30.08.16, 17:30

Krzysztof Wyszkowski dla Frondy: Musimy pamiętać, kto był katem, a kto ofiarą

Uroczystości pogrzebowe sanitariuszki 5. brygady wileńskiej AK Danuty Siedzikówny ps. Inka i porucznika Feliksa Selmanowicza ps. Zagończyk były niewątpliwie pięknym i ważnym wydarzeniem. Czy prowokacje w wykonaniu Komitetu Obrony Demokracji i byłego prezydenta Polski, Lecha Wałęsy zdołały zniszczyć bądź przyćmić sens tych uroczystości? A może w ogóle nie warto skupiać się w tej sytuacji na stroju Lecha Wałęsy podczas nabożeństwa żałobnego w Bazylice Mariackiej czy też na tym, że były prezydent wyszedł z kościoła znacznie przed końcem Mszy Świętej, bo „doszedł do wniosku, że nie ma ochoty słuchać tego bajdurzenia” (przemówienia prezydenta Andrzeja Dudy)?

O komentarz w tej sprawie poprosiliśmy działacza opozycji w PRL, a od czerwca 2016 r. członka Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej, Krzysztofa Wyszkowskiego.

„Incydenty, do których doszło podczas uroczystości pogrzebowych „Inki” i „Zagończyka” są bardzo przykre. Myślę, że jednak nie warto wspominać o tych kompromitacjach Lecha Wałęsy oraz Mateusza Kijowskiego i jego pomocników. To wydarzenie narodowe i patriotyczne jest tak ważne i wielkie, że może lepiej będzie pominąć tych żałosnych ludzi, którzy za wszelką cenę usiłują o sobie przypomnieć, niestety, wyłącznie zachowaniami negatywnymi.

Tym bardziej, że jutro przypada kolejna ważna rocznica, rocznica zwycięstwa sierpniowego, czyli dnia, w którym „Solidarność”, a więc solidarnie strajkujący Polacy, zmusili komunistów do zgody na przynajmniej cząstkę wolności w postaci Związków Zawodowych. Zapewne jutro znów usłyszymy z ust tych komunistycznych kolaborantów słowa: „Porozumienia Sierpniowe” czy „Polak z Polakiem”. Nie. Nawet podczas mszy świętej w intencji „Inki” i „Zagończyka” powiedziano wyraźnie, że to właśnie komuniści, sowieccy kolaboranci mordowali polskich patriotów. A 31 sierpnia ci kolaboranci sowieccy musieli się zgodzić na to, żeby Polacy mogli organizować się w wolnych związkach zawodowych. Nie chodzi tu tylko o to, że Gdańsk czy też Trójmiasto wymusiły to w samotnej walce, ale przecież cała Polska stała wtedy za Międzyzakładowym Komitetem Strajkowym w Stoczni Gdańskiej. Mamy również dokumenty z Biura Politycznego KC PZPR, gdzie można przeczytać, że niemal do końca strajku rozważano pacyfikację strajkujących przy pomocy wojska i milicji. Te dokumenty dowodzą również, że polskie społeczeństwo w całym kraju, nie tylko na Wybrzeżu czy w Centrum, ale również w południowej Polsce czy na Śląsku, zdecydowanie solidaryzowało się z MKS-em Trójmiasta, dzięki czemu komuniści uznali, że na atak na stocznię nie mogą sobie pozwolić. Przeżyliśmy dzięki temu kilkanaście miesięcy wolności i zaatakowano nas dopiero 13 grudnia. Jednak mówiąc o 31 sierpnia, powinniśmy pamiętać, że było to dla nas pierwsze, choć co prawda cząstkowe, zwycięstwo, po którym przyszła klęska. Jednak te zadania walki o wolność, jak również pamięć o tym, kto był tu katem, a kto ofiarą, tak jak powiedziano w trakcie nabożeństwa żałobnego „Inki” i „Zagończyka”, jak najbardziej powinniśmy zachować."

Rozmawiała: Joanna Jaszczuk