06.03.21, 10:40Fot. via Pixabay

Ideologia zamiast Kościoła, czyli co zajmuje miejsce Boga

Tomas Molnar

Religia, Kościół, nowoczesność

Kiedy    Kościół   przyjął   statuslobby,nie   tyle    przyjąłrówność,  co  otworzył  drzwi  dla  religijnego  statusu  in­nychlobbies.W  każdym  społeczeństwie  istnieje   pe­wien  centralny  kult  i  jeśli  pozycji  tej  nie  zajmie  Ko­ściół,  to  zajmie ją jakieś  innelobby. 

Bez  dystansu  i  świadomości  historycznej  nie  sposób  badać  sytuacji  instytucjipowszechnych.  W  przypadku  Kościoła  katolickiego  jest  to  stosunkowo  pro­ste,  gdyż  od  dwóch  tysięcy  lat jest  on  jednym  z  głównych  aktorów  na  scenie  świata  i  historii  i  nawet  wobec  kryzysu,  jaki  dziś  przeżywa,  dysponuje  wystar­czającymi   wewnętrznymi   rezerwami,    byśmy   mogli   uwierzyć,    że   nic   sięw  gruncie  rzeczy  nie  zmieniło  ani  w  obszarze  życia  duchowego,  ani  instytu­cjonalnego. Jest  to jednak błędne  mniemanie,  wydaje  się  bowiem,  że  istniejąhistoryczne  prawidłowości,  które  dotyczą  każdej  instytucji  rządzącej  ludźmi,a więc  takiej,  w której  liczyć  się  trzeba  ze  zmianami  i  brać je pod  uwagę. Jeślichodzi  o  Kościół,  zmiana jest niezwykle doniosła:  polega na tym,  że poczyna­jąc  od  wieku  XVIII jego  władza  i  wpływy  maleją,  a  wysiłki,  żeby  przyciągnąćdo  siebie  nowe  znaczące  grupy społeczne,  pozostają na ogół bezowocne.

Jeśli weźmiemy  pod  uwagę,   że  w  pierwszych  stuleciach  chrześcijaństwa,   w  wie­kach  prześladowań  Kościół  w  stosunkowo  krótkim  czasie  pozyskał  rzymskichsenatorów,  a potem  filozofów  i  myślicieli,  i że cesarz Konstantyn  „wybierając"między  religiami  imperium  właśnie  w  religii  Chrystusa  dostrzegł  najbardziejrealną  gwarancję  przetrwania  cesarstwa,  to  dojdziemy  do  wniosku,  że  sojuszcesarskiej   polityki   i  chrześcijańskiej    religii   okazał  się  formułą  poży­teczną.  Czy  to  się  komuś podoba,  czy nie,  władza polityczna  i  religia  splatałysię  odtąd  ze  sobą,  dlatego  że  wiara  i  polityka  spotykają  się  na  każdej  płasz­czyźnie;  nie  jest  to  fakt  naganny,  jak  twierdzą  wszelkiej  maści  radykałowie,gdyż  -  o  czym  mówiliśmy  przy  innej  okazji  -  ludźmi  nie  można  rządzić  ucie­kając  się  jedynie  do  łaski  i  wznoszenia  oczu  ku  niebu.  Dotyczy  to  równieżpłaszczyzny  duchowej:  ponieważ jesteśmy  ułomni,  szukamy  wybiegów  takżewobec  przykazań  moralnych.  Trzeba  zatem  położyć  kres  owemu  złudnemuprzekonaniu,  które narodziło się w ubiegłym stuleciu,  że Kościół  wygrał  dzię­ki  temu,  że  odseparował  się  - pod  przymusem!  -  od  świata polityki  i  przez  tooczyścił się moralnie. Twierdzą tak na ogół te koła kościelne i świeckie,  w któ­rych  interesie  leży,  by Kościół  był  słaby,  a państwo kierowane  ideologicznie.Wydarzenie,  które  rozdzieliło  Kościół  od  państwa  -  co  zyskało  dziś  sta­tus  nowego  dogmatu  i  co  opinia  publiczna  uważa  za  niewzruszoną  prawdę  -miało  miejsce  w  czasie  rewolucji  francuskiej,  a  Kościół  występował  wtedynie jako  partner,  lecz jako  strona podporządkowana.  Mówiąc  bez  ogródek,rozwód  Kościoła  i  państwa  -  nieważne  czy jego  autorem  był  Jefferson,  czyRobespierre  (w  oparciu  o  idee  Oświecenia)  -  możemy przedstawić  następują­co:  oto  Rzym podpisał  umowę,  na mocy której  -  biorąc  pod  uwagę  przyszłośći  rzekomą  korzyść  dla  społeczeństwa  -  przystał  na  nowy  status,  statuslobbyw  społeczeństwie  ukształtowanym  przez  ideologię  liberalną  i  pluralistyczną. 

Jednegolobbypośród  wielu  innych,  bez  przywilejów,  co  z  uwagi  na  symetrięmożna  by  uznać  za  rezultat  korzystny,  dopóki  nie  uświadomimy  sobie,  że  popierwsze,  nie  istnieje  społeczeństwo,  którego  osią  nie  byłby jakiś  system  re­ligijny,   czy  to  materialistyczny,   czy  naukowy,  czy  inspirowany  ideologią,  podrugie  zaś  -  że  wśród  wielu  tak  zwanych  równoprawnychlobbieszawsze  znaj­dzie  się  takie,  które  będzie  próbowało  zająć  miejsce  osłabionegolobbyko­ścielnego.W  skrócie:  jeśli  centralnej  pozycji  w  społeczeństwie  nie  zajmie  Kościółkatolicki,  to  postara  się ją  zająć   inny   system    religijny:   światopoglądhumanistyczny,   światopogląd  wolnomularski,   światopogląd  sekciarski,   świa­topogląd  liberalny  czy  socjalistyczny.  Te  i  inne  światopoglądy  dążą  do  władzy,tak jak  dążył  do  władzy  Kościół  w  czasach  Konstantyna,  bo  z  natury  ludzkiej  nie  można  wyeliminować  ambicji  władzy.  Jakakolwiek  grupa  czy  system  reli­gijny,  które  próbują  to  robić,  tworzą  społeczeństwo  bardziej  nietolerancyjnei   despotyczne   niż   Kościół   był   kiedykolwiek   w  historii.   Lekcję   tę,   którejwiek  XVIII  nie  wziął  pod  uwagę,  wiek  XX  opanował  za  cenę  krwawych  kul­tów  bałwochwalczych.Od roku  1789  do  II  Soboru  Watykańskiego - przez  170  lat - panowała nie­wygodna  sytuacja,  ponieważ  „umowa społeczna",  którą Kościół  „podpisał" ja­ko  partner  liberalnego  społeczeństwa  oraz  innychlobbies,nie  mogła  nie  ujaw­nić   niezliczonych   sprzeczności.    W   końcu   racja   znalazła   się   po   stronieliberalnego   społeczeństwa:   to   nie   ono   dostosowało   się   do   światopoglądui  praktyki  chrześcijańskiej,  lecz,  jako  partner  silniejszy,  zaszczepiło  Kościoło­wi  i  większości  wiernych  liberalne  idee,  sposób  myślenia  i  cele.

