03.12.16, 12:30fot. pixabay

Sekularyzację trzeba zatrzymać - Eucharystia to droga!

Portal Fronda.pl: Główny Urząd Statystyczny opublikował [...] statystyki dotyczące religijności Polaków. Wynika z nich, że podczas gdy 92,8 proc. rodaków przynależy do Kościoła, to jako wierzących opisuje się niespełna 70 proc. Co niedzielę do kościoła chodzi o wiele mniej osób, w różnych grupach wiekowych od ok. 34 do ok. 55 proc. Dodatkowo jedynie ok. 35 proc. modli się codziennie.

Ks. prof. Marek Łuczak:  Te statystyki nie są dla mnie zaskakujące. Parametr religijności, na przykład w kwestii uczęszczania na msze, jest badany od wielu lat choćby przez Instytut Statystyki Kościoła. Także kościoły lokalne organizują w ciągu roku akcję liczenia wiernych. Metodologia tej akcji jest bardzo prosta i wiarygodna: ministranci lub osoby wyznaczone przez proboszcza po prostu liczą tych, którzy wchodzą do kościoła. Od wielu lat widać, że odsetek dominicantes, a więc chodzących co tydzień na mszę, jest stosunkowo niewielki. Najmniejszy jest, jak się zdaje, w diecezji sosnowieckiej, największy w diecezjach: rzeszowskiej, krakowskiej i tarnowskiej. Od kilku czy kilkunastu lat mamy jednak do czynienia z pewną stałą. Transformacja spowodowała dość duży odpływ z Kościoła, ale teraz to się specjalnie nie pogłębia. Pytanie, czy ten fakt odejścia tych ludzi z Kościoła należy interpretować jako sekularyzację? A może raczej byli to ci, którzy trwali w Kościele z przesłanek pozareligijnych, czy to kulturowych, czy to na przekór władzy, albo też trochę koniunkturalnie? Może należy założyć, że jeżeli odeszli oni z Kościoła, to mamy do czynienia z jeziorem, które jest mniejsze, ale zdecydowanie głębsze. Myślę, że nie jest to tylko jakaś tania pociecha, ale ważna obserwacja: Nawet jeżeli populacja dominicantes zmniejszyła się, to niewątpliwie są to ludzie bardziej świadomi i bardziej zaangażowani. Potencjał jest większy. Argument potwierdzający taką tezę leży także w statystyce: ogromny jest stopień uspołecznienia w polskim Kościele. Myślę tu o wszystkich tych stowarzyszeniach, inicjatywach, pracy charytatywnej, ochronkach, radach duszpasterskich… Jestem tu optymistą. Trzeba zauważyć, że doszło do zmniejszenia populacji dominicantes; nie widzieć tego byłoby hipokryzją i ślepotą. Należy jednak zdecydowanie powiedzieć, że Kościół w Polsce, gdy idzie o jego żywotność, zyskał na jakości.

Nie wydaje się jednak księdzu profesorowi, że jest to pewne zaklinanie rzeczywistości? Przychodzi mi na myśl sytuacja w Niemczech, gdzie na msze i nabożeństwa protestanckie chodzi łącznie tylko 10 proc. ludności. Także tam słyszymy – mówił o tym na przykład kard. Rainer Maria Woelki – że to nic, bo czasy pełnych kościołów ze względu na jakość ówczesnej wiary wcale nie były lepsze. Tak można mówić zawsze, czy nie jest to jednak tylko bezradna akceptacja bardzo smutnych w istocie zmian?

