Czy można pogodzić się z kłamstwem? Czy można milczeć i pozwolić, by – zgodnie z tezą hitlerowskiego ministra propagandy Josepha Goebbelsa – kłamstwo zagłuszyło prawdę? I czy taka postawa jest wyrazem cnoty, czy głupoty z domieszką tchórzostwa? A jednak od lat uginamy kark i pozwalamy, by historię Narodu Polskiego pisali nie historycy, ale chciwi rozgłosu i zysków handlarze bestsellerowych kłamstw.

We wczesnych latach osiemdziesiątych Jan Tomasz Gross wydał książkę opisującą losy Polaków zesłanych przez Sowietów na Sybir. Książka sprzedawała się słabo, bo i kogo poza Polakami, obchodzą losy zesłańców? Wojenne losy Żydów to interes znacznie lepszy. A jeśli do znanych już wątków dorzuci się kilka sensacyjnych stwierdzeń, korzyść – w postaci popularności, za którą płynie strumień pieniędzy - gwarantowana. Z każdą kolejną publikacją, pisana przez Grossa opowieść (bo nie sposób użyć w tym kontekście słowa „historia”) wzbogacała czytelnika o nową „sensację”. I tak świat – nie bez satysfakcji, o czym za chwilę – dowiedział się i z ulgą uznał, że Holocaust nie byłby możliwy, gdyby nie masowy udział Polaków w eksterminacji Żydów. Jan Gross przekroczył ostatnio kolejną granicę. Jak napisał, w czasie II wojny światowej Polacy „zabili więcej Żydów niż Niemców”. Czy można pójść dalej? Zapewne. Bo przecież logiczną konsekwencją tezy Grossa, będzie zdanie, że głównym wrogiem Polaków w czasie wojny byli właśnie Żydzi, a Niemcy jedynie statystowali przy ksenofobicznej jatce. Kogo poza Grossem taka teza może cieszyć?

Siedemdziesiąt lat temu Jan Karski starał się przekonać zachodnich polityków do zdecydowanego działania wobec ludobójstwa milionów Żydów. Został wysłuchany przez Prezydenta USA Franklina Roosevelata, po czym jego świadectwo zignorowano. Dlaczego? Z przerażenia, wygody, poczucia bezradności? Jakiekolwiek powody stałyby za obojętnością Amerykanów, grzech zaniechania odcisnął swoje piętno. A o ileż prostszym rozwiązaniem jest zrzucenie odpowiedzialności na kogoś, niż uderzenie we własną pierś. Czynią tak zresztą nie tylko Amerykanie, ale też Niemcy – sprawcy Holocaustu i Francuzi, którzy o własnym udziale w czystkach etnicznych woleliby, lecz nie są w stanie zapomnieć (przypomnijmy chociażby łapankę Vel d'Hiv w roku 1942, by nie rozpoczynać dyskusji o obecnych atakach na synagogi). 

Jeśli spojrzymy na wypowiedzi Grossa z takiej perspektywy, niemała popularność jego tez przestaje dziwić – obarczanie Polaków winą za rzeź Żydów tak wdzięcznie pozwala wykreślić niekomfortowe pytania. A ile w tym prawdy? Niewiele. Tylko kogo to obchodzi. Kogo na świecie obchodzi opinia np. Augusta Grabskiego z Żydowskiego Instytutu Historycznego, który w pracach Grossa dostrzega „elementy manipulacji i brak proporcji w opisywanych zjawiskach”. Kto słyszał o Hansie Furth, który w branżowym piśmie historycznym poświęconym badaniu ludobójstwa pisał o milionie Polaków pomagających Żydom w czasie wojny? Kto zwrócił uwagę na opinię szwedzkiego badacza Holocaustu Gunnara Paulssona, który uznał, że około 100 tysięcy Polaków zasłużyło na medal Sprawiedliwych, a setki tysięcy pomagały w sposób anonimowy? I wreszcie, czy ktokolwiek poważnie traktuje powstałe w roku 1943 w warszawskim getcie zapiski żydowskiego historyka Emanuela Ringelbluma, który napisał m.in.: „Panuje u nas pogląd, że antysemityzm znacznie się wzmógł w okresie wojny, że Polacy w swej większości są zadowoleni z nieszczęścia, które spotkało Żydów w miastach i miasteczkach Polski itp. Uważny czytelnik naszych materiałów znajdzie setki dokumentów świadczących o czymś wręcz przeciwnym. W niejednym sprawozdaniu z miasteczka przeczyta on, jak serdecznie odnosiła się ludność polska do żydowskich uchodźców. Dowiecie się o setkach wypadków, kiedy chłopi w ciągu długich miesięcy ukrywali i dobrze karmili żydowskich uchodźców z okolicznych miasteczek”. Te opinie nie obchodzą nikogo. Bo są tak cholernie nudne. Takie zwykłe i oczywiste. I nie kłócą się ze zbiorową pamięcią. Po prostu są prawdziwe…

