02.10.14, 05:44fot. Nowa Konfederacja

Mafia profesorska, czyli patologie świata akademickiego

Duże polskie miasto, czołowa krajowa uczelnia. Po dwóch latach wracam z zagranicznego stypendium z nadzieją na – obiecane przed wyjazdem – przedłużenie umowy o pracę. Skromna pensja adiunkta to ledwie 2,5 tys. zł na rękę, na Zachodzie dziekan proponował mi za zostanie ponad 3 razy tyle. Ale wolę wrócić. Do dziewczyny, do rodziny, do przyjaciół, do ojczyzny.

Powrót

Szef, promotor mojego doktoratu, jest teraz nieprzyjemny. – Ile pan tam zarobił? Ile zaoszczędził? To kupa kasy chyba była? – wypytuje. – Panie profesorze – dukam zdeprymowany. – Stypendium wynosiło 2 tys. euro miesięcznie, z kawałkiem. Równowartość ichniej średniej pensji. U nas to sporo, tam, przy dużo wyższych kosztach życia, nic nadzwyczajnego. Ale nie narzekam, trochę odłożyłem. – Konkretnie ile? – dociska szef.

Co za impertynencja! Płacili obcokrajowcy, sam ten wyjazd wywalczyłem, co mu do moich oszczędności? W międzyczasie dochodziły mnie słuchy, że uczelniane towarzystwo, do którego mój przełożony należy, coraz śmielej sobie poczyna. Ponoć praktycznie przejęli kontrolę nad uniwerkiem i bezwstydnie wypłacają sobie coraz większe dodatki za fikcyjne zlecenia. A dług „firmy” rośnie.

Ale nie przejmowałem się tym specjalnie. Patologie są w Polsce wszędzie. Trzeba robić swoje. Wytworzyłem przez te dwa lata ponadprzeciętny dorobek: kilkanaście artykułów krajowych, kilka zagranicznych (w tym dwa w pismach z najwyżej punktowanej listy filadelfijskiej), wygłosiłem parę referatów za granicą. Wielu kolegów patrzyło na to z zazdrością. W poczuciu dobrze wykonanego obowiązku liczyłem więc, że mój dorobek mnie obroni.

Propozycja

– To chyba raczej moja sprawa, panie profesorze – odpowiadam zatem po chwili namysłu na jego pytanie. – Pan raczy żartować! – odparowuje. – Bez wcześniejszej kariery u nas nigdy by pan tam nie trafił. Pan sobie przez dwa lata balował po świecie, a tu ludzie za polskie skromne pensje tyrali. Uczelni coś się z tego urobku należy.

Żart? Przypadkowa niezręczność? Nic z tych rzeczy. Profesor uznał, że powinienem zapłacić „uczelni”, czyli w praktyce uniwersyteckiej wierchuszce, która rozdysponowuje każdy dodatkowy grosz między siebie, haracz z zagranicznego stypendium. Jednak – jak mi wyjaśnił – „to by nie przeszło prawnie”, więc, jako ekwiwalent, proponuje mi rok pracy za darmo, żeby „jakoś to odrobić”. Potem „mielibyśmy zobaczyć”, czy „się sprawdzam”, i zdecydować, czy kolejny rok popracuję za darmo, czy może już jednak za pieniądze, jak inni.

Nie zgodziłem się, więc próbowali mnie przeczołgać inaczej. Zaproponowali 840 zł na rękę za prowadzenie trzech zajęć w tygodniu jako zewnętrzny współpracownik. 35 zł za godzinę (akademicką, czyli 45 minut), a więc stawka jak na Polskę przyzwoita, tyle że za taką sumę przecież nie wyżyję. Sam wynajem pokoju to połowa tego, jedzenie – następne czterysta. A gdzie rachunki, gdzie książki? Co gorsza, ganiając trzy razy w tygodniu na uczelnię – bo szef wyraźnie zasugerował, że moja postawa nie uprawnia mnie do przywileju zgrupowania zajęć jedne po drugich – innego etatu nie znajdę.

