„Zgodnie z prawem na sprzedaż TVN S.A. zgodę musi wyrazić Rada Ministrów, bo jest to spółka strategiczna. W przypadku braku zgody nowy właściciel będzie musiał sprzedać polską spółkę we wskazanym przez Radę Ministrów czasie. Oczywiście nabywca musi posiadać uprzednią zgodę rządu” – napisał Giertych.
Teza ta spotkała się z ostrą reakcją Joanny Lichockiej, która wskazała na brak jurysdykcji Polski nad transakcją realizowaną poza jej terytorium:
„Roman Giertych musi wyrazić zgodę w Sejmie na to, aby jeden prywatny przedsiębiorca z Ameryki sprzedał swoją firmę innemu prywatnemu przedsiębiorcy. W jakim świecie wy żyjecie? XDDDDD. I Pan pisze to jako adwokat? Co za bzdura. Operacja nie dotyczy sprzedaży w Polsce. Zmiany właścicielskie nawet nie zachodzą w UE, a za Wielką Wodą. To rozporządzenie polskiego premiera nie ma żadnej mocy w US.”
Sedno sporu wynika z różnicy między sprzedażą polskiej spółki a sprzedażą jej właściciela. TVN S.A. jest spółką zarejestrowaną w Polsce i podlega polskiemu prawu, jednak transakcja dotycząca Warner Bros. Discovery – zagranicznego właściciela – zachodzi w jurysdykcji USA. W praktyce oznacza to, że polskie władze nie zatwierdzają sprzedaży amerykańskiego koncernu, lecz mogą jedynie stosować przepisy dotyczące ochrony spółek strategicznych działających w Polsce.
Gdyby przyjąć logikę przedstawioną przez Giertycha konsekwentnie, należałoby uznać, że Rada Ministrów RP powinna opiniować także sprzedaż amerykańskich stacji telewizyjnych, kanadyjskich wydawnictw i japońskich koncernów technologicznych, o ile tylko posiadają one gdzieś na świecie spółkę zależną działającą w Polsce.
W tej wizji globalnej gospodarki premier w Warszawie pełniłby rolę notariusza międzynarodowych transakcji, a zagraniczni inwestorzy przed podpisaniem umowy dzwoniliby najpierw do Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z pytaniem, czy wolno im sprzedać własną firmę.
Trudno w tej sytuacji oprzeć się wrażeniu, że taka „konstrukcja prawna” istnieje wyłącznie w retoryce politycznej — i to skierowanej do odbiorcy, który ma odnieść wrażenie, że autor wypowiedzi jako „uznany mecenas” porusza się swobodnie w gąszczu przepisów międzynarodowych, nawet jeśli rzeczywistość prawna wygląda zupełnie inaczej, bo… pelikany wszystko łykną…
