26.06.18, 11:15fot. Satyakamk, lic. CC BY-SA 3.0 via Wikipedia

Gejem się nie da urodzić. A... ateistą?

Portal Fronda.pl: Czy można urodzić się ateistą?

Ks. dr Robert Skrzypczak: Oczywiście, że nie. Człowiek z natury jest religijny, to znaczy, że nosi w sobie obraz i podobieństwo Boga. Ten fakt decyduje o tym, że z natury człowieka wynika potrzeba poszukiwania czegoś poza nim, wychodzenia poza horyzont, znajdywania odpowiedzi, których sam nie jest w stanie sobie udzielić. W ludzką naturę zostało wpisane pragnienie poznawania transcendencji Boga. Tradycja chrześcijańska określała to sformułowaniem capax Dei, co oznacza naturalne uzdolnienie do nawiązywania relacji ze światem nadprzyrodzonym.

To skąd się bierze ateizm?

Ateizmu można się nauczyć, można być do niego przekonanym… Ateizmu można się również „nabawić”, jako konsekwencji bycia zgorszonym, na przykład czyjąś postawą, niekonsekwencją, hipokryzją. Ale nie da się urodzić się ateistą.

Dlaczego można powiedzieć, że człowiek z natury wierzy, ale nie można powiedzieć, że z natury nie wierzy?

Wskazują na to liczne świadectwa antropologii, czyli nauki zajmującej się człowiekiem. Od najdawniejszych czasów człowiek w swojej sztuce, malarstwie (także tym na ścianach jaskiń) wyraża potrzebę kontaktu z boskością. Świadczy o tym także skłonność do ubóstwiania czegoś, czyli odnoszenia się z nadmiernym podziwem, przypisywania boskich cech na przykład elementom kosmicznym. Ludzie od najdawniejszych czasów, nawet jeśli nie mieli doświadczenia spotkania z Bogiem osobowym, projektowali swoje wyobrażenia o Bogu, pragnienie spotkania z Nim na ciała astralne, słońce, księży, gwiazdy. Ubóstwiali wytwarzane przez siebie przedmioty, szukali miejsca, w którym mogliby spotkać się z nadprzyrodzonością, stąd święte pagórki, totemy… To wszystko tkwi głęboko w człowieku. Luter nazywał człowieka „fabrykantem idoli” – nawet jeśli ktoś deklaruje się jako niewierzący, nie oznacza, że nie ubóstwia on niczego. Jeśli człowiek nie wierzy w Boga, to jest w stanie uwierzyć we wszystko – ubóstwiać efekty swojej pracy, drugą osobę, dziecko, pieniądze, wytwór wyobraźni lub inteligencji…

Chce Ksiądz powiedzieć, że prawdziwych ateistów już nie ma albo w ogóle ich nie było?

Chcę tylko powiedzieć, że trudno jest spotkać, nawet wśród zadeklarowanych ateistów, kogoś kto nie ma żadnych odniesień do boskości. Kto nie ma w ogóle potrzeby ubóstwiania czegokolwiek.

W ostatnim „Plus Minus” można znaleźć obszerny blok tekstów o ateistach, którzy obchodzą święta, łamią się opłatkiem albo dzielą jajkiem (bo taka tradycja w rodzinie), biorą śluby w kościele (bo piękna ceremonia i biała sukienka), chrzczą dzieci (bo może im się to kiedyś przydać). Dlaczego ateiści praktykują?

Mówiąc o ateistach, często mamy na myśli kogoś, kto zerwał więź z Bogiem albo swoim Kościołem bądź kogoś, kto deklaruje, że Boga nie ma. To ludzie, których można określić mianem ateistów filozoficznych bądź naukowych. Dziś częściej mamy do czynienia z ateizmem bezrefleksyjnym, afilozoficznym, czyli nie z potrzebą zwalczania pojęcia Boga, ale pewną formą rozleniwienia, wyznawaniem świętego spokoju, szukaniem wygody, skoncentrowaniem się na sobie. Jeśli czyjeś życie pozbawione jest fundamentalnej relacji z Bogiem, to człowiek ten ogranicza się do ubóstwiania samego siebie, czyli koncentruje się na własnym sukcesie, powodzeniu, zdrowiu, opinii na swój temat. Stąd można spotkać taki „konglomerat człowieka”, który z jednej strony deklaruje ateizm, w ramach którego nie wierzy w Trójcę Świętą, życie wieczne, nie odczuwa potrzeby relacji z osobowym, obiektywnie istniejącym i działającym Bogiem, ale z drugiej strony, w głębi swojej natury, człowieczeństwa odczuwa capax Dei, czyli potrzebę religijnego „zabezpieczenia się”.

