23.05.17, 18:00Screenshot YouTube

Ryszard Czarnecki dla Fronda.pl: Miecz Damoklesa wisi nad Europą

Damian Świerczewski, Fronda.pl: Przesłaniem tzw. dokumentu refleksyjnego jest chęć KE, aby dodatkowe 8 krajów przyjęło walutę euro. Wśród nich znajduje się Polska. Czy KE ma instrumenty, którymi może próbować zmusić nas do przyjęcia wspólnej waluty?

Ryszard Czarnecki, wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego: Wczoraj Komisja Europejska zaprzeczyła, że taki plan istnieje, dementując tym samym doniesienia FAZ, który podał, że Euroland ma objąć wszystkie kraje członkowskie w perspektywie 8 lat. W czasach sowieckich, gdy agencja TASS czemuś zaprzeczała, oznaczało to, że tak naprawdę daną informację potwierdza. Pytanie, czy w tym przypadku będzie podobnie, czy też Komisja Europejska się wstrzyma. Ważniejsza jednak od tego, czego chce KE, jest wola polityczna (lub jej brak) dwóch największych krajów członkowskich UE – Niemiec oraz Francji. Myślę, że to właśnie Francja skłaniałaby się ku forsowaniu takiego rozwiązania, Niemcy są pragmatyczne. Wiedzą, że napotka to na opór i sądzę, że nie będą ku temu dążyć. Jak się stanie – dowiemy się po wrześniowych wyborach do Bundestagu.

Zwróćmy też uwagę na to, że ów pomysł pojawia się wtedy, gdy Eurostat ogłasza dane dotyczące tempa rozwoju gospodarczego poszczególnych krajów członkowskich UE. W pierwszej piątce krajów o największym tempie wzrostu PKB aż cztery znajdują się poza strefą euro – w tym Polska. Wyraźnie widać więc, że szybciej rozwijają się te państwa, które są poza Eurolandem. Jednocześnie ostatnia piątka – kraje o najniższym tempie wzrostu PKB – to kraje z walutą euro. Tu pojawia się pytanie – czy jest sens pchać się tam, gdzie jest stagnacja i kryzys? Dane Eurostatu mówią same za siebie.

W dokumencie jest także mowa o oddzielnym budżecie dla państw, w których walutą jest właśnie euro. Taki scenariusz jest realny? Europa dwóch prędkość stałaby się wówczas rzeczywistością.

Na ten temat była już nawet debata w Parlamencie Europejskim, powstały też specjalne dokumenty i propozycja powołania specjalnego komisarza ds. finansów w strefie euro. Ja odbieram tego typu przecieki jako rozpaczliwą próbę krajów Eurolandu pozyskania tych krajów, które mają obecnie wyższy poziom wzrostu PKB. Zauważmy – w Polsce ten wzrost jest 2,5 raza większy niż w strefie Euro! Dla niej byłoby to korzystne – wcielenie Polski, Węgier czy Rumunii, krajów, w których wzrost PKB jest wyższy niż w krajach Eurolandu, mogłoby ożywić, czy wręcz reanimować strefę euro. Ta boryka się z wielkimi problemami, także politycznymi. Choćby Ruch Pięciu Gwiazd – partia, która jest liderem sondaży we Włoszech – postuluje wyjście ze strefy euro (a nie z UE, jak zapowiadała Marine Le Pen). Widać więc, że Euroland pogrążony jest w ogromnym kryzysie, tak ekonomicznym, jak i politycznym. Stąd być może łakomie patrzy na kraje, które są w lepszej kondycji ekonomicznej – kraje znajdujące się poza strefą euro.

Nowa rezolucja PE wzywa państwa UE do szybszej relokacji uchodźców. Prof. Krasnodębski twierdzi, że to oznacza, że perspektywa nałożenia kar finansowych na Polskę jest realna. Zgadza się Pan z tą opinią?

Na razie Unia Europejska sama nie wie, czego chce. Nie wypracowała też mechanizmów karania krajów członkowskich. Komisja Europejska co prawda przyjęła w marcu 2016 roku ustalenie, że będzie karać kwotą 250 tys. euro, a więc ponad miliona złotych, za każdego nieprzyjętego uchodźcę. Ta propozycja, choć formalnie nie została anulowana, umarła zanim weszła w życie. Wydaje się, że podobnie jest w przypadku propozycji komisarza Dimitrisa Awramopulosa, aby odbierać przyznane już fundusze unijne tym krajom, które odmówią przyjęcia uchodźców. Do tej pory nie została przyjęta, choć może to wskazywać na pewną tendencję.