  Wskazywali­śmy już  w  innym  miejscu  na  to,  że  w  ciągu  wieków XVIII  i XIX  Kościół  pró­bował  odzyskać  swój  dawny  wpływ,  usiłując  przyciągnąć  do  religii  francuskich  filozofów,  a  potem,  kiedy  poniósł  kompletne  fiasko  i  kiedy  rewolucja  uda­remniła  wszelkie  tego  rodzaju  dążenia,  kontynuował  wysiłki,  by pozyskać  in­ne  grupy  interesu:  wolteriańską  z  ducha  burżuazję,  klasę  robotniczą,  inteli­gencję,  partie  polityczne,  dzisiaj  zaś  prasę  i  telewizję.  Należy  stwierdzić,  żei  te  próby  nie  przyniosły mu  sukcesu  i  że  dziś  Kościół  usiłuje  co  najwyżej  po­zbierać  to  tu,  to  tam jakieś  resztki.  Do  tego  stopnia,  że  obecny papież  kieru­je  ewangelizację  do  niezorganizowanych  rzesz  i  do  rozczarowanych  przedsta­wicieli  Trzeciego  Świata,  bo  Zachód,  jak  o  tym  mówią  i  piszą  liczni  poważniobserwatorzy od  Spenglera  i  Toynbeego  do  Marcela  Gaucheta,  neguje  religię,jest zdesakralizowaną częścią  świata.  Ci  sami  myśliciele  i  pisarze  twierdzą,  żenie  ma  odwrotu,  przynajmniej  dopóki  -  chodzi  o  bliżej  nieokreśloną  przy­szłość  -  przemysłowe,  hedonistyczne,  obojętne  społeczeństwo  nie  znajdzie  filozofów,  a  potem,  kiedy  poniósł  kompletne  fiasko  i  kiedy  rewolucja  uda­remniła  wszelkie  tego  rodzaju  dążenia,  kontynuował  wysiłki,  by pozyskać  in­ne  grupy  interesu:  wolteriańską  z  ducha  burżuazję,  klasę  robotniczą,  inteli­gencję,  partie  polityczne,  dzisiaj  zaś  prasę  i  telewizję.  Należy  stwierdzić,  żei  te  próby  nie  przyniosły mu  sukcesu  i  że  dziś  Kościół  usiłuje  co  najwyżej  po­zbierać  to  tu,  to  tam jakieś  resztki.  Do  tego  stopnia,  że  obecny papież  kieru­je  ewangelizację  do  niezorganizowanych  rzesz  i  do  rozczarowanych  przedsta­wicieli  Trzeciego  Świata,  bo  Zachód,  jak  o  tym  mówią  i  piszą  liczni  poważniobserwatorzy od  Spenglera  i  Toynbeego  do  Marcela  Gaucheta,  neguje  religię,jest zdesakralizowaną częścią  świata. 

Ci  sami  myśliciele  i  pisarze  twierdzą,  żenie  ma  odwrotu,  przynajmniej  dopóki  -  chodzi  o  bliżej  nieokreśloną  przy­szłość  -  przemysłowe,  hedonistyczne,  obojętne  społeczeństwo  nie  znajdziesię  w  sytuacji  kryzysowej.  Tymczasem  radykalne  sekty  wykorzystują,  rzecz ja­sna,  okazję  i  wiele  z  nich  atakuje  właśnie  liberalny  modernizm,  jak  gdybyw  przeczuciu  kryzysu.To  nie  paradoks,  że  w  tym  rozczarowanym  do  religii  świecie   (mówimy0 Zachodzie), który w nic nie wierzy, właśnie w łonie Kościoła spotykamy lu­dzi  (księży,  teologów,  dyplomatów,  zakonników),  którzy  entuzjastycznie  od­noszą  się  do  „umowy",  którą  Kościół  zawarł  z  liberalnym  społeczeństwem1 którą  uroczyście   przypieczętował   II  Sobór  Watykański.  W  rozma­itych  wypowiedziach  księży  na  łamach  czasopism  i  w  telewizji  czytamy  i  sły­szymy jak  to współczesna epoka  i  współczesna  filozofia wiążą się  z  demokracją,z  liberalizmem,  a  nawet  z  krytyką  i  odrzucaniem  przykazań  i  nauk  religijnych,z   ignorowaniem  dokumentów  papieskich.   Gdy  pojawia  się  taka  skierowanaprzeciwko  Rzymowi  krytyka,  jak  ta,  którą  znajdujemy  u  francuskiego  biskupaGaillota  i  u  niemieckiego  duchownego  Drewermanna,  to  zabierająca  publicznie  głos  mniejszość  Kościoła  wita ją  z  radością,  jakby  te  mani­festacje   służyły   sprawie   religii.   U   współczesnych   księżywięcej   dziś  wypowiedzi  mających  uchodzić  za  „nowocze­sne"  niż ich możemy przeczytać  u Woltera,  Diderota,  Feu­erbacha  i  Comte'a.  Bije  z  nich  niepohamowana  wręcz  ra­dość,  że  Kościół  się  potyka  i  że  jego  miejsce  zajmuje  jakiśpowszechny  konsensus  z  nową  nauką  nowych  czasów.Tego  „nastroju"  -  nazwijmy  go  raczej  ideologicznym  stano­wiskiem  -  nie  zapoczątkował  Sobór;  dobrze  pamiętam  wydawa­ne  w  Niemczech  czasopismo  „Herder  Korrespondenz"  czy  paryskie„Esprit",  amerykańskie  „Commonweal",  chilijskie  „Mensaje"  i  wiele  innych,które  na  długo  przed  soborem  przygotowywały  ów  Sobór,  zwracając  uwagęczytelnika  na  zacofanie  Kościoła  i  planując  przyszłość,  kiedy  to  Kościół jakotaki  „odsunie  się"  i  ustąpi  miejsca  demokracji,  marksizmowi,  sekularyzacji,w  każdym  bądź  razie  możliwie  radykalnym  „reformom".  Było  też  w  modziei  przeniknęło  do  soborowych  dyskusji  wbijanie  klina  przez  pewnych  myślicie­li  między  sprawy  istotne   i  nieistotne(essentielinonessentiel).  W  wyni­ku  tego  zabiegu to,  co podobało  się  radykalnemulobbyteologów,  było zalicza­ne  do  pierwszej  kategorii,  a  co  się  nie  podobało  -  było  odrzucane. 

