05.01.14, 12:08fot. omar franc/sxc.hu

Świadectwo Kasi i Bartka: kłócili się z Bogiem o ... dziecko i je wymodlili!

Kasia i Bartek są małżeństwem od  jedenastu lat, zawsze zaangażowani w wiarę i życie Kościoła, należący do wspólnoty, oboje muzycy. Jednak przez kilka lat borykali się z niepłodnością – doskwierającym brakiem pojawienia się na świecie upragnionej istoty. Zgodzili się opowiedzieć o swoim kłóceniu się z Bogiem, zmaganiu ze sobą i w końcu doświadczeniem, że to Bóg „kule nosi”.

Chcieliście zaplanować dzieci?

Bartek: I to jeszcze jak.

Kasia: Bartek miał cały czas plan na swoje życie, że skończy studia, znajdzie pracę, a potem się pobierzemy, a kiedy już będziemy mieć swoje mieszkanko, to będziemy myśleć po jakimś czasie o dziecku.

Bartek: Planowaliśmy mieć dziecko tak dwa lata po ślubie, chociaż byliśmy otwarci na życie, gdyby dziecko pojawiło się wcześniej. Jednak po dwóch latach jak stwierdziliśmy, że mogłoby już być… nie było go dalej.

Jakie uczucia się w Was wtedy pojawiły? Czy byliście tym zdziwieni?

Kasia: Wcześniej stosowaliśmy metodę Rötzera, aby nie było dzieci, a wtedy zaczęliśmy się nią posługiwać po to aby nasz potomek pojawił się na świecie. Jednak pierwszy rok bezskutecznego starania się o dziecko nie był jeszcze niczym „strasznym”, ponieważ około dwóch lat trzeba starać się o dziecko, aby medycyna uznała parę za taką, która ma problemy z płodnością.

Dopiero po roku pojawiło się pytanie, co jest grane i zaczęły „wędrówki” po różnych lekarzach. Wszyscy oni zapewniali nas, że wystarczy się odstresować, a dziecko się pojawi. Aż w końcu przyszedł taki moment, że sami lekarze zaczęli rozkładać ręce i mówić, że nie wiedzą, o co chodzi, a jeden stwierdził, że można by było się u mnie dopatrywać zespołu policystycznych jajników… i na tym się skończyło. Dopiero sześć lat po ślubie natknęliśmy się na lekarkę zajmującą się naprotechnologią. Wtedy jeszcze ta metoda leczenia niepłodności w Polsce  dopiero „raczkowała” – modelu Crightona uczyła tylko jedna pani mieszkająca w Warszawie. Ja wtedy byłam przekonana, że muszę coś zrobić, bo to przecież mój problem. Jednak, gdy przyszedł moment wizyty okazało się, że ma tak przepełniony grafik, że odmówiła spotkania…

Bartek: Kiedy przed tym spotkaniem z nauczycielką modelu Crightona, do którego nie doszło, spisywałem wszystkie wyniki badań, zapełniłem nimi kilkanaście stron(!) To była dla nas ostatnia deska ratunku…

Kasia: I tak się ta sprawa skończyła. Było to dla nas bardzo trudne. I w tym momencie przestaliśmy  w ogóle się leczyć. To był ten zewnętrzny rys dotyczący naszych pielgrzymek do lekarzy. Jest jeszcze jednak druga strona tego wydarzenia, czyli to wszystko, co przeżywaliśmy w środku, co ja przeżywałam jako kobieta.

Co więc w tym czasie działo się w Was? Jak przeżywaliście bezustanne bezowocne wędrówki od lekarza do lekarza?

Bartek: Ciężko. Same testy ciążowe, których Kasia zrobiła około dwudziestu zawsze powodowały napięcie. Spotykasz się ze znajomymi w swoim wieku, gdzie każdy w pewnym momencie ogłasza, że ma dziecko… i to boli, bo ciągle my nie mogliśmy się go doczekać. Gdyby nie to, że zawsze pracowaliśmy nad naszym małżeństwem to wydaje się nam, że jest to jedna z pierwszych rzeczy, przez którą ludzie się rozchodzą, ponieważ jeden z głównych celów małżeństwa nie zostaje spełniony. A dodatkowo jeszcze spotykały nas czasami docinki od strony pobocznych osób, które nie znając naszej sytuacji myślały, że jesteśmy typowymi karierowiczami –  wyjeżdżającymi sobie na wakacje, z domem i dobrą pracą i  do „pieluch” nam się nie śpieszy…

A gdzie był w tym wszystkim Bóg? Przecież On jest Bogiem cudów, o czym wielokrotnie słyszeliście na spotkaniach modlitewnych… Czy „dobijaliście się” do Niego prosząc o dziecko?