 Nie chciałbym siać defetyzmu. Od strony czysto socjologicznej trzeba tę prawidłowość odchodzenia od Kościoła zauważyć. Nie znaczy jednak, oczywiście, że nie trzeba sobie stawiać pytania, czy nie należałoby tego trendu odwrócić, choćby stopniowo. To jest pytanie o charakter misyjny Kościoła. Proszę zwrócić uwagę, że w Kościele pierwotnym ludzie zastygali w pewnym zdumieniu mówiąc: popatrz, jak oni się miłują. Dlaczego ludzie, którzy gdzieś krążą wokół Kościoła, w pewnym momencie nie zwracają uwagi na niego uwagi, nie przychodzą z zaciekawieniem, zdumieniem, także mówiąc: popatrz, jak oni się miłują. To jest szersze pytanie o pewne promieniowanie chrześcijaństwa. Należy zapytać także o kwestie estetyczne, o to między innymi, jak wyglądają nasze msze. Nie chcę mówić tu o teoriach rewolucyjnych, bo nie trzeba zmieniać liturgii ani rytuałów. Proszę jednak zwrócić uwagę, że już w obecnych uregulowaniach liturgicznych jest miejsce na kadziło, scholę, chór, procesję… Ta liturgia jest naprawdę piękna, jeśli jest zorganizowana w taki sposób, jak zostało to przewidziane w dokumentach liturgicznych. Ale my i tego nie robimy. Trzeba sobie postawić pytanie, które może brzmieć banalnie, chociaż duszpastersko nie jest ono pozbawione sensu: To pytanie o jakość nagłośnienia w kościołach, o ilość parkingów, o rozwiązania logistyczne. Ludzie się coraz bardziej starzeją. Czy są poręcze przy wejściu do kościoła, czy schody nie są śliskie, czy są podjazdy dla niepełnosprawnych?

Dochodzi do tego kwestia – o czym statystyka GUS już nie mówi – zgodności nauczania Kościoła z poglądami samych katolików. To też, jak wiemy skądinąd, najlepiej nie wygląda.

Są takie dziedziny, w których Kościół poniósł pewnego rodzaju porażkę. To na przykład etyka seksualna. Na tym polu należy pracować zdecydowanie więcej. Badania pokazują, że taka praca ma sens. Widać to na przykład po stosunku Polaków do tematu ochrony życia. Dziś bardzo wielu ludzi wprost zgadza się z Kościołem, pomimo całej kontrowersyjności tej sprawy i szerzonej w mediach propagandy. Widać, że to, co w temacie życia zrobił św. Jan Paweł II, jest wielkim sukcesem. To z kolei oznacza, że jest rzeczywisty sens prowadzenia duszpasterstwa.

Statystyka GUS pokazuje, że największy problem jest wśród osób młodych, do 34. roku życia, nie wśród starszych. W jaki sposób Kościół może zachęcić ich do praktykowania?

Myślę, że przedmiotem refleksji powinna stać się katecheza. Moja intuicja jest taka, że w ramach programu katechetycznego należałoby położyć większy nacisk na ofiarę Chrystusa, jedyną i doskonałą, w której uczestniczymy na Mszy świętej. Uczestniczymy przecież w tej samej ofierze, którą Chrystus poniósł na krzyżu. Ten temat mógłby zostać pogłębiony, stać wręcz centralny. Przemyślenie programów katechetycznych mogłoby być jedną z dróg wobec rzeczywistego odpływu młodych ludzi z Kościoła.  

Widzi ksiądz profesor jakąś możliwość lub wręcz konieczność większego wykorzystania z jednej strony drogi neokatechumenalnej, a z drugiej tradycji łacińskiej, by przyciągać do Kościoła młodzież?