Jakie  jest  wyjście?  Jaka  jest  ostrożna  prognoza?   Nie  ma  większego  sensu,spoglądając wstecz na historię  Kościoła,  szukać tam mniej  czy bardziej  praw­dopodobnej  drogi  wyjścia  z  obecnej  sytuacji  kryzysowej.  Każda  bowiem  sy­tuacja  historyczna jest  inna  niż  ta,  z  którą  ją  dzisiaj  porównujemy.  Obecnasytuacja  już  choćby  dlatego jest  nieporównywalna,  że jest  to  pierwszy  wypa­dek  w  dziejach  ludzkich  społeczeństw,  kiedy  nastąpiło  całkowite  zerwaniemiędzy instytucjami świeckimi  i religijnymi.  „Pałac"  i „kościół" rozeszły się,ich  interesy  w  żaden  sposób  nie  dają  się  pogodzić.  Mówimy  o  swego  rodza­ju  historycznym  szoku,  a  konkretnie  o  takim  społeczeństwie,  które jest  zda­ne  samo  na  siebie,  które  samo  dla  siebie  próbuje  ustanawiać  prawa,  próbujestać  się  w  pełni  autonomiczne.  Tego  oczywiście  zrealizować  się  nie  da,  jużchoćby  z  tego  względu,  że  instytucje  trwają  w  czasie,  są  stabilne,  ich  intere­sy nie ograniczają się  do  danej  chwili,  a ich  korzenie  otacza szacunek,  dysponują  one  nawet  pewną  mitologią,  gdy  tymczasemlobbyto  kwiat jednej  nocy,żyje  krótko,  jego  interesy  są  czysto  egoistyczne,  nie  uwzględniają  okoliczno­ści  ani  wymiaru  czasu.  Silniejszy  zwycięża  słabszego,  nawet  jeśli  po  to  wy­myślonowelfare  state,żeby  w  pewnych  przypadkach  móc  przywrócić  równo­wagę  społeczną.  Dzisiaj  byle jakie,  szkodliwe  bądź  frywolnelobbymoże  zająćmiejsce  Kościoła  i  własne  interesy  prezentować  jako  politykę  wspólnoty.Również  na  to  amerykańska  praktyka  dostarcza  mnóstwa  przykładów.Taka  sytuacja  ma już  zresztą  miejsce,  legalizuje  się  nawet najbardziej  nie­ludzkie  zjawiska,  jak  skandale  seksualne,   narkotyki,   molestowanie  dzieci,„dobrą"  śmierć,  masowe  aborcje,  poniżające  „rozrywki". 

Za dawno  minionymożna  uznać  nawet  ten  czas  -  chociaż  upłynęło  zaledwie  pół  wieku  -  kiedyJacąues  Maritain  z  entuzjazmem  pisał  w  swoich  książkach,  że  oto  wreszciedemokratyczne  państwo  podejmie  zadania postulowane  przez  Kościół  i  ślu­buje  wieczny  pokój  społecznie  aktywnej  i  również  samoograniczającej  się  re­ligii.  Maritain  żył  jeszcze,  kiedy  właśnie  w  idealnym,  jego  zdaniem,  społe­czeństwie  i  ustawodawstwie  amerykańskim  przyjmowano,  jedną  po  drugiej,ustawy  godzące  w  ład  moralny,  które  dziś  w imię  postępu  przejmuje  Europa.Książka  MaritainaLe paysan  de  la  Garonnez polowy  lat  60-tych,  a więc  wyda­na  już  po  Soborze,  to  opis  zajmujący,   a  jednocześnie  pełen  konsternacjii  skruchy.Głos  Maritaina  był  jedynie  pierwszym  sygnałem  nasilają­cego  się  trendu,  zaczęto  bowiem  coraz  częściej  poddawaćkrytyce  nie  tyle postanowienia  Soboru  - wśród  których  by­ły  takie,  które  zapowiadały  przyszłe  katastrofy,  masoweodchodzenie  od Kościoła  i wszczętą przeciw niemu  rady­kalną  krucjatę  -  co  bulwersujące  rozprzężenie  wewnątrzKościoła,  brak  dyscypliny,  apostazję  i mnożenie  się  mini--papieży.  Teologowie  atakujący  nieomylność  papieża  samisiebie  mieli  za  nieomylnych.  Mogli  to  robić  tym  łatwiej,  żemedia  cały  swój  aparat  oddały  do  ich  dyspozycji,  zapraszającdo  otwartej  dyskusji  żyjących  dotychczas  na  uboczu  księży  i  bi­skupów.  Nawet  ten,  kto  nie  był  radykałem,  czuł  pokusę,  żeby  opowiedziećo  swoich  „kłopotach"  i  skrytykować  tzw.  „średniowieczną"  postawę  Kościo­ła  w  sprawach  takich jak  celibat  księży,  kapłaństwo  kobiet,  większa  swobodaseksualna  czy  tolerancja  wobec  marksizmu.  W  rezultacie  uczestnicy  pewne-go  kongresu,  który  odbył  się  na  uniwersytecie  w  Louvain,dostrzegli  realizację  zasad  nauczania  Chrystusa  w  „rewo­lucji kulturalnej"  Mao Tse Tunga.