Zabezpieczenia? Przed czym?

Dziś mamy do czynienia z tzw. religijnością niespecyficzną, czyli „cosizmem”. Ludzie mówią, że być może po śmierci „coś” jest, albo przekonują, że w „coś” warto wierzyć, „czemuś” warto zaufać, bo może „coś” z tego będzie. Nieraz w imię religijnego „cosizmu” ludzie, którzy deklarują się jako niewierzący, proszą o chrzest dziecka, pobłogosławienie czegoś, wykonują gesty w postnowoczesnym znaczeniu magiczne. Wiele osób, wyznających absolutnie materialistyczny czy naukowy światopogląd, staje się ludźmi przesądnymi – wierzy we wróżki, podnieca się magią, astrologią, hiromancją… To pokazuje, jak bardzo złożona i niekonsekwentna potrafi być ludzka natura.

Tomasz Terlikowski napisał na Facebooku, że „nie ma sympatii” dla ateistów, którzy zostają chrzestnymi dziecka, ani dla rodziców, którzy takich chrzestnych wybierają. Tych pierwszych nazywa „publicznymi kłamcami”. Ksiądz powinien chrzcić dziecko ateistów?

Jan Paweł II zachęcał księży do  chrzczenia dzieci, nawet jeśli ich rodzice nie mają wielkiej samoświadomości chrześcijańskiej albo nie należy się spodziewać, że będą w stanie przekazać wiarę. Jeśli dziecko przychodzi na świat w środowisku, w którym istnieje wspólnota ludzi wierzących, wspólnota Kościoła, to należy udzielić chrztu! Chrzest jako sakrament jest „ziarenkiem łaski” rzucanym w serce małego dziecka. To ziarno potrzebuje warunków do tego, żeby się rozwijać, potrzebuje przekazywania wiary. O ile istnieje środowisko, w sensie chrześcijańskiej wspólnoty, o tyle jest nadzieja, że pojawi się ktoś, kto będzie temu dziecku mógł przekazać wiarę, jeśli nie mogli tego zrobić rodzice, chrzestni czy dziadkowie. Chrzest może spowodować duchowy rozwój człowieka. Wiele jest osób, które nie otrzymały w domu świadectwa, ale wiara obudziła się w nich przy okazji spotkania się z kimś z pracy, szkoły, uczelni, członkiem chrześcijańskiej wspólnoty, osobą duchowną… Nawet przygodne spotkanie na ulicy z kimś, kto przekaże świadectwo wiary w Jezusa, może przynieść „odblokowanie” łaski, energii, mocy zawartej w chrzcie.

A tam gdzie takiej wspólnoty chrześcijańskiej nie ma?

Sytuacja w krajach misyjnych jest zupełnie inna. Tam wymagane jest trzymanie się misyjnej logiki w sensie ścisłym –„Idźcie i głoście Ewangelię całemu stworzeniu, i udzielajcie chrztu w imię Ojca, Syna i Ducha Świętego”. Tam, gdzie jest Kościół, ludzie wierzący, tam nawet rodzina, której brakuje wiary, może znaleźć wsparcie ze strony innych. Idąc za sugestią Jana Pawła II, a także Franciszka, nie ustawiałbym się w roli zbytniego egoisty.

Może w Polsce praktykowanie ateistów wynika z faktu, że religia ma bardzo silne zakorzenienie w tradycji. Tak po prostu od pokoleń jest w naszych rodzinach, że zasiadamy do wigilijnego stołu, łamiemy się opłatkiem, przy okazji Wielkanocy dzielimy jajkiem, wcześniej robimy święconkę. Przecież większość ważnych życiowych wydarzeń rozgrywa się w kościele (chrzest, ślub) a religijne tradycje w jakimś sensie wyznaczają rytm rodzinnych spotkań (święta).