Kasia: Kiedy mimo naszych starań dziecko się nie pojawiało, zaczęliśmy prosić naszych bliskich znajomych o modlitwę w tej intencji. I wtedy pewne grono osób zaczęło się za nas modlić. Ja natomiast wprost wykłócałam się z Bogiem o dziecko.

Bartek: Kasia kłóciła się z Bogiem, że chce mieć dziecko, a ja się kłóciłem z Nim o to, że chcę się z tym brakiem jakoś pogodzić.  

Kasia: Ja się kłóciłam z Panem Bogiem, ponieważ nieposiadanie dziecka było dla mnie zaprzeczeniem kobiecości. To było takie poczucie, że jako kobieta, która jest stworzona do rodzenia dzieci, nie jestem w stanie tego zadania wypełnić.

Potem nadszedł taki czas, że sami intensywniej zaczęliśmy się o to modlić i ja poprosiłam o modlitwę wstawienniczą w tej intencji. Najpierw miałam jedną modlitwę wstawienniczą, potem były dwie kolejne i na jednej z tych modlitw pewna osoba miała przekonanie nagle pojawiającego się dziecka. Ale my byliśmy już w takim stanie, że nie za bardzo chcieliśmy wzbudzać w sobie nadzieję. Z jednej strony więc obietnica, a z drugiej nie wiadomo, co z nią zrobić, bo nadal tego dziecka nie było. Później, gdy się zamartwiałam tą sytuacją nagle dostałam sms-a od koleżanki z Krakowa ze słowami z Księgi Królewskiej: „Zamiary jakie mam względem was są pełne pokoju, a nie zguby”. I znowu nadszedł czas pocieszenia, ale na zewnątrz w dalszym ciągu nic się nie zmieniało. Potem wiosną pojechaliśmy do Katowic i tam spotkaliśmy się ze znajomą siostrą zakonną, która już wiedziała o  naszym problemie i wtedy powiedziała, że my już powinniśmy dziękować za to dziecko, które będzie. A ja jestem bardzo „logiczną” osobą i zaczęłam zadawać sobie pytania: „Jak mogę dziękować za coś, co teoretycznie będzie, ale czego nie ma tyle lat!?”. Ale gdzieś to słowo się we mnie „zasiało” i po jakimś czasie nieśmiało podziękowałam Bogu za to dziecko, „które będzie”.

Czy coś się zmieniło wtedy w Twoim podejściu? Gdzieś opadło to całe napięcie?

Kasia: W końcu nadszedł taki czas, że byłam tym oczekiwaniem tak zmęczona, że odbyliśmy z mężem rozmowę ze znajomym księdzem, a on stwierdził, że już zrobiliśmy wszystko… I dla mnie było to bardzo wyzwalające, gdyż zostawiłam to Bogu i pogodziłam się z tą myślą.

Bartek: To było po wszystkich naszych staraniach, po modlitwach wstawienniczych, proszeniu wszystkich o modlitwę i stwierdzeniu, że adopcja na ten czas jeszcze nie jest dla nas. Ja zresztą już wcześniej modliłem się o pogodzenie, bo facet z natury jest jeszcze bardziej „logiczny” niż kobieta. Widziałem badania, jeżeli lekarze powiedzieli, że nie wiedzą dlaczego dziecka nie ma, to brakowało mi wiary, aby uwierzyć, że Bóg uczyni dla mnie taki cud.

Kasia: To było jesienią, a potem nastała zima i wtedy bardziej skupiliśmy się na naszym małżeństwie, a nie na tym, aby za wszelka cenę mieć dziecko. Jednocześnie przypomniały nam się słowa naszych przyjaciół, którzy kiedyś stwierdzili, „że człowiek strzela, a Pan Bóg kule nosi”. Potem były Święta, Sylwester i w końcu jakoś zaczęłam się źle czuć, a lekarka rodzinna zapytała, czy robiłam test ciążowy. Nie chciałam go robić, ona jednak nalegała. I przyszłam do domu, zrobiłam ten test … i nie mogłam uwierzyć. Gdy pokazałam go mężowi to też nie dowierzał. Dopiero jak po kilku tygodniach lekarz zrobił badania i pokazał, że to już ósmy tydzień to w pełni uwierzyliśmy, że to prawda. Kubuś urodził się dokładnie w siódmą rocznice naszego ślubu. Miał wyjść jedenaście dni wcześniej, ale „czekał” na ten termin.

