka. Wajchowym podpowiadam, że optymalnymi tytułami na 2020 będą „Rezydent”, „Adrian”, „Długopis” czy „Dudek”.

W PiS uderzać jest niezwykle łatwo, bo gdyby nawet jakiś nadgorliwy wiceminister próbował takiego artychę ukarać, wtedy zaprzyjaźnione media szybciutko uczyniliby ze skazanego twórcy pożytecznego męczennika. Gdyby jednak jeden z drugim reżyser, muzykant czy pisarz próbował swoim dziełem naruszyć żywotne interesy bossów III RP, to mogłoby się okazać, że mocodawcy wajchowych, mający nadal potężne możliwości i wpływy, nie tylko potrafiliby skutecznie przyciąć dalszą karierę takiego śmiałka, ale potrafiliby delikwenta przyciąć o głowę- z prawdziwą mafią nie ma żartów.

Artyści wyhodowani na garnuszkach III RP doskonale wiedzą, komu powinni i muszą dokuczać, a komu podskakiwać nie mają prawa. Nigdy, w żadnych okolicznościach, z uwagi na szkodliwe dla zdrowia i kariery efekty uboczne.

SAD