George Weigel ocenił, że w ciągu XX stulecia niemieckojęzyczny Kościół odegrał bardzo ważną rolę, niosąc ogromną pomoc Trzeciemu Światu, wydając wielkich męczenników za wiarę, wnosząc ogrom pracy w rozwój studiów biblijnych, teologii moralnej, odnowy liturgicznej i katolickiej doktryny społecznej. Niemcy pełnili też niezwykle istotną rolę w czasie II soboru watykańskiego , starając się sprawić, by Kościół był nadal autentyczny w nowych czasach.

To wszystko sprawia jednak, że tym większy jest szok, jakiego doznał Weigel czytając dokument przygotowawczy przed synodem jaki opublikował jakiś czas temu niemiecki episkopat. „Jeden z moich korespondentów uważa, że jest to de facto deklaracja schizmy. Ja czytam go raczej jako niezamierzony cri du coeur [płacz serca – red.]: wyznanie katechetycznej katastrofy i klęski duszpasterskiej w skali narodowej, na którą niemiecki episkopat nie ma odpowiedzi, wyłączywszy wezwanie innych do drogi w dół, która doprowadziła niemiecki katolicyzm do niespójności” – pisze Weigel.

Historyk dodaje, że gdy próbuje się dyskutować z niemieckimi hierarchami w starszym już wieku o obecnym kryzysie Kościoła w tym kraju, rzadko można usłyszeć trzeźwą otwartość, zrodzoną z rozpoznania faktu, że coś poszło niezwykle źle i że należy odkryć nowe podejście do ewangelizacji i katechezy, że należy głosić „katolicyzm holistyczny” (ang. all-in-catholicism), zakorzeniony w radości Ewangelii, głoszony i przeżywany w swojej pełni. Według Weigela to, co słyszy się z ust niemieckich pasterzy, to raczej uparte odwracanie kota ogonem. „Nie rozumiesz naszej sytuacji” – oto antyfona, którą według historyka często Niemcy wypowiadają z pewną gwałtownością.

Weigel przypomina tymczasem, że sytuacja w Niemczech jest jasna i prosta, widoczna dla wszystkich: kościoły są puste, a niemieccy katolicy mają takie same wyobrażenia na temat moralności jak ci, którzy do Kościoła w ogóle nie przynależą.

„Niemiecki episkopat cały czas sugeruje, że dalsze upraszczanie katolickiej doktryny i praktyki jest odpowiedzią, tym razem na skalę globalną” – pisze historyk. I dodaje, że postawie tej na pewno przyjrzy się nadchodzący synod w Rzymie, ale zrobi to nieprzychylnie.

Weigel ocenia, że przez ostatnie dziesięciolecia Niemcy po prostu zapomnieli, że trzeba mówić o Bogu. Mówili o mówieniu o Bogu, to znaczy gonili własny ogon próbując odpowiedzieć na współczesny kryzys wiary. „Postępując w ten sposób utkwili w czymś, co polski filozof Wojciech Chudy, wielki intelektualny prawnuk Jana Pawła II, nazwał postkantowską ‘pułapką refleksji’: myślenie o myśleniu o myśleniu, zamiast myślenia o rzeczywistości – w tym wypadku o Ewangelii i jej prawdzie” – pisze Weigel.

 Historyk dodaje, że kryzys niemieckiego katolicyzmu nie jest w pierwszej kolejności instytucjonalny, bo Kościół katolicki w Niemczech jest drugim największym pracodawcą w całym kraju, a jego instytucje są silne. Kryzys jest kryzysem wiary. „Niemiecki katolicyzm znajduje się w kryzysie, bo niemieccy katolicy nie przyjęli Pana Jezusa i jego Ewangelii z pasją, oddaniem i radością, ale szukają szczęścia gdzie indziej. To smutne, to tragiczne, to deprymujące” – uważa historyk.

„Nie jest to jednak nic, co należy zalecać innym jako model” – dodaje i wyjaśnia, że o przypadku niemieckim można opowiadać tylko „ku przestrodze, jako o historii efektów poddania się duchowi czasu”.

kad/firstthings