W Kościele, jak ja to sobie wyobrażam, musi być miejsce zarówno dla neokatechumenatu, jak i dla tradycjonalistów. Trzeba rozróżnić mniej ważną formę oraz istotną, niezmienną treść. Treścią tą jest ziarno ewangeliczne oraz myślenie w kategoriach dogmatycznych. Tutaj nie ma pola do kompromisu. Nie widzę jednak też potrzeby jakiegoś manipulowania, w dosłownym sensie tego słowa: w Kościele jest już bardzo szeroka paleta możliwości. Warto jednak, wracając do wątku misyjności, informować, że zależnie od wrażliwości każdego człowieka są rożne możliwości. Jeżeli ktoś skłania się ku charyzmatyczności, ma miejsce w Kościele. Jeżeli ktoś opiera się raczej na tradycji, także ma miejsce. Przede wszystkim chodzi jednak o to, by we wszystkich budować świadomość uczestnictwa w liturgii jako w przywileju, a nie obowiązku. Zamiast rozliczania się, czy przekroczyło się jakieś przykazanie, należy raczej budować przekonanie, że nie idąc do kościoła w niedzielę pozbawiamy się wielkiej wartości, którą jest możliwość uczestniczenia w ofierze Jezusa Chrystusa. My, jako chrześcijanie, mamy udział w kapłaństwie powszechnym. Msza jest dla nas obowiązkiem rodzącym się z określonej godności. W katechezie należy więc uświadamiać istotę i wagę tego, co dzieje się na mszy, tłumaczyć, czego pozbawia się człowiek, który na mszę nie idzie.

Dostrzega ksiądz profesor jakąś szczególną rolę, którą może odegrać spuścizna Benedykta XVI, przykładającego do jakości liturgii ogromną wagę?

Wspomniałbym nie tylko o Benedykcie XVI. Byłem dwa lata temu podczas Eucharystii sprawowanej przez papieża Franciszka w bazylice św. Piotra. Na początku mszy pojawił się komunikat mówiący o wadze ciszy. Towarzyszyła temu prośba o rezygnację z aplauzu. Aplauz ten, obecny na placu św. Piotra czy w Auli Pawła VI, w bazylice nie jest uzasadniony. Tak czy inaczej nic nie zastąpi osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem na gruncie sakramentalnym. Nie zastąpi go żadna transmisja telewizyjna, żadna lektura na temat liturgii. Także książki są tu jakby lizaniem lodów przez szybę. Służą poszerzaniu świadomości, ale największy akcent należy położyć na szansę osobistego spotkania Chrystusa w sakramencie. Nie można żyć i nie oddychać, tak samo więc nie można wierzyć i nie praktykować. Tym bardziej, że w praktykowaniu nie chodzi o kwestię norm prawnych, ale o osobiste spotkanie z Jezusem Chrystusem.

Na koniec prośba o prognozę. W Polsce będzie tak, jak we Francji, Niemczech czy innych zlaicyzowanych krajach, czy ta sekularyzacja jednak się zatrzyma?

Powołam się na badania ks. prof. Mariańskiego z KUL, który, mówiąc w dużym uproszczeniu, zajmuje się badaniem sekularyzacji. Są różne modele sekularyzacji. Niektórzy socjologowie mówią, że modernizacji zawsze towarzyszy sekularyzacji. Tej tezie wydają się jednak przeczyć takie kraje jak Stany Zjednoczone czy Korea Południowa, gdzie modernizacji towarzyszy wzrost żywotności chrześcijaństwa. W Europie rzeczywiście obserwujemy sekularyzację. Myślę jednak, że w Polsce są pewne znaki nadziei. Jest to jako punkt wyjścia żywotność katolicyzmu w rodzinach. Dochodzi do tego wysoki poziom duszpasterstwa, tak parafialnego jak i alternatywnego dla parafii. Myślę, że polskie duszpasterstwo jest na wyższym poziomie, niż było to w Niemczech czy we Francji. To spowalnia sekularyzację. Nie będę jednaknaiwny. Sekularyzacja będzie postępować, ale mam nadzieję – czy też intuicję - że będzie to sekularyzacja pełzająca i jej tempo będzie niewielkie. Tak czy inaczej musimy zrobić wszystko, by ten trend zatrzymać, a nawet spróbować go odwrócić.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmowa ukazała się pierwotnie na portalu Fronda 22 XII 2015

*Ks. dr hab. Marek Łuczak, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, od lat publikujący w tygodniku „Niedziela”