Kasia: Jednak historia się nie skończyła, bo jak ktoś ma jedno dziecko, to chce mieć i drugie. Minęło półtora roku i znowu zaczęliśmy się starać…. I nic. Jednak wtedy naprotechnologia była już bardzo rozwinięta, więc ja nauczyłam się modelu Crightona. Jestem z natury bardzo ambitna – miałam zadanie i  solidnie je wykonywałam. Znowu zaczęły się moje problemy zdrowotne i poszłam do lekarza, który pierwszy się mną porządnie zajął. Zrobił solidne badania i potwierdził PCO – zespól policystycznych jajników. Wtedy zaczęłam się leczyć. Jednak Bartek nie chciał w tym uczestniczyć. Ja po roku leczenia także poczułam, że już jestem psychicznie zmęczona i powiedziałam w końcu lekarzowi, że dałam sobie rok i nie chcę tego kontynuować. Pomimo tego, że uważam metodę naprotechnologii za świetną, psychicznie byłam na tyle zmęczona, że pochowałam wszystkie książki z modelu Crightona. I około półtora roku temu  pojechałam na rekolekcje z o. Johnem Bashoborą, gdzie animowaliśmy śpiew z diakonią muzyczną i tam w trakcie którejś z modlitw o. John powiedział, że jeżeli jakieś proroctwo będzie się wydawało dla danej osoby, żeby je tak przyjęła. I po jakimś czasie padły słowa, że na spotkaniu modlitewnym są osoby, które starają się o dziecko i doczekają się go, bo Pan Bóg im to obiecuje. I wtedy w duchu powiedziałam: „Panie Boże, jeżeli te słowa są dla mnie, to mam nadzieję, że do roku czasu się spełnią”. To był koniec maja. I  w podobnym okresie za rok okazało się, że jestem w ciąży!  Po wakacjach oznajmiliśmy to wszystkim ku naszej wielkiej radości, ale także tych, którzy się za nas w tej intencji modlili.

Czy myślicie, że to oczekiwanie miało jakiś głębszy cel i Bóg chciał Wam przez nie coś powiedzieć?

Kasia: Myślę, że Pan Bóg przez to chciał mi powiedzieć, abym pozwoliła Mu działać w swoim życiu. Aby nie było tak, że ja wszystko sobie zaplanuję i musi być tak, jak ja chcę… On powiedział: „To jest dar ode mnie, to ja „kule noszę”, a nie jest to zrealizowanie Twoich ambitnych planów”.

Bartek: Ja dokładnie do dzisiaj nie rozumiem jakie znaczenie i sens był w tym oczekiwaniu, jednak nauczyło mnie to tego, że moje życie nie zależy ode mnie, a ja lubiłem mieć takie poczucie. Bo podstawą mojego życia był doskonale skonstruowany plan. Życie pokazało nam, że najpierw trzeba zaufać Panu Bogu, potem pracować, a On wszystko poukłada.

Rozmawiała Natalia Podosek


Imiona autorów zostały zmienione. Małżeństwo prosiło o anonimowość. Prawdziwe dane autorów wywiadu posiada redakcja portalu Fronda.pl.