Proces zamierania wiary w niektórych, dawniej katolickich środowiskach, obserwujemy od dawna. To fenomen odwrotny, w stosunku do tendencji obserwowanych na Zachodzie. Tam, kiedy ludzie tracą wiarę, odchodzą od chrześcijańskiego odruchu, tradycji, obrzędu, zwłaszcza w krajach protestanckich. Protestantyzm miewa o wiele płytsze korzenie. W Polsce Kościół i wiara w Trójosobowego Boga jest ściśle powiązana z polską tożsamością i losem narodowym. Na różnych zakrętach dziejowych wiara towarzyszyła nam jako siła do przetrwania cierpień, wojen, prób odebrania tożsamości, rozbicia, demoralizacji… Owszem, z jednej strony Polacy przechodzą proces desakralizacji, czyli zanikania tego, co święte w życiu, ale z drugiej strony pozostaje obrzęd, który ma charakter czegoś wykonywanego z rozpędu, co stanowi element przynależności do jakiejś grupy, narodu, tradycji rodzinnej. To może być także znak specyficznie przeżywanej religijności – nawet jeśli człowiek nie wierzy w Boga, pragnie się „zabezpieczyć”. Nie wierzy, ale zachowuje się tak, jakby gdzieś jakiś Bóg istniał.

Ateista, który praktykuje, to nie ateista. A zatem kto? Wierzący jeszcze nie, niewierzący już nie?

Oczywiście, że samo praktykowanie to jeszcze nie jest wiara. To raczej syndrom, który nas, ludzi Kościoła, bardzo trapi. To niebezpieczne zjawisko, które może doprowadzić do całkowitego wyjałowienia się życia i oderwania od praktyki religijnej. Póki istnieje naturalna religijność w człowieku, stanowiąca pomost, którym może przejść apostoł, głoszący kerygmat o Chrystusie, póty może dojść do spotkania z człowiekiem, który w głębi serca tego potrzebuje, choć zagubił się gdzieś w postnowoczesnym, pluralistycznym świecie.

Skoro są praktykujący ateiści, to może jednak mogą być niepraktykujący katolicy?

Wiara jest darem Boga, zjawiskiem przede wszystkim egzystencjalnym. Pokaż mi twoje życie, a ja ci powiem, czy masz wiarę. Wiara nie jest związana tylko i wyłącznie z praktykowaniem – nie można powiedzieć, że człowiek, który chodzi na mszę w niedzielę, przyjmuje księdza po kolędzie jest wierzący, a ten, który chodzi w kratkę i nie przyjmuje kolędy, jest niewierzący. Definicje człowieka wierzącego i niewierzącego przebiegają innymi ścieżkami – weryfikują się przede wszystkim w postawach życiowych. Pokaż mi twoje życie, to znaczy – jakie są twoje postawy, jak reagujesz na fakt cierpienia w życiu, upokorzenia, jakie masz odniesienie do  ludzi, którzy ci uwłaczają, którzy są twoimi wrogami, jaki jest twój stosunek do pieniędzy, seksualności, do uczciwości zbiorowej i indywidualnej? Pokaż mi to, a ja ci powiem, czy masz wiarę. Wiara wyraża się poprzez uczynki życia wiecznego, czyli postawy, dzięki którym widać, czy w człowieku jest obecny Jezus czy nie. Samo praktykowanie w sensie obrzędowym nie jest wystarczającym kryterium, żeby orzec, że człowiek jest wierzący bądź nie. To się przejawia w tzw. granicznych sytuacjach życiowych, kiedy ktoś ma albo nie ma w sobie Chrystusa Zmartwychwstałego. Jezus pokonuje bariery lęku o życie, lęku o własną skórę. Pozwala wykraczać poza horyzont, ryzykować. Stąd postawy wspaniałomyślności, hojności, przebaczenia, otwartości na życie, innych ludzi, miłosierdzia… Freud, który był ateistą, nieraz obserwując katolików mówił sarkastycznie, że wyglądają, jakby byli źle ochrzczeni. Pociągając tę myśl, można dziś powiedzieć, że problem nie tkwi w samym przystępowaniu bądź nie do sakramentów.

Gdzie zatem?

W inicjacji chrześcijańskiej, czyli w głębokiej, obejmującej wszystkie wymiary życia, formacji, pozwalającej człowiekowi dać się przeniknąć przez Chrystusa Zmartwychwstałego. Człowiek wierzący to taki, który doświadczył Zmartwychwstałego. Jeśli tego nie ma, to można co najwyżej powiedzieć, że człowiek jest religijny, mając na myśli tę naturalną religijność, która tkwi w lędźwiach każdego człowieka, obojętnie czy jest chrześcijaninem, animistą, buddystą czy religijnym ateistą.

Rozm. Marta Brzezińska-Waleszczyk 

20 I 2015