Mówi się także o innej koncepcji – dla nas najlepszej – aby kraje, które nie przyjmą uchodźców, musiały partycypować w kosztach przyjmowania ich do innych krajów oraz tworzyć etaty we Fronteksie. Przypomnę, że to jedyna unijna agencja, której siedziba mieści się w Polsce – w Warszawie. Zwycięstwo tej właśnie koncepcji byłoby dla Polski rozwiązaniem idealnym – wydane pieniądze zostawałyby wówczas na miejscu. Na razie jednak nie możemy być pewni, że tak się właśnie stanie. Natomiast na pewno nie będziemy przymusowo przyjmować muzułmańskich imigrantów – bo to o nich przecież głównie chodzi.

Tymczasem w Manchesterze doszło do największego od dawna zamachu terrorystycznego, zginęły co najmniej 22 osoby. Jest jeszcze szansa na to, że unijni decydenci się opamiętają?

W zamachach terrorystycznych zawsze giną osoby niewinne – wszystko jedno, czy są to cywile, policjanci czy żołnierze. Szczególnie jednak należy zwrócić uwagę na miejsce zamachu – Manchester. To skupisko największej wspólnoty muzułmańskiej w Wielkiej Brytanii. Wpływy tej muzułmańskiej diaspory są tam niezwykle silne. Do tego stopnia, że obie główne brytyjskie partie jako liderów list partyjnych w wyborach do Parlamentu Europejskiego wyznaczyły muzułmanów właśnie! To mało znany, ale wiele mówiący fakt.

Nie ma żadnej gwarancji, że tego typu zamach znów się nie powtórzy. Zwracam uwagę, że nastąpił w kraju, w którym są świetne służby specjalne, które w ostatnich latach udaremniały wiele zamachów i zatrzymywały potencjalnych zamachowców. Zauważmy też, że od pewnego czasu nie ma tygodnia, aby nie pojawiła się informacja o dokonaniu zamachu, udaremnieniu go lub procesie i wyrokach osób, które zamach planowały. To realny miecz Damoklesa, który wisi nad Europą. To kolejny argument, aby nie przyjmować islamskich uchodźców. To także kwestia pewnego prawa statystyki.

To znaczy?

Ani ja, ani nikt inny nie twierdzi, że każdy muzułmański uchodźca jest terrorystą. Natomiast im więcej jest ich w Europie, tym statystycznie wzrasta możliwość, że pewna ich część okaże się terrorystami. Zwracam uwagę na dane amerykańskiego wywiadu, który powiedział wprost, że do Europy wraz z uchodźcami trafiło 5000 ludzi tzw. państwa islamskiego. Mówiąc językiem wywiadu, pewna ich część może być w tej chwili „uśpiona”. W tym czasie mogą jednak przygotowywać kolejne zamachy. Trudno jest w jakikolwiek sposób uchodźców islamskich kontrolować. Nawet niesłychanie pedantyczne i dobrze zorganizowane Niemcy przyznały, że nie mogą się doszukać kilku tysięcy spośród nich. Po prostu „wyparowali”. Można podejrzewać, że część z nich to także żołnierze tzw. państwa islamskiego.

Byłoby także dobrze, aby wreszcie policje krajów, w których dochodzi do zamachów, przestały używać w ich kontekście nowomowy. To całkowicie niepoważne traktowanie obywateli oraz opinii publicznej. Policja brytyjska zamiast mówić o tragicznym zamachu, mówi o „incydencie terrorystycznym”. Taka polityczna poprawność, która nakazuje elitom władzy w krajach, w których dochodzi do zamachów, operowanie takim językiem, jest czymś skrajnie nieprzyzwoitym. To kolejna tego typu sytuacja – gdy 22 marca doszło do zamachu w Londynie, również pisano o „incydencie”. To wstyd, że używa się takiego języka. Apeluję, aby nazywano rzeczy po imieniu i nie traktowano opinii publicznej oraz międzynarodowej jako zbiorowiska osób, które nie zasługują na prawdę.

Bardzo dziękuję za rozmowę.