Komentarze

anonim2014.01.5 12:58
@Piogal gdybyś był tym, za którego się podajesz to rozumiałbyś o co chodzi. A tak to jesteś pewnie tym brakującym ogniwem … Myślę, że postać którą stworzyłeś nie jest rzeczywista! Pozdrawiam autora.
anonim2014.01.5 13:10
Dziękuję za to świadectwo. Wspaniale jest tu opisane to, czego i ja doświadczyłam, że Bóg nie tylko najlepiej wie, co jest dla kogoś dobre, ale i sam wybiera czas odpowiedni właśnie dla tych konkretnych osób. A tak egoistycznie napiszę jeszcze, że podoba mi się to, że w tak bardzo "wspólnej" sprawie nareszcie wypowiedziało się małżeństwo, a nie kolejna "mężatka - singiel".
anonim2014.01.5 13:42
@Piogal Jeśli chodzi o obleśne zdjęcia to obejrzyj jeszcze raz dokladnie swoj avatar. Srednio ładny-prawda? Domyślam się ,że to zdjęcie to Twój żarcik,bo i Twoje wypowiedzi są takie prowokacyjno-żartobliwe. Co nie zmienia faktu,iż wiem że mam doczynienia z człowiekiem nauki,który już odebrał co najmniej kilka nagrod Nobla... Teraz jeszcze aby uzyskać pełnię szczęścia(ale tego PRAWDZIWEGO I NA WIEKI)musisz zawołać do Boga ,aby dał Ci łaskę wiary. Zobaczysz co się będzie działo!(piszę z autopsji) On na Ciebie czeka z utęsknieniem i miłością! Pozdrawiam! Pozdrawiam!
anonim2014.01.5 13:46
Nowenna pompejańska jest skuteczna także w takich sprawach.
anonim2014.01.5 13:52
@Vors a moim zdaniem Twoj komentarz jest ponurym żartem z ludzi ,ktorzy ufają Bogu. Jeśli fakt takiego szczęścia jakie ich spotkało jest ponurum żartem to czym była dla Ciebie deklaracja bratkowskiej że w Wigilię poderżnie gardło swemu dziecku.Ponurym....?czym?bo nie znajduję słów.
anonim2014.01.5 14:05
@hej Piogal jestem Pate a nie pete,chyba że chciałeś być złośliwy. Co do łaski,to czy bardzo głeboko,na dnie serca tego chcesz?Czy chcesz spotkać Boga czy wolisz sobie z Niego żartować? Oczywiście nie odpowiadaj mi, bo to bardzo osobista sprawa i nie do publicznych rozważań. Sam sobie odpowiedz.Bo może jesteś opancerzony taką barierą niechęci lub nieprzebaczenia komuś ,że Bóg,ktory na pierwszym miejscu szanuje naszą wolność po prostu ma tym "związane ręce". Aaaa,i czemu napisałeś do mnie per Waszych?. Jestem przed komputerem sama(mruczący kot chyba się nie liczy,zresztą on śpi i Fronda go nie obchodzi)
anonim2014.01.5 14:07
Moim zdaniem to jest trochę tak, że gdy oboje się w pewnym sensie pogodzili z tym, że dziecka mieć nie mogą - to wewnętrznie też nie byli tacy zestresowani. A stres ma bardzo duży wpływ na poczęcie dziecka. Modlitwa uspokaja, a wiara jakoś pomaga złe chwile przetrwać. Psychicznie inaczej się nastawili i... się udało. I mówię to jako ateistka. Poza tym zespół PCO bardzo utrudnia zajście w ciążę. Raz dochodzi do owulacji, a raz nie. Także po prostu udało im się wstrzelić w moment + psychicznie byli spokojniejsi :)
anonim2014.01.5 14:13
Ale jaja: jedni daliby wszystko za możliwośc poczęcia dziecka, inni nie cofną się nawet przed wielokrotnym morderstwem, żeby dziecka nie było. Ten świat już nawet nie jest dziwny. On jest, ale absurdalny.
anonim2014.01.5 14:16
Mysterny, a to takie ważne który? Każdy ksiądz jest dobry i może prowadzić modlitwy
anonim2014.01.5 14:16
dziękuję Bogu za Waszą wiarę i nadzieję, którą wlewacie w różne serca, które wątpią(jak i moje, gdy już tak długo szukam pracy).
anonim2014.01.5 15:04
@naos " Mój Bosze porno na Frondzie!Panie Mirku,ratuj " Jak ktoś się bardzo uprze to na siłę zobaczy porno na zdjęciu przedstawiającym pszczołę zapylającą kwiatek
anonim2014.01.5 16:04
Nie wiem czemu, ale zdjęcie które obrazuje artykuł, kojarzy mi się z reklamami dezodorantów lub wkładek higienicznych, a nie z katolickim portalem.
anonim2014.01.5 16:08
zdjęcie fatalne to fakt.
anonim2014.01.6 1:48