Nie  ma  powodu,  żeby  zalobbynie  uważać  rów­nież  mediów,  których  ogromna  dzisiaj  siła  stanowi  ilu­strację  naszej  tezy:  kiedy Kościół  przyjął  statuslobby,nietyle  przyjął  równość,   co  otworzył   drzwi   dla  religijnegostatusu  innychlobbies.Powtórzmy:  w  każdym  społeczeń­stwie  istnieje  pewien  centralny  kult  i  jeśli  pozycji  tej  niezajmie Kościół,  to zajmie ją jakieś innelobby.Naiwni liberal­ni  ideolodzy  albo  tego  nie  zrozumieli,  albo  świadomie  to  za­planowali.  W  ten  sposób  rozprzestrzeniła  się  nie  tylko  powszech­na obojętność,  sięgająca tak daleko, że Kościół i religia stały się przedmiotemdrwin  i  nienawiści,  lecz  powodująca również  uchylanie  się  instytucji  od  pod­jęcia ciążącego na nich obowiązku. Od czasów Soboru Kościół traci niezliczo­ne  rzesze  wiernych,   maleje  liczba  powołań  kapłańskich  i  kurczy  się  jegoobecność  w  sferze  kultury:  w  muzyce,  architekturze,  nauce. Jest  prześlado­wany  dlatego,  że  oddal  władzę  i  co  za  tym  idzie  -  zrzekł  się  swojej  misji(„Idźcie  więc  i  nauczajcie  wszystkie  narody,  udzielając  im  chrztu  w imię  Oj­ca i Syna,  i Ducha Świętego"). Oddanie władzy spowodowało jedynie, że szu­ka  nowego  partnera:  w  liberalnym,  zdesakralizowanym  społeczeństwie.  Bar­dzo  mylił  się  Romano  Guardini,  kiedy  po  wojnie  oznajmił:  oto  stało  sięmożliwe  odrodzenie  się  wiary  i  moralności  katolickiej!Jednakże  w  ciągu  ostatnich  trzydziestu  lat  sława  Soboru  nieco  wyblakła,nie  ulega bowiem  kwestii,  że  co poniektórzy  wykorzystują  go  dla  swoich  par­tyzanckich celów.  Krytycy Soboru  i jego idei reprezentują szerokie spektrum,pomimo  że  operujący  z  „centrali"  liberalni  księża  i  lewicowe  media  inicjująregularne  kampanie  przeciwko  „wstecznikom".  Dosyć  trudno  jednak  posta­wić  znak  równości  między  „integrystycznym"  biskupem  Lefebvrem  i  kardy­nałem  Ratzingerem,  jakkolwiek  obaj  krytykowali  poszczególne  uchwały  So­boru,  nową  liturgię,  tłumaczenie  mszału. 

Kiedy  arcybiskup  Nowego Jorku,kardynał John  0'Connor,  udostępnia  swoją katedrę bratu  w biskupstwie,  Au­striakowi  Alfonsowi  Sticklerowi,  żeby  celebrował  tam  tradycyjną  mszę  dlatysięcy  wiernych,  nie  można  mówić  o  „zacofaniu",  lecz  o  dbaniu  o  interesyreligijne   wiernych   wyznania   rzymskokatolickiego.   Wbrew  nostalgii   rzeszy   byłych  katolików,  katolicy  prawdziwi  w  głębi  serca  nie  podpisali  się  pod  tą„umową społeczną"  ani  pod  resztą  wypływających  z  niej  uchwał  soborowychoraz interpretujących  Sobór.  Widać to choćby po  tym,  że wierni  ci  opowiada­ją  się  za  Rzymem,  za  papieżem,  podczas  gdy  ich  przeciwnicy  często  brutal­nie  atakują  papieża,  zarzucając  mu  „zacofanie"  i  „reakcyjne  poglądy".  Wiel­ka  wojna XX wieku  toczy  się  więc  nadal  również  wewnątrz  Kościoła  i  nie  mawątpliwości,  która  strona jest  bliższa  właściwego  wyboru.  byłych  katolików,  katolicy  prawdziwi  w  głębi  serca  nie  podpisali  się  pod  tą„umową społeczną"  ani  pod  resztą  wypływających  z  niej  uchwał  soborowychoraz interpretujących  Sobór.  Widać to choćby po  tym,  że wierni  ci  opowiada­ją  się  za  Rzymem,  za  papieżem,  podczas  gdy  ich  przeciwnicy  często  brutal­nie  atakują  papieża,  zarzucając  mu  „zacofanie"  i  „reakcyjne  poglądy".  Wiel­ka  wojna XX wieku  toczy  się  więc  nadal  również  wewnątrz  Kościoła  i  nie  mawątpliwości,  która  strona jest  bliższa  właściwego  wyboru.*   **Tak  więc  z  grubsza  wygląda  sytuacja,  trzeba ją jednak  zdiagnozować  nie  tyl­ko w aspekcie  wewnętrznych problemów Kościoła,  lecz  i  w szerszym  kontek­ście,  w  tym  smutnym  okresie  ideologicznych  konfliktów.  Żyjemy  w  epoce,w  której  wielkie  instytucje  -  Kościół,  państwo,  rodzina,  wymiar  sprawiedli­wości,   uniwersytety,   świat  artystyczny  itd.   -  stopniowo  ulegają  rozpadowi.Cierpi  na  tym  ich  autorytet  i  maleje  szacunek  dla  siebie  samych.  Nowocze­sność  polega  między  innymi  na  tym,  że jesteśmy  świadkami  nowego  podzia­łu  władzy,  na  czym  cierpią  przede wszystkim  tradycyjnie  silne  instytucje. 