Poza tym, już wiem, o co w tym chodzi. Chcą mnie przeczołgać, upokorzyć. Zrobić ze mnie klienta, ich żołnierza. Jednego z tych lizusów, co to ciągle pełzają przed profesorami, a z czasem – nawet jeśli nic istotnego nie zbadali, a ich książki roją się od błędów – sami awansują do towarzystwa. Po iluś latach takich relacji są rzecz jasna kompletnie wyzuci z „młodzieńczych” naukowych ideałów. A co do mnie, oni dodatkowo wiedzą, że na żadnej innej uczelni pracy teraz nie znajdę, bo przeciągnęli sprawę do końca września, w tej branży wszystkie etaty na najbliższy rok są już rozdane.

Pieprzę to. Nie po to zostałem naukowcem. Idę do firmy doradczej, dla której pisałem okazjonalnie analizy, proponuję swoje pełnowymiarowe usługi. Dają trzy tysiące na rękę przez trzy miesiące, jak się sprawdzę – obiecują co najmniej 500 zł podwyżki i umowę na rok, potem na czas nieokreślony i następną podwyżkę. Biorę, z pocałowaniem ręki. Nie to chciałem robić, ale nie mam wyjścia, na chleb trzeba zarobić.

Mafia

Znajomego prawnika pytam, jakie szanse miałbym w sądzie. Tłumaczy, że ciężka sprawa, bo formalnie trudno się przyczepić. Mówi, że oni zadziałali jak mafia, ale ja przecież nie mam dowodów na żadne przestępstwo. Żebym chociaż nagrał którąś z tych rozmów. Ale nie nagrałem.

Mafia – to dobre słowo. Profesura opływa w prestiż, wielu jej członków ma dostęp do polityków i mediów. Tworzą bardzo wpływową społeczność, obdarzoną faktycznie pełną kontrolą nad uczelniami, przez które przechodzi mnóstwo publicznych pieniędzy. Nie inaczej: to mit, że polskie uniwersytety nie mają funduszy. Mają, tylko je przewalają.

Zasada autonomii uniwersytetu w połączeniu z nieprzejrzystością decyzji sprawia, że kto rządzi akademią, może płynący od podatników i studentów strumień gotówki rozdysponowywać praktycznie według własnego widzimisię. Kto np. dojdzie, że referat profesora tak naprawdę napisał jego asystent i że dalece nie wart był on ceny, którą uczelnia za niego zapłaciła?

Na tego typu rzeczach można „kręcić lody” na dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie (na głowę). Do tego dochodzi słabo znana kwestia tzw. premii z funduszu zasadniczego. To tak naprawdę podział zysków uczelni między jej kierownictwo, tak jak wspólnicy dzielą zysk ze spółki. Tyle że uniwersytet to nie firma, a zarządzające nią towarzystwo w gronostajach – to nie partnerzy w sensie biznesowym. Są de facto pracownikami najemnymi. Jednak w swojej mafijnej mentalności i praktyce traktują akademię jak cytrynę do wyciśnięcia.

Wszystko bez wyraźnego naruszania przepisów. Tak jak Alowi Capone przez lata nie potrafiono udowodnić żadnego przestępstwa, choć wszyscy wiedzieli, że codziennie je popełnia, tak niezwykle trudno cokolwiek udowodnić sitwom uczelnianym.