@wiesiekadam jeśli moge Ci coś doradzić w sprawie Twojego problemu ze znalezieniem pracy... Ja spotkałam na swojej drodze(niegdyś zbuntowanej ateistki)wielu aniołów... Jeden z nich to p.Basia-(piekna zadbana kobieta,matka 4 dzieci) która prowadziła punkt kosmetyczny a do której przychodziłam pogadać o problemach z dzieciakami,bo moje życie było wtedy roztrzaskane na kawałki - Kiedy we łzach zwierzałam jej się z pewnej bardzo trudnej sprawy-spytala mnie czy podziekowalam Bogu za to że rozwiązal mój problem.Zdziwiłam się i odpowiedziałam,że nie,bo problem wlasnie zaistniał i wydaje mi się "nie do rozwiązania".Na co ona odpowiedziała mi ,iż Bóg bardzo wzrusza sie naszą ufnością(taką dziecinną)i naszą PEWNOŚCIĄ ,ze stoi blisko nas i bierze na siebie rownież nasze problemy. Od tej chwili gdy na horyzoncie mojego(trudnego)życia pojawia się jakiś problem od razu dziękuję Bogu za rozwiązanie i ...biorę się za bary z tą sprawą,wiedząc,ze Bóg się o mnie troszczy(o każdego się troszczy,ale są ludzie którzy Go odrzucają) Dlatego podziękuj z wielką wiarą i ufnoscia naszemu Bogu-Dobremu Tatusiowi-że rozwiązal Twoj problem i dał Ci pracę. MOW O TYM JAKBY TO JUŻ SIĘ STAŁO! Z ogromnym zaufaniem w to ,że DLA BOGA NIE MA RZECZY NIEMOŻLIWYCH. Ja ze swej strony jutro odmówię "zdrowaśkę"w Twojej intencji.Może ktoś z Frondy się przyłączy i będzie tyle "zdrowasiek",że wyjdzie cały różaniec(a różaniec-z ktorym nie rozstawał sie JP2 -ma moc wiekszą niż bomba atomowa). I jeszcze KONIECZNIE obejrzyj świadectwo Rafała Porzezińskiego-człowieka mediów-o tym jak Bóg spełnia nasze prośby. http://www.youtube.com/watch?v=WN75L1PL19E Pozdrawiam!
anonim2014.01.6 10:34
CARTBLANC Sty 5, 2014, 8:35 po południu A może Bóg wolał aby poświęcili się muzyce? po co siać zamęt? Jakby Bóg "wolał"to by nie mieli dziecka.
anonim2014.01.6 11:00
Vors Sty 6, 2014, 3:20 rano "i art i komcie to kpina z par zmagajcych się z problemen niepłodności. ale to standrd frondowy." No to w imieniu Frondy muszę Cię przeprosić za to: że Bóg istnieje że pomaga każdemu że kocha każdego że daje nam to co dla nas najlepsze,choć nie zawsze to rozumiemy i czasem mija się to z naszym standartem "dobra" ze wierzył w Niego tak mądry i dobry człowiek jak JP2(kula zamachowca nie zabila go tylko dzięki interwencji Matki Bożej z Fatimy-zamach miał miejsce 13 maja w rocznicę objawień) za miliony cudów każdego dnia,pomocy Ducha Świetego,Aniołów,naszych świętych orędownikow i całego bardzo żywotnego swiata duchowego,który jest tak samo realny jak to że stukam teraz w klawiaturę. A my tak rzadko prosimy ich o pomoc bo ...brakuje nam dziecięcej,zwykłej ufności.
anonim2014.01.6 12:18
Następnym razem dajcie jakieś bardziej pasujące zdjęcie. MNIEJ GOLIZNY
anonim2014.01.6 21:43
"Ja się kłóciłam z Panem Bogiem, ponieważ nieposiadanie dziecka było dla mnie zaprzeczeniem kobiecości. To było takie poczucie, że jako kobieta, która jest stworzona do rodzenia dzieci, nie jestem w stanie tego zadania wypełnić." A dla mnie, jako kobiety, życiowym celem jest spełnienie, a nie rodzenie dzieci. Żal mi ten Kasi, choć wiem, że na 99% jest to tak samo prawdziwa historia, jak te z ostatniej strony faktu. Dziękuję, dobranoc.
anonim2014.01.11 11:29
Zdjęcie nieprzyzwoite. Wygląda to jak prowokacja wobec Pana Mirosława Salwowskiego, albo próba jaskrawego zdystansowania się od jego poglądów. Ale wiedzcie, że tym samym dystansujecie się od tylu świętych: http://in-humility.blog.onet.pl/2011/01/20/o-nieczystosci-sw-jan-maria-vianney/
anonim2014.01.12 14:53
klasyczne podejście wielu par - jak z dzieckiem nie wychodzi to oczywiście wina kobiety. to ona chodzi do lekarza, robi badania itp. ani słowa o tym, że bohater wywiadu wykonał proste badanie na niepłodność:) w wielu przypadkach niepłodność leży po stronie mężczyzny.
anonim2014.03.2 12:05
też czekam na taki piękny cud:) ale niech się dzieje wola Boska