Niewiadomo  dokładnie,  dlaczego  instytucje  te  podupadają  -  podobnie jak  insty­tucje  rzymskie,  które  również  były  w  stadium  rozkładu,  kiedy  ustępowałymiejsca  z jednej  strony barbarzyńcom  z  północy,  z  drugiej  zaś  - misteryjnym religiom  południowo-wschodnim.  Stwierdzamy  w  ten  sposób  jedynie  podo­bieństwo,  nie  wyciągamy  wniosków  na  użytek  naszej  epoki.Rozpad  instytucji,  ich  słabnięcie pociąga za sobą zjawisko rozproszenia.Niektórzy  mówią  o  diasporze  Kościoła,  np.  Emile  Poulat,  francuski  badaczKościoła. Jego zdaniem Kościół posoborowy przetrzyma to,  co Yves  Congarnazwał  „kościelną  rewolucją  październikową"  (wszak  wielcy  buntownicy  teżumierają),  ale  nie  wystarczy  mu  już  sił  i  świadomych  celu  przywódców,  by­śmy  mogli  oczekiwać  „nowego  renesansu",  jak  chciał  Guardini.  Papież  zaj­muje  się  ostatnimi  bastionami,  jakie  są do  zdobycia,  głównie  ludźmi  młody­mi.   Ale   oni,   miliony   z   nich,   są  ofiarami   liberalnej   kultury,   narkotyków,Michela Jacksona  i  ogólnego  rozprzężenia.  Po  prostu  nie  istnieją dzisiaj  rze­sze,  które  można  by  było  poderwać  do  wyprawy  krzyżowej.  Tymczasem  za­grożona jest  również  zwykła  duchowa  integralność  człowieka,  w  którą  roz­liczne  trucizny  sączą  uniwersytety  i  media,  reklamy  i  sekty.Katolicka  „diaspora"  oznaczałaby zatem  nie  tyle  poszerzenie  dotychcza­sowej  uniwersalności,  co  rozproszenie,  rozmycie  w  świecie  obcych  „warto­ści",  w  każdym  bądź  razie  osłabienie,  poczucie  braku  silnego  centrum.  Wie­lu    zwiedzionych    hasłami    twierdzi,    że    papiestwo    się    przeżyło,    bow   demokratycznym   świecie   stanowi   ono   właściwie  jedyny   autokratycznysystem,  dyktaturę.  W  średniowieczu  także  dało  się  słyszeć  podobne  śmiesz­ne  oskarżenia,  wystarczy wspomnieć  propozycję  Marsyliusza  z  Padwy,  by  pa­pież  był ni mniej,  ni więcej tylko cesarskim urzędnikiem i żeby głowa Kościo­ła zmieniała się  okresowo. 

Po  Soborze  również  pojawił  się  pomysł pełnegoreligijnego  ekumenizmu  (oczywiste  kopiowanie ONZ),  wedle  którego  głów­ny  urząd  sprawowaliby  kolejno:  papież,  mufti,  tybetański  lama,  naczelny  ra­bin  itd.  Ugodziłoby to  w samą istotę Kościoła  i  doprowadziło jedynie do  de­mokratycznej  anarchii.  Widzimy jednak,  że  dzisiaj  poważni  myśliciele,  tacyjak  Paul  Ricoeur i  Marcel Gauchet,  oznajmiają,  że przeżyła się również samademokracja  i  należałoby  wypracować  nowy  system  zasad,  w  którym  możliwebyłoby  rzeczywiste  respektowanie  woli  ludu.Powiedzmy  raz  jeszcze,  że  pomimo  trwania  papiestwa,  diaspora  wydajesię  faktem,  a  nawet  znajduje  się  w centrum  uwagi.  Na  Zachodzie  stykam  sięz  bardzo wieloma  grupami,  których  członkowie,  jakkolwiek  nie  odchodzą odswojego  rzymskiego  pnia,   to  jednak  sami  organizują  swoje  życie  religijne,swoje  kontakty  i  filozofię,  znajdując  usprawiedliwienie  dla  swoich  poczynań  w  tym,  że  Sobór  każdemu  daje  takie  uprawnienia  i  że  biskupi  zajmują  się  ra­czej  polityką  i socjologią aniżeli nauczaniem,  dyscypliną i  kondycją duchową.Jeśli  zresztą  pojawi  się  taka  grupa,  to  inne  środowiska  za  bardzo  nie  prote­stują,  bo  niemal  nie  widzi  się  i nie czuje  w takich  sytuacjach  ręki  Rzymu.  Po­wszechna  jest  opinia,  że  osłabiona  centrala,  Watykan,  przychylnie  traktujetakie  nowe  grupy,  bo  one  przynajmniej  nie  sprawiają  kłopotów,  nie  szukająokazji do krytyki.  We Włoszech, Argentynie,  Stanach Zjednoczonych,  Belgii,Francji  i  wielu  innych  krajach,  istnieją  dziś  takie  trzymające  się  zasad  wiarygrupy  katolickie,  które  są  wierne  papieżowi,  studiują  encykliki,  historię  Ko­ścioła - a jednocześnie stosunki społeczne,  sytuację młodzieży i jej  potrzeby.Mowa jest  zatem  o  zdrowym  zjawisku,  należałoby  tylko  uważać,  żeby  ta­ka  stopniowo  usamodzielniająca  się  grupa  nie  wypracowała  sama  dla  siebieodrębnego  systemu  i  żeby  nie  powstała  w  ten  sposób  jakaś  półoficjalna  re­formacja.  Zycie  religijne  stymu­lowane    jedynie    od    wewnątrzszybko  odrzuca  ciężary  związanez   przynależnością   do   centralii  jej  prozaiczne  uwarunkowania.Można  wówczas  stworzyć  sektę,a  później  jakąś  inną  religię,  jakiśnowy  anty-Kościół.  Zjawisko  toma  niezwykłą  dynamikę  w  Sta­nach  Zjednoczonych,  gdzie  cen­tralny  Kościół  nigdy  nie  istniałi  gdzie  pod  wpływem  reformacjidzień  po  dniu  powstają  nowe  „kongregacje":  dla  kobiet,  dla  kolorowych,  dlamłodych,  przez  co  rodzi  się jakiś  inny,  synkretyczny  światopogląd. 

Tak  zda­rzyłoby  się  zapewne  w  ostatnich  wiekach  Cesarstwa  Rzymskiego,  gdyby  niepojawili  się  tacy  wybitni  ludzie,  jak  św.  Ambroży  i  św.  Augustyn,  a  na  tronienie  zasiadł  Konstantyn,  który  potrafił  ułożyć  i  rozwiązać  to  równanie:  tylkojednolity  Kościół jest  w  stanie  scalić  rozpadające  się  cesarstwo.Dzisiaj  nie  ma Ambrożego,  Augustyna,  Konstantyna  czy papieża  Grzego­rza,  to  zaś,  co jest,  to  ogarniająca  glob  ideologia demokracji,  w której  kłębiąsię  małe  autorytety,  mali  polityczni  gracze  i  fałszywi  prorocy  religijni,  dbają­cy  jedynie  o  własny  interes.  Ci  z  radością  powitaliby  diasporę,  bo  wówczas  Rzym  nie  byłby  w  stanie  funkcjonować  jako  główny  autorytet  moralny.  Towłaśnie  nazywa  się  dziś  „religijną  demokracją".  Owi  łowcy  korzyści,  którzymałym  nakładem  sił  i  środków  w  dziedzinie  etyki  i  filozofii  obsadzili  pozy­cje  quasi-dyktatorów,  jako  oficjalni  mediatorzy  w  sporze  Kościół-społeczeń-stwo,  nie  przepuszczą  żadnej  okazji,  by  podkreślić  w  mediach  swoje  znacze­nie.  Grozi  nam rozłam,  schizma w Kościele. Pomimo  wszystko jest  historycznie  niemożliwe,  żeby  religijność jako  ta­ka  została  z  duszy  człowieka  wyeliminowana.  Nie  jest  też  prawdopodobne,żeby  pieniące  się  pogańskie  idee  wypełniły  pustkę,  jaka  powstała  w  wynikuowej  umowy  społecznej.  Są  one  raczej  symptomami  zwykłej  rozpaczy,  prze­jawami  aktywności  intelektualnej  i  dotykają jedynie  malej  części  elity.W  tej  prognozie  religijnej  ważnym  czynnikiem jest  również  fakt,  że  osłabie­nie,  o którym  mowa, jest procesem  dotyczącym jedynie  Zachodu,  a zatem jegogłówna przyczyna  tkwi  być może  w tym,  że  wiele  obiecujące  dogmaty  liberalne­go  społeczeństwa  odwracają  uwagę  od  religii  i  transcendencji.

  To  zapewne  tłu­maczy,  dlaczego  tacy  wybitni  myśliciele jak  Mircea  Eliade  i  Carl  Gustav Jung,Rene  Guenon  i  Martin  Heidegger,  z  jednej  strony,  gnieżdżą  się  na  obrzeżachchrześcijaństwa,  z  drugiej  zaś  -  zgłębiają  nauki,  znane jako jego  rywalki.  Podą­ża  za  nimi  duża  liczba  zachodniej  młodzieży  i  być  może  ich  wpływowi  przypi­sać  należy  też  fakt,  że  w  Burgundii,  w  kulturalnym  i  religijnym  centrum  Euro­py,  gdzie  swego  czasu  budował  kościoły  i  wygłaszał  kazania  św.  Bernard,  dzisiajdziałają   klasztory   obrządku   tybetańskiego,   mające   wielu   chętnych,   którzyw  czasach  Cluny  poszliby  za  swoim  chrześcijańskim  powołaniem  zakonnym.  Wiele  czynników  zatem  należy  uwzględnić,  żeby  postawić  tezę:  Kościółkatolicki  wydaje  się  słabnąć,  ale  ludzka religijność,  która została bez mistrza,nadal jest  spragniona  wiary  i  prawdy.  To  wina  -  i  błąd  -  tych,  którzy już  oddziesięcioleci  zamiast  wiary  dają  ludziom  do  ręki  kamienie,  naiwnie  sądzącbyć  może,  iż  epoka  ta  nie  czeka  na  wiarę,  lecz  na  mgliście  zarysowaną  spra­wiedliwość  społeczną.

  Tak  w  każdym  razie  głoszą  liczni  kaznodzieje  w  błęd­nym  przekonaniu,  że  ludzkość  przechodzi  przemianę   (stąd  popularnośćTeilharda  de  Chardin),  że  zmienia  między  innymi  religię,  że  chce  stworzyćglobalny  humanizm  i  religijny pluralizm.  Te  fałszywe  nauki  wszędzie już jed­nak  ponoszą  fiasko,  a  ich  strzępy  zatykają  autentyczne  źródła  wiary.Kryje  się  w  tym  wszakże  niebezpieczeństwo,  bo  i  dziś  - jak  zawsze  -  ist­nieją  religie  dynamiczne,  systemy  religijne  i  ideologie,  które  czekają  na  to,żeby  swoich  (religijnych)  rywali,  a  wśród  nich  przede  wszystkim  katolicyzm,osłabić  i  zneutralizować.  Taką  ideologią  był  komunizm,  dzisiaj jest  nią  libe­ralny  humanizm  i  religia  mahometańska.  Nie jest  naszym  zadaniem  poświę­cać  im  w  tym  miejscu  więcej  uwagi,  możemy jedynie  stwierdzić,  że  nie  dzia­łają  one  w  duchu  „pluralizmu",  że  uważają  go  za porażkę  Rzymu,  nie  zaś  za„nową  myśl"  Watykanu.  Czyli  że  bardzo  dobrze  wiedzą,  iż  bez  władzy  niemożna  kierować  ludźmi  i  że  wiernym  trzeba  też  dać  nadzieję  na  zwycięstwo.Właśnie  tej  nadziei  brakuje  dzisiaj  w  szerokich  kręgach  katolików.  Przy­zwyczajono  ich  do  tego,  że  w  „nowym  świecie"   (pluralistycznym,  humanistycznym,  nieskończenie tolerancyjnym)  „triumfalizmem" byłoby dążenie doodzyskania  centralnej   pozycji.   Nie  tylko  dążenie,   ale  nawet  wspominanie  o  tym.  Natomiast  inne  ideologie  i  religie  robią  to  otwarcie,  często  agresyw­nie,  dla  nich  perspektywa  zwycięstwa  stalą  się  bliższa,  ich  możliwości  znacz­nie  się  poszerzyły. 

Zaakceptowano  na  przykład,  że  w  Rzymie  powstał  wspa­niały,    piękny   meczet   na   chwałę   Allaha,    głównie    z   pieniędzy   Arabii Saudyjskiej,  a  więc  ortodoksów,  ale  na  obszarze  islamskim  nie  wolno  budo­wać  kościołów  chrześcijańskich.  Naiwnością byłoby przypuszczać,  że  muzuł­manin,  protestant,  żyd,  hinduista  docenia  fakt,  iż  Kościół  wyciągnął  do  nie­go  prawicę.  Jak  pisał  po  Soborze  rabin  Berkowitz  z  Chicago,  jest  to  oznakasłabości.  Żydzi  do  tej  pory  „triumfowali"  nad  swoimi  przeciwnikami  i  prze­śladowcami  i  teraz  też  nie  potrzebują  „dialogu".  Nawet  bliscy  katolicyzmo­wi   anglikanie   odrzucają  propozycję   pojednania   (wielu   ich   księży  przeszłow  ostatnich  latach  na  katolicyzm),  a  kierujący  oficjalnym  dialogiem  po  obustronach  nie  są  w  stanie  uzgodnić,  co  ich  dzieli.  Weźmy  choćby  wspólnotęz  Taize  we  Francji:  od  dialogu  rozpoczęło  się  to  rokujące  wielkie  nadziejespotkanie   katolików   i   protestantów,   ale   potem   dialog   się   urwał,   a  jedenz  przywódców  tej  grupy,  Max  Thurian,  został  katolikiem. 