Do tego dochodzą potężne dysproporcje dochodów. O ile podstawowe pensje adiunktów i profesorów są – jak na wagę pracy i w porównaniu ze standardami zachodnimi – dość skromne (odpowiednio: 3,5 tys. i 4–5 tys. zł brutto), o tyle rektorzy, o czym mało się mówi, tworzą zupełnie inną ligę. Zarobki sięgają tu 2–3-krotnie wynagrodzenia ministra, oscylując zwykle między 20 a 30 tys. zł miesięcznie. A to tylko ustawowo jawna część wynagrodzenia. Kwoty najróżniejszych dodatkowych zleceń nie są znane, a uczelniane wierchuszki mają w zasadzie pełną swobodę w transferowaniu ich do swoich kieszeni. Znając ich mentalność, muszą to być robiące wrażenie kwoty…

System

To wszystko daje statystycznemu profesorowi bardzo silny bodziec do tego, aby „trzymać z władzą” (uczelnianą), niż skupiać się na porządnej robocie naukowej i dydaktycznej. A młodych naukowców ustawia w kolejce po aprobatę starszych kolegów, od których są formalnie i finansowo zależni.
Wielu, może nawet większość profesorów, mimo to nie robi przekrętów. Ale znaczna część jednak tak. W mojej byłej uczelni eksszef był jednym z pięciu głównych graczy, mających umocowanie we władzach wydziału i całego uniwersytetu. Aktywnie wspierało ich maksymalnie 20 klakierów. I to wystarczyło, żeby zdominować stuosobowy senat.

Dlaczego? Gdy żaliłem się innym, uczciwym profesorom, rozkładali ręce. Uznawali tę sitwę za „nie do ruszenia”, mówili, że muszą myśleć o swoich wychowankach. Jeden opowiedział, jak próbował się im postawić, i w rewanżu odsunęli go od grantu i przeczołgali mu doktoranta.

Do tego dochodzi cały wachlarz sposobów budowania i wymuszania lojalności, związany z hierarchiczną strukturą i uznaniowością opinii. Kiedy młody pracownik „nie szanuje starszych”, nie chcąc brać udziału w wątpliwych praktykach, zawsze można mu, czysto uznaniowo, w oparciu o profesorski autorytet, odrzucić doktorat czy habilitację. Wtedy ma trzy wyjścia: albo w oblanej pracy nic nie zmieniać i obronić ją z sukcesem dzięki przystąpieniu do układu. Albo próbować obronić ją w innym miejscu. Albo zmienić zawód.

Promuje się w ten sposób przede wszystkim ludzi „biernych, miernych, ale wiernych”, kooptując ich w toku wieloletniej fazy recenzowania i podległości jako klientów do patologicznego układu. Co to oznacza dla jakości nauki i nauczania, jest oczywiste. Żadna polska uczelnia nie może się przebić do pierwszych trzech setek najlepszych uniwersytetów świata, a więc nawet do drugiej ligi.

Panaceum

Co z tym można zrobić? Brak mechanizmów samoweryfikacji w połączeniu z silną selekcją negatywną i szeroką autonomią uniwersytetów polskich sprawia, że poważniejsze zmiany mogą nastąpić tylko w wyniku odgórnego „szarpnięcia cuglami”. Może go dokonać tylko bardzo zdeterminowany i silny minister, mający dla programu sanacji nauki pełne poparcie premiera. Niestety, na razie nikogo takiego na horyzoncie nie widać…

AnonimI (Akademik i doradca, pewien czas po opisanych zdarzeniach wrócił do pracy naukowej na innej uczelni)

Ten wstrząsający tekst ukazał się w miesięczniku "Nowa Konfederacja"

Komentarze

anonim2014.10.2 6:23
PRL zapewniał każdemu pracę. Wolna polska tego nie potrafi, ale za to każdemu chcącemu jest w stanie zaoferować wyższe wykształcenie i w dalszej perspektywie karierę naukową. W końcu ktoś musi projektować te palety i pisać alarmistyczne teksty o kalifacie w Północnej Afryce.
anonim2014.10.2 6:27
Jestem w szoku. Jest to marnowanie talentów - przecież ten młody naukowiec miał za granicą piękny dorobek. Powinno się nagłośni sprawę
anonim2014.10.2 7:35
takich złamanych życiorysów są tysiące na uczelniach takiego żmijowiska jak te wydziały, które widziałem od środka nie zobaczyłem w żadnej innej instytucji, a całkiem już trochę widziałem wszystkie najgorsze patologie, jakie tylko można sobie wyobrazić, spotkałem wśród ,,naukowców'' mistrzostwem świata był pewien ważny profesor, którego gabinet obwieszony był malarskimi aktami (jest on amatorskim artystą) jego współpracownicy, rekordowo szybko zdobywającej szlify naukowe
anonim2014.10.2 10:37
Ludziom się wydaje, że na uczelniach pracują ludzie mądrzy i zdolni. Tacy pewnie też tam są, ale prym wiodą ambitni. Niekiedy chorobliwie ambitni i do tego bardzo zazdrośni o zaszczyty i władzę.
anonim2014.10.2 10:49
Ważnym elementem kształtującym obecne układy na uczelniach jest pensum. Wg ustawy o szkolnictwie wyższym, adiunkt nie może prowadzić mniej zajęć niż 120 godzin dydaktycznych rocznie. Daje to średnio 4 godziny dydaktyczne tygodniowo. Ktoś powie, że to mało, ale to tylko godziny dydaktyczne. Podobnie jest na uczelniach na Zachodzie. Pracownicy działający naukowo i badawczo prowadzą mało zajęć. Tymczasem polskie uczelnie korzystają z naszego krajowego dobrodziejstwa, którym ten Zachód mamy zamiar zawojować, tzn. taniej siły roboczej. Przeciętne pensum na polskiej uczelni to 240 godzin. Plus nadgodziny, których jest coraz mniej, ale ciągle się trafiają. Niejeden "naukowiec" przepracowuje po 500 godzin dydaktycznych rocznie. Piszę w cudzysłowu, bo to już nie jest naukowiec. Taki człowiek nie ma czasu na naukę i badania. Ma czas tylko na przygotowanie zajęć (drugie tyle) i czas na ich prowadzenie. A potem sprawdzanie kolokwiów, egzaminów, projektów, itp.. Tym czego najbardziej brakuje polskim naukowcom, to czas na zajmowanie się nauką. Nigdy nie dogonimy w ten sposób uczelni na Zachodzie. Obciążenia są duże, wygania wysokie, tylko czasu na ich realizację nie ma.
anonim2014.10.2 10:52
Jestem absolwentem pewnego uniwersytetu w Polsce (nie będę pisał, o który dokładnie chodzi) i na żywo zetknąłem się z patologią życia akademickiego, powiązań, politycznych gierek i intryg. Skończyłem historię i składałem papiery na doktorat, ponieważ chciałem kontynuować swoje badania podparte pasją, a nie ciągiem do kasy. Nie latałem z jednym przerabianym wiecznie artykułem na sto konferencji, na których i tak zazwyczaj się chleje, a nie rozwija intelektualnie. Jestem autorem paru artykulików, ale na tematy, które na prawdę mnie interesowały, pasjonowały, a nie na siłę pisane przeróbki referatów zaliczeniowych. Nie kombinowałem także np. z drugim kierunkiem na siłę, żeby mieć punkty na doktorat. Po prostu realizowałem się organizacyjne i naukowo w swojej dziedzinie, a nie w cwaniactwie. Miałem nawet stypendium rektorskie, jako pierwszy na roku dostałem pracę w instytucji uniwersyteckiej itd itp. mógłbym wymieniać dużo. Ale! Okazało się, że ludzie z komisji doktorskiej nie lubią mojego promotora. Mimo, że byłem przepytywany na rozmowie kwalifikacyjnej bardzo długo (inni wychodzili po 10 min) niestety nie dostałem się. Dostali się ludzie, którzy pili z profesorami, robili orgie alkoholowe, tak, że policja przyjeżdżała. Wygrało cwaniactwo, prymitywizm i kumplostwo. I tak jest w Polsce! Nie żalę się z tego powodu, zabolało mnie to, ale być może też bym wpadł w takie towarzystwo. Szkoda tylko moich badań...