Aż do dzisiaj publikacje Grossa, tak fantastycznie harmonizujące z coraz popularniejszym w świecie szlagwortem „polskie obozy zagłady” nie budziły naszego zdecydowanego sprzeciwu. Zachowywaliśmy się jak naiwni głupcy niepomni słów Goebbelsa i przekonani, że prawda i tak jest po naszej stronie. Jest. Ale co z tego, skoro chór „Grossów” pomaga tak wielu krajom zmyć hańbę z kart własnej historii? Prawda rzadko kiedy jest w cenie. A prawda bolesna to towar wysoce niepożądany.

A my? Jaką historię możemy opowiedzieć światu? Ponad jedną czwartą wszystkich odznaczonych medalem Sprawiedliwi wśród Narodów Świata stanowią Polacy. Jesteśmy na pierwszym miejscu listy odznaczonych za pomoc Żydom w czasie II wojny światowej, choć Polska była jedynym krajem, w którym pomoc taka karana była śmiercią. Wśród odznaczonych jest i mój dziadek, przedwojenny endek, którego postawa w czasie wojny już na zawsze splątała ze sobą losy polskich i żydowskich rodzin. Oczerniany przez Grossa Kościół katolicki w Polsce stał się dla tysięcy żydowskich dzieci jedyną szansą przeżycia. Kto wie, czy niedawny apel papieża Franciszka o udzielenie schronienia syryjskim uchodźcom nie ma swoich korzeni w postawie polskich zakonów sióstr franciszkanek w czasach Holocaustu. W narracji grosso-podobnej nie ma zapewne miejsca dla Ireny Sendlerowej, która wyprowadziła z warszawskiego getta 2500 dzieci. Nie ma też miejsca na pamięć o oficjalnym organie polskiego rządu w Londynie, którym była Rada Pomocy Żydom przy Delegacie Rządu RP na Kraj, tzw. Żegota. To dzięki jej staraniom wydano Żydom ponad 60 tysięcy fałszywych dokumentów, a z pomocą zakonów Marianów i Urszulanek zaopatrywano Żydów w katolickie metryki chrztu – przepustki do życia. Książki Grossa to też miejsce, w którym rodzina Ulmów – rozstrzelana przez hitlerowców za ukrywanie dwóch żydowskich rodzin – zabijana jest po raz drugi, gdy odmawia jej się miejsca w ludzkiej pamięci. I wreszcie, nie znajdziemy w opowiastkach Grossa wspomnienia o tych wszystkich Polakach, którzy wiedząc kto i gdzie ukrywa Żydów solidarnie utrzymywali zmowę milczenia ratując tysiące ludzkich istnień.

W walce o prawdę nikt nas nie wyręczy. Milcząc staniemy się tylko dziwakami opowiadającymi  historyjki o rzekomych „hitlerowskich” obozach śmierci (bo przecież były tylko te „polskie”, prawda?). Siedemdziesiąt lat temu nasi dziadkowie mieli odwagę walczyć o życie tych, których ukrywali. Na drugim biegunie ich odwagi znaleźli się ci, którzy poznawszy prawdę nie zrobili nic, by eksterminację zakończyć. Dzisiaj to na nas spoczywa obowiązek, by opowiedzieć światu prawdę. Ci, którzy w czasie wojny, z jednej strony zhańbili się zbrodniami, a z drugiej strony obojętnością na te zbrodnie z pewnością nam nie pomogą, niecierpliwie wyczekując kolejnych kłamstw Grossa.

Jacek Żalek