Niech  to  wszystkonie  odbiera  nikomu  odwagi,   ale  przyznajmy,   słowo  „dialog"  nie  jest  środ­kiem  magicznym,  jedna  ze  stron  musi  ustąpić.  Tylko  która?Skoro   istnieją   takie   bariery   między   religiami   chrześcijańskimi   -  patrzrównież  problemy  Rzymu  w  stosunkach  z  Moskwą  -  to  jakaż  mroczna  rysu­je  się  przyszłość,  kiedy  to  chrześcijaństwo  „pojedna  się"  z  laickim  humani­zmem?  Ten  ostatni  awansował  dziś  do  rangi  światowej  religii,  nauczają  gow  szkołach  (oczywiście  pod  innym  szyldem),  uważany jest  za  neutralny,  a  za­tem  za  nieszkodliwy  i  tolerancyjny.  Wystarczy jednak  przeczytaćManifest  hu­manistycznyczy  deklaracje  paryskiego  Koła  Voltaire'a,   by  wiedzieć,  jak  za­wzięta    może    być    nienawiść    wobec    chrześcijaństwa.     Człowiek    nieoczekiwałby  zawieszenia  broni,  gdyby  Rzym  nie  zasługiwał  na  to,  by  wśródjego  księży  i  teologów  sformować  „piątą  kolumnę"  pod  przewodem  -  jak  toma  miejsce  ostatnio  i  datuje  się  od  Soboru  -  takich  postaci  jak  Hans  Kiing,Schillebeeckx,  Gaillot, Charles Curran, McBrien,  Drewermann czy niektórzypołudniowoamerykańscy  księża  z  kałasznikowami  w  ręce.I  to  także  składa  się  na  obraz  dzisiejszego  Kościoła,  przynależy  do  niego,podobnie  jak  dwa  tysiące  lat  temu  rzymskie  igrzyska  cyrkowe.  Wówczas  jed­nak  jądra  chrześcijańskiej  religii  bronili  wybitni  ludzie  i  święci  -  jako  wiary,jako  filozofii  i  jako  instytucji.   Pogrążanie  się  w  nostalgii  to  jednak  niepo-trzebna  strata  czasu,  ponieważ,  jak  podkreślaliśmy,  Kościół  nie jest  w  stanieuwolnić  się  z  więzów  umowy  społecznej  i  oddaje  pole  modernizmowi  na  wa­runkach  przeciwnika. 

Zachodnia  ideologia  naszej  epoki  jest  wroga  instytu­cjom,  preferuje  rozdrobnienie,  a  w  imię  dialogu  inicjuje  kampanie  przeciw­ko  sakralnej  tradycji.  Formułując  to  inaczej,  można powiedzieć,  że  triumfujewrażliwość  protestancka,   bo  przecież  reformacja,   od  Lutra  po  groteskowesekty  amerykańskie  (telewizyjni  ewangeliści  itd.),  głosi  ciągłą  odnowę,  na­wet  wówczas,  gdy jej  hasło  brzmi  „Z  powrotem  ku  Ewangelii!".  W  żadnymrazie nie wolno  reformacji  lekceważyć,  ale nie  wypada też zapominać,  że  z  tejgleby  wykiełkowała  demokracja  i  że  pluralizm  nieszczególnie  sprzyja  podsta­wowym   zasadom   religii   rzymskokatolickiej.    Dialog   -   owszem,caritas   -w  każdym  razie,  ale  drobiazgowa  analiza  doktryny partnera  dialogu  i  niestru­dzone,  otwarte  głoszenie  racji  Kościoła  muszą  zarazem  być  samoobroną.

Pismo Poświęcone Fronda nr 21-22

TOMAS MOLNAR

Tłum. ELŻBIETA  CYCIELSKA

Tekst jest  rozdziałem  książki

Szdzadvegi  merleg[Bilans  u  schyłku  wieku],Wyd.  Kairos,  Budapest  1998.

Komentarze

XD2021.03.8 13:53
Miejsce Boga w sercach ludzi zastępuje wiara w kler, biskupów i polityków, paniczny strach przed nieznanym, wrogość wobec rodaków, niezrozumienie naukowej terminologii, zmiana znaczeń słów takich jak "patriotyzm" i "obywatel" oraz obrzydliwie olewczy stosunek do przywileju jakim jest powszechna edukacja.
??????2021.03.6 15:44
Modlitwa „Ojcze Nasz”, którą według tradycji chrześcijańskiej ułożył Jezus, jest prawie jednakowa z „Modlitwą ślepca”, która znajduje się w tekście egipskim z 1000 roku przed Chrystusem. W mitologii egipskiej Set chce zabić dziecko imieniem Horus. Jego matka Izyda ucieka, więc z nim. Tak jak Święta Rodzina ucieka do Egiptu.Bóg Sobek, o czym opowiadają „Teksty z piramid”, z 3000 roku przed Chrystusem rozmnożył chleb i ryby i rozdał ludziom na brzegu jeziora Faiun. Następnie chodzi po wodach tego jeziora. Ozyrys daje Izydzie do picia z kielicha swoją krew, by pamiętała o nim po jego śmierci. Horus został zrodzony z dziewicy – Jezus został zrodzony z dziewicy Przybranym ojcem Horusa był Seb lub Seph – Przybranym ojcem Jezusa jest Joseph (Józef). Horus miał królewski rodowód. – Jezus miał królewski rodowód. Narodzinom Horusa towarzyszyły solarne bóstwa [star gazers] które podążały za gwiazdą Syriusza przynosząc dary – Narodzinom Jezusa towarzyszyło trzech mędrców [Zoroastrian star gazers], którzy podążali za „gwiazdą na wschodzie” niosąc dary. Narodziny Horusa były obwieszczone przez anioły. – Narodziny Jezusa były obwieszczone przez anioły. Herut próbował zamordować niemowlę Horusa. – Herod zamordował każdego pierworodnego próbując zabić Jezusa (przyszłego mesjasza). Horus był ochrzczony przez chrzciciela Anupa nad rzeką w wieku 30 lat – Chrystus był ochrzczony przez Jana chrzciciela nad rzeką w wieku 30 lat. Horus opiera się pokusie złego Suta (Sut był prekursorem hebrajskiego Szatana) na wysokiej górze – Jezus opiera się pokusie szatana na wysokiej górze. Horus miał 12 uczni – Jezus miał 12 uczni. Horus dokonywał cudów jak chodzenie po wodzie i uzdrawianie chorych – Jezus dokonywał cudów jak chodzenie po wodzie i uzdrawianie chorych. Horus wskrzesił z martwych swego Ojca Ozyrysa [Osiris] – Jezus wskrzesił z martwych Łazarza(Lazarus). Warto zwrócić uwagę na to że Lasarus to zdrobnienie Elasarus – końcówka „us” jest zromanizowana. Imie Elasar(us) jest wywiedzione od ?El-Asar?, imieniem tym obdarzano Ozyrysa. Horus był pochowany i zmartwychwstał w mieście Anu. Miejsce Bethany wspominane przez św. Jana pochodzi od 2ch słów „Bet” i „Anu”, które należy tłumaczyć „Dom Anu”. Horus był ukrzyżowany – Jezus był ukrzyżowany. Horusowi towarzyszy 2 złodziei przy ukrzyżowaniu – Jezus został ukrzyżowany z dwoma łotrami. Horus zmartwychwstał po 3 dniach – Jezus Zmartwychwstał po 3 dniach.
Anonim2021.03.6 18:21
Skoro krzyżowanie było typową rzymską metodą karania, to kto ukrzyżował Horusa ?
Dam2021.03.7 8:07
Zbyt trudne jest dla ciebie domyślenie się, że szczegóły się różnią, ale główna historia pozostaje taka sama? To typowe dla frondokatolików, że sami nie potrafią żadnej myśli samodzielnie przetworzyć i wszystko im trzeba tłumaczyć?
Protestant2021.03.6 13:00
Powyższy tekst jest wyrazistym przykładem ideologizacji chrześcijaństwa. Słowo "Bóg" pojawia się w nim jedynie jako ozdobnik w tytule. Czy wobec diagnozowanego przez autora kryzysu Kościoła, stara się on rozpoznać sytuację w świetle Bożego słowa? Czy zastanawia się, co na ten temat ma rzeczywiście do powiedzebnia Bóg? Nie. Sam autor to stwierdza, że rola Kościoła została sprowadzona do roli jednego z lobby istniejkących w społeczeństwie. Kryzys Kościoła rzekomo polega na tym, że to lobby traci na znaczeniach i wpływie, a nie na tym, że podążając za logiką autora został sprowadzony do wymiarów ziemskiej organizacji i ze swoimi ziemskimi konkurentami przegrywa, a może już przegrał. Bo nawet gdyby w tej (ziemskiej) rywalizacji Kościół wygrał, nie stałby się nawet odrobinę bardziej Boży. Dla autora, to jednak dawne wieki, gdy Kk mógł kogo chciał wykląć, spalić na stosie, albo potępić - to idylliczny raj, a współczesne oddawanie pola, chociażby poprzez soborową deklarację o wolności religijnej, to niepotrzebne ustępstwo. Nie twierdzę, że poglądy autora są reprezentatywne dla Kk. Ale takim kształcie nie reprezentują wcale wizji chrześcijańskiej, lecz pogańską. Bóg jest tu jedynie językową fasadą dla realizacji pogańskich celów słabnącego lobby pewnej grupy pogan (co prawda ochrzczonych, ale nie nawróconych).
A2021.03.6 12:16
Każda doktryna w miejsce katolickiej, zrobi ludziom tylko lepiej.
***2021.03.6 13:38
...tak, lepiej.....lepiej nie mówić..........co??? nie znasz historii.
katolicka deratyzacja Polski2021.03.6 11:36
Czy komunisci to jest dziki lud bez mozgu i Manifestem Talmudycznym w roli siekiery ?
AAAtomek2021.03.6 11:14
Mity, bajki oraz opowieści z karawan pastuchów z bliskiego wschodu i po 2 tysiącach lat mamy frondę.
katolicka deratyzacja Polski2021.03.6 11:38
Kretyn wywiesza czerwona flage,i mysli,ze zjadl wszystkie rozumy,zadziwiajace !
AAAtomek2021.03.6 12:20
Kto ci każe wywieszać czerwoną flagę? Wywieś sobie białą, albo różową?
***2021.03.6 13:51
Nie musisz wierzyć, ale żeby stawiać takie tezy, to chyba trzeba by mieć jakieś dowody na to. Opowiadanie o różnych wydarzeniach(co z tego że ustne), przez naocznych świadków nazywasz mitami? a spisane to bajki? Wydaje ci się, że jesteś mądrzejszy od tych ludzi.......a robisz za kretyna na frondzie.
katolicka kretynizacja polski 🇵🇱2021.03.6 10:51
"Religia, Kościół, nowoczesność" buhaha... to połączenie brzmi tak jak marta kaczyńska i wierność małżeńska albo PiS i przestrzeganie prawa...
AAAtomek2021.03.6 11:12
Marta Kaczyńska zawsze jest wierna aktualnemu mężowi!!!
Anonim2021.03.6 11:16
To tak jak ty, co w tym złego widzisz?
AAAtomek2021.03.6 12:18
Cały czas jestem wierny jednej, pierwszej i aktualnej Żonie. :D
cam2021.03.6 16:26
Raczej aktualnemu biologicznemu ojcu swojego ostatniego dziecka. Przypominam, że pierwszy mąż pani Marty świętojebliwej katoliczki dowiedział się, że nie jest ojcem dziecka na sali sądowej, w czasie sprawy o przyznanie opieki.
katolicka deratyzacja Polski2021.03.6 11:39
Degeneracja mozgu wssekcie komunistycznej ma charakter paralizu POSTEPOWEGO !
Po 11 ...2021.03.6 10:51
"Kościół przyjął statuslobby,nie tyle przyjąłrówność, co otworzył drzwi dla religijnego statusu in­nychlobbies.W każdym społeczeństwie istnieje pe­wien centralny kult i jeśli pozycji tej nie zajmie Ko­ściół, to zajmie ją jakieś innelobby." --- jest na sali korektor?
Anonim2021.03.6 11:17
Chyba cenzor ci się marzy jak w PRL, niedoczekanie.
JJ2021.03.7 0:11
Marzy mi się czytać artykuły napisane po polsku, ale to tylko Fronda :(
kJM2021.03.6 10:49
Człowiek zamiast Boga. i mamy Ideologię.