28.10.16, 11:45

Tomasz Krzyżak dla Frondy: Zwolnić dyrektorów za 'Tęczowy piątek'

Kilka miesięcy zadzwonił do mnie kolega i opowiedział historię, która miała miejsce w naszej rodzinnej miejscowości. Dyrektor szkoły podstawowej, do której chodzi jego syn, zaprosiła jakąś fundację, by poprowadziła zajęcia dla dzieci w ramach lekcji przyrody. Lekcje odbywały się w grupach: dziewczynki i chłopcy w innych. Bez udziału wychowawcy ani nauczyciela przedmiotu. Po zajęciach kilkoro dzieci opowiedziało rodzicom co na nich było. Zarówno chłopcy, jak i dziewczynki przeszły instruktaż w jaki sposób się masturbować. Otrzymały informację, że nie jest to nic złego, że to normalny zdrowy odruch i, że wręcz należy to robić. Chłopcy w trakcie zajęć mieli ćwiczenia z zakładania prezerwatywy na banana, a jako zadanie domowe otrzymali polecenie zakupu paczki prezerwatyw.

Na szczęście rodzice w porę zareagowali. Kilku poszło do pani dyrektor, kilku zawiadomiło urząd gminy. Kolejne zajęcia się nie odbyły. Pani dyrektor – nomen omen członek miejscowej rady parafialnej – tłumaczyła rodzicom, że nie miała pojęcia o tym, co to za fundacja i czego miały dotyczyć zajęcia. Zastosowała klasyczny chwyt spychologiczny i zrzuciła wszystko na nauczycielkę przyrody. Niestety wciąż jest dyrektorem szkoły. A już dawno powinna stanowisko stracić.

Już dziś wypowiedzenia powinni dostać też dyrektorzy 75 gimnazjów i liceów, w których odbywa się organizowana przez Kampanię Przeciw Homofobii akcja „Tęczowy piątek”. Wraz z dyrektorami zwolnieni winni zostać też nauczyciele, którzy wpadli na pomysł, by bzdurną kampanię do swojej szkoły przyciągnąć. I choć oficjalny przekaz kampanii: „Nasza szkoła jest przyjazna wszystkim uczniom i uczennicom” brzmi całkiem niewinnie, to jednak kryją się za nim groźne treści. Uczniom wmawia się bowiem, że osoby nieheteroseksualne są w Polsce źle traktowane, że nie mają żadnych praw, a te które mają są na każdym kroku łamane. Proszę zwrócić uwagę na określenie: „nieheteroseksualne”. Już nie homoseksualne, ale niehetero. Inaczej brzmi. Jakby łagodniej. O co w tym wszystkim chodzi? Ja wątpliwości nie mam: o zmianę świadomości i myślenia w odniesieniu do rodziny. Tej bowiem wedle zamysłów środowisk genderowych mają tworzyć już nie tylko kobieta i mężczyzna, ale dowolnie krzyżujące się związki jednopłciowe, trójkąty, czworokąty, itp. Dokładnie ten sam cel miała inna kampania LGBTQ sprzed kilku tygodni, w którą dało się wciągnąć sporo środowisk katolickich: „Przekażmy sobie znak pokoju”.

Podobne cele mają osławione „czarne marsze” i wystąpienia kobiet, które publicznie przyznają się do aborcji. Krystyna Janda, Natalia Przybysz, jakaś pani profesor. Usiłują one do spółki z wieloma innymi przekonać społeczeństwo do tego, że aborcja nie jest niczym złym. Ba znana pisarka Manulea Gretkowska przekonuje wręcz, że aborcja nie jest zabiciem. A czym jest?

Inna historia z ostatnich dni. Koleżanka żali się, że chyba wkrótce będzie musiała zmienić pracę. Dlaczego? Bo jako jedna z trzech w całej firmie nie poszła razem z szefową na „czarny protest”. Dziś nikt w pracy z nimi nie rozmawia, atmosfera stała się bardzo napięta. Oficjalnie za nieobecność na proteście nikt jej nie zwolni, ale firma jest w przededniu reorganizacji. W jej ramach można przecież zwolnić pracownika, który myśli inaczej. Czy ktoś stanie w jego obronie? Ktoś zorganizuje protest? Czy jakaś fundacja przeprowadzi specjalne zajęcia dotyczące dyskryminacji ze względu na przekonania?

Wszystkie te akcje i protesty prowadzi się z hasłem wolności wypisanym na sztandarach. Przybysz o swojej aborcji mówi w wywiadzie, że dokonała jej, bo nie chciała nic zmieniać w swoim życiu, w swojej wizji życia, wracać do pieluch, szukać większego mieszkania. „Pięć minut - i masz z powrotem swoje życie” - stwierdza. Jesteś wolna, możesz robić, co chcesz. Nie ważne, że decydujesz o czyimś życiu, że kogoś tego życia po prostu pozbawiasz. To się nie liczy. Najistotniejsze jest moje ja. Ja stałam się. Ja jestem wolna. Ja decyduję. Moje ego jest na miejscu pierwszym.

Ale owa mityczna wolność, tak naprawdę jest zniewoleniem. Rodzi strach, lęk. Lęk przed czymś nowym, nieznanym. Strach przed odpowiedzialnością. A w istocie jest to strach przed życiem. Bo lepsze jest to, które mam teraz. Nie chcę go zmieniać, jest mi wygodnie.

Takie myślenie staje się we współczesnym świecie coraz powszechniejsze. Życie ma być proste, łatwe i przyjemne. Żadnych raf, zakrętów, nieprzewidzianych zwrotów akcji. Dzisiejszy człowiek chce osiągnąć szczęście za wszelką cenę. Nawet za cenę zmiany myślenia innych. Homoseksualizm jest dobry, rodzinę mogą tworzyć dwie lesbijki, w każdej chwili możesz zmienić płeć, aborcja to nie zabijanie, masturbacja jest w porządku, itd. Żadnych dwubiegunowych napięć. Walka cywilizacji życia i cywilizacji śmierci, kultury miłości z kulturą odrzucenia to przecież bzdury. Cała Europa, ba, świat idzie w tą stronę.

Problem w tym, że odrzucając wartości zmierza ku upadkowi – co zresztą dzieje się na naszych oczach. Trzeba być ślepym, by tego nie widzieć. Tydzień temu papież Franciszek stwierdził, że dziś jest czas misji i czas odwagi. Właśnie odwagi. Odwagi, by przeciwstawiać się trendom współczesnego świata. Odwagi, by ze swoim radykalizmem iść po prostu pod prąd.

Tomasz Krzyżak