anonim2014.10.2 11:23
Rozpoczęcie roku akademickiego na UG 2 lata temu. Rektor publicznie atakuje PiS i wdzięczy się do siedzących w pierwszej ławie Nowaka i Arabskiego. Następnie Obaj "panowie" przemawiają. Arabski jakoś daje radę, Nowak tragedia ( za to ten błysk zegarka). Rektor żenująco wdzięczy się do obu i do władzy w warszawce. TRAGEDIA!
anonim2014.10.2 13:21
Częstochowski Poeta. Uczelnie mają też budżet. Ale nie własny.Polityk może z uczelni zrobić WSZYSTKO w 12 godzin.
anonim2014.10.2 13:24
Chyba już osiągnięto stan w którym uczelnie w oderwaniu od rzeczywistości pracuja w obiegu zamkniętym.Studenci sa tam w rzeczywistości absolutnie zbędni.
anonim2014.10.2 13:33
I, vidi, reliqui
anonim2014.10.2 21:25
Nie no, co to ma byc ? Frondzie i jej redaktorom zal d... sciska ze nie maja wyksztalcenia ? Pracowalem 8 lat na uczelni (pierwsze miejsce w rankingu polskich uczelni technicznych) 8 lat w PAN instytut kategorii A (Polska Akademia Nauk dla "niewtajemniczonych") to co wypisuje sie w tym artykule to sa brednie (chyba ze mowa o uczelni bez znaczenia i bez normalnej kardy ... biore to pod uwage) Ludzie !!! Wasze artykuly czytuja tez ludzie (choc chyba przestane) ktorzy pracuja na uczelniach i w placowkach naukowych ! Nie piszcie bredni !!! Jak widac autor nie umial napisac doktoratu a teraz zale do calego swiata. Dwa artykuly na liscie filadelfijskiej ??? Gdzie wy zyjecie ? Pewnie IF=2 i IH=2 I biedny przesladowany. Ech ... szkoda piasc. Pewnie i tak nie wiecie co to IF o IH.....
anonim2014.10.3 6:11
problem w tym, że uczelnie bez znaczenia i normalnej kadry - to właściwie norma w Polsce przykład z przedwczoraj (miałem przypadkową styczność): konferencja - młody człowiek spoza uczelni ale z poważnego laboratorium referuje unikalną w skali kraju metodę badawczą, wystąpienie przerywa mu pani doktor z pierwszego rzędu, zupełnie nie rozumiejąc o czym mówiono, czyni jakieś dziecinne zarzuty (bo jest z uczelni, choć na), z trudem daje się uciszyć, ktoś przypomina że ta metoda jest akredytowana w PCA itp. nie wiadomo, co pani doktor z tego rozumiała, bo po raz z laboratoriami miała niewiele do czynienia, po dwa bo uczelnia nie posiada akredytacji na żadną metodę wykonywaną a kadra nawet nie bardzo wie, co to są metodyki badawcze, wiarygodność badań, reprezentatywność prób itd. a to jest tylko taki mikro mikrusi przykładzik akurat na świeżo trafiony
anonim2014.10.4 15:51
No to zrobić bardzo prostą rzecz: skomercjalizować uczelnie do ostatka i zrobić z nich faktyczne firmy. Jak są tacy dobrzy biznesmeni w gronostajach, to na pewno sobie poradzą. Ja to towarzystwo znam. Publikują byle co, zajmują się pierdołami - dosłownie - pierdołami w stylu badania np. widm podczerwonych różnych substancji, różniących się od siebie na tyle nieznacznie, żeby te widma wychodziły niemal identyczne, ale każda substancja - to "papier". I tak stukają te "papiery" po 2 rocznie, recenzja im to puszcza (bo recenzenci sami uprawiają naukę w tym samym stylu), wnioski badań właściwie z publikacji na publikację ctrl-c - ctrