07.01.17, 18:45Fot. Youtube

Jak bohaterska 'sierżant Kasia' broniła barów z kebabami

Na początku muszę wyznać, że Gazecie Czerskiej, Telewizji Wiertniczej i innym lewicowym mediom, znanym do tej pory jako „media głównego nurtu” (złośliwi pisali „głównego ścieku”) wierzę bez zastrzeżeń. Mało tego. Wierzę im tak bardzo, że jeżeli napiszą/powiedzą, że dzisiaj jest 7 stycznia, to ja to sprawdzę, najlepiej od razu w dwóch kalendarzach na raz, a gdy poinformują, że dwa plus dwa równa się cztery, to na wszelki wypadek policzę to sobie na kalkulatorze, skonsultuję się ze znajomym matematykiem, a kto wie, czy nie przyniosę z piwnicy starego liczydła - tak, dla większej pewności.

W słuszności mojego podejścia lewicowe media utwierdzają mnie co i rusz. Na przykład ostatnio, na jednym z portali internetowych natrafiłem na artykuł zatytułowany: „Policjantka na warcie. 'Boimy się, że Ełk może się powtórzyć' ". 

Zaczyna się tak: "Z Kasią spotykamy się w przelocie, mamy 30 minut. Już kilka razy zmieniła zdanie co do naszego spotkania. Nie chce mówić źle o kolegach, ale wie, że w policji powinno być inaczej. Wysportowana kobieta, ubrana po cywilnemu." Że coś tu śmierdzi, orientujemy się już po drugim wyrazie, gdy czytamy, że policjantka ma na imię "Kasia". To już nawet nie chodzi o to, że 27-letnia, jak się potem okazuje, kobieta w stopniu sierżanta jest nazywana tak, jakby miała 5 latek. Powiedzmy, że wzoruje się na "Kasi" Kolendzie-Zaleskiej.  Co prawda, to, co uchodzi w sferach dziennikarskich, nie licuje z wizerunkiem pracownika służb mundurowych - no, ale bądźmy wyrozumiali. Gorzej, że kilkanaście lat temu na antenie telewizji Polsat leciał bardzo głupi, ale mimo to (a może właśnie - dzięki temu) bardzo popularny serial "13. posterunek", opowiadający o gapowatym posterunkowym Cezarym i jego koleżance z pracy, a późniejszej narzeczonej, która miała na imię właśnie Kasia. Autorka tego wypracowania jest może za młoda i serialu nie pamięta, co nie zmienia faktu, że jeżeli protagonistkę swojego „dzieła” nazwie "Kasia", to jest spalona już na starcie, bo „policjantka Kasia” siłą rzeczy dużej części czytelników skojarzy się z bohaterką serialu komediowego. A to nie jest dobre skojarzenie.

No, ale powiedzmy, że to wszystko prawda. W końcu „Katarzyna”, to dość popularne imię, więc na pewno są tam gdzieś jakieś policjantki, które je noszą. Idziemy więc dalej. A dalej jest jeszcze gorzej. "Sierżant Kasia: Zawsze chciałam być policjantką. To było moje marzenie od dziecka. Chciałam naprawiać świat. Zawsze broniłam słabszych i byłam pewna siebie. W szkole, w domu i przed blokiem pilnowałam porządku. Mój ojciec był policjantem, chciałam być taka jak on, to chyba najprostsze rozwiązanie. Byliśmy zawsze do siebie bardzo podobni.

Jeżeli czytają to jacyś przyszli adepci sztuki dziennikarskiej, to tego tekstu powinni nauczyć się na pamięć, żeby wiedzieć jak NIE pisać chcących uchodzić za poważne artykułów. Jeżeli artykuł ma nosić choćby pozory wiarygodności, to nie można głównego bohatera nazwać, niczym postać ze starego filmu produkcji sowieckiej ("sierżant Kasia") i jeszcze wkładać w jego usta słowa, które równie dobrze mogłyby się znaleźć w jednym z dymków w komiksie o Batmanie. Tak się po prostu nie robi.

Następnie czytamy: "Gdzieś przeoczyłam tę narastającą agresję, coś się niby czuło pod skórą. (...) Znaliśmy wszystkie kebaby w naszej okolicy, bo co jakiś czas jakiś gówniarz się tam pojawił. Właściciele nie chcieli awantur, chcieli pracować. Czuło się, że to pracowici ludzie, którzy po prostu chcą robić swoje i nie chcą robić problemów. (...) To mnie nauczyło szacunku do tych wszystkich Arabów, bo Polak, jak tylko by się coś stało w jego barze, to by się pienił, skargi pisał, nie wiadomo co. A Arab chce pracować w spokoju, bardzo spokojni, kulturalni ludzie." 

Bez komentarza. Przypomnę tylko, że „rasizm”, to wg Słownika Języka Polskiego „pogląd oparty na przekonaniu o nierównej wartości biologicznej, społecznej i intelektualnej ras ludzkich, łączący się z wiarą we wrodzoną wyższość jednej rasy”. Oczywiście, w związku z tym, ktoś może zapytać co rasistka "Kasia", głosząca wyższość Arabów („bardzo spokojni, kulturalni ludzie”) nad Polakami („Polak, jak tylko by się coś stało w jego barze, to by się pienił, skargi pisał, nie wiadomo co"), robi w policji? 

Jak się okazuje, „sierżant Kasia” walczy tam bohatersko… Nie, nie ze stonką ziemniaczaną i „reakcyjnymi bandami”, jak jej protoplaści, tylko z rasistami o dobro ludu pracującego w barach z kebabami. "Więc półtora miesiąca temu wszystko się zaczęło. Raz na tydzień trzeba było jechać do pobliskiego kebaba. Właściciele zaczęli być nerwowi i przestraszeni. Dzwonili do nas częściej niż kiedyś i to z naprawdę różnych powodów. Wcześniej znosili dużo, często nie reagowali. (...) Wszyscy byli zaangażowani, zależało nam na tym, że zatrzymać narastającą falę. Ale po dwóch tygodniach moi koledzy zaczęli się wkurzać, że jest więcej interwencji. Skończył się zapał. Mówili właścicielom kebabów, że nie przyjadą i mi też nie pozwalali jechać, byli pewni, że właściciele histeryzują. Czasami się łamali i jechaliśmy po 2 godzinach. Zdarzyło się, że w drodze komuś wymsknęło się coś w stylu „ech, tyle tu ciapatych”. Takie komentarze zdarzały się coraz częściej."

Otóż, taka sytuacja jest po prostu nie do pomyślenia. Jeżeli ktoś nie lubi „ciapatych", to się nie „angażuje", bo nie zależy mu na zatrzymaniu „narastającej fali agresji". Wręcz przeciwnie. Jeżeli zaś się angażuję i zależy mu na zatrzymaniu narastającej fali agresji, to nie mówi „tylu tu ciapatych". To „oczywista oczywistość", tak samo jak to, że zdania nie zaczyna się od „więc". 

Czasem na własną rękę jeździłam po pracy do kebabów zapytać, czy wszystko ok. Potem dołączył do mnie młodszy kolega z pracy. W jednym lokalu zostawiłam swój prywatny numer telefonu, bo bałam się o pracowników. Ktoś straszył ich, że ich zabije. (...) Czasem piszę do moich znajomych właścicieli z kebabów. (...) Mój kolega z pracy jeździ pod Łódź do kebabów, robi to na własną rękę, bo usłyszał, że tam bywa już niebezpiecznie. Wszyscy boimy się, że Ełk może się powtórzyć."

Znowu - nie do pomyślenia jest, żeby jakikolwiek policjant uprawiał taką samowolkę i "na własną rękę" bawił się w superbohatera, naprawiającego świat w godzinach wolnych od pracy. Policja bowiem to służba mundurowa, w której obowiązuje dyscyplina. A jeżeli jakiś policjant faktycznie robiłby to, co rzekomo robią ci rzekomi policjanci z tego rzekomego reportażu, to natychmiast by wyleciał dyscyplinarnie. I słusznie. Przecież w ten sposób podważałby wiarygodność instytucji, w której pracuje, swoim zachowaniem pokazując, że nie radzi sobie ona z problemami, do walki z którymi została powołana. 

To wręcz niesamowite, że można napisać artykuł, którego fałsz po prostu bije po oczach, bo wygląda on jak przeróbka jakiejś czytanki z podręcznika dla komsomolców. Pewnym wytłumaczeniem jest CV autorki. Otóż osoba, która wyprodukowała tego gniota, zanim rzucono ją na odpowiedzialny odcinek walki z „faszyzmem” realizowała się w całkiem innych dziedzinach. O jej horyzontach myślowych i poziomie intelektualnym niech świadczy dotychczasowy dorobek. Składają się nań artykuły pod znamiennymi tytułami: "Agnieszka Woźniak Starak i sylwester w górach", "Karolina Ferenstein-Kraśko kusi biustem i bawi się trendami", "Jak często zmieniać biustonosz?", "Idealne ciało w wieku 47 lat", itd., itp. Ja oczywiście rozumiem, że od czegoś trzeba zacząć, ale niektórzy powinni skończyć na tym, od czego zaczęli, bo do niczego innego się nie nadają. 

Mimo wszytko uważam, że nie wolno lekceważyć narastającej w Polsce fali rasizmu. Rasizmu lewackich łże-mediów (często z kapitałem niemieckim) w stosunku do Polaków, którym próbuje się za wszelką cenę dorobić gębę straszliwych "ksenofobów", dokonujących pogromów muzułmanów. Przecież ten artykuł specjalistki od „kuszenia biustem” i „bawienia się trendami” to nie jest jakiś wypadek przy pracy. Z antysemityzmem się nie udało, bo widać, że z tym ostatnim prawdziwy problem jest na Zachodzie, np. we Francji (co potwierdził ostatnio minister obrony Izraela, Avigdor Lieberman, który zalecił Żydom wyjazd opuszczenie tego kraju), a skoro tak, to próbuje się z tzw. "antyislamizmem", który różni mądrzy inaczej pseudo-profesorowie już nazywają "odpowiednikiem przedwojennego antysemityzmu". I właśnie w kontekście narastającego antypolskiego rasizmu lewackich łże-mediów szczególnie zabawnie brzmią utyskiwania na „stronniczość” dziennikarzy "Wiadomości", żartujących sobie z przedstawicieli opozycji, których, jak rozumiem, powinni nosić na rękach. Naprawdę, trzeba znać proporcje. 

payssauvage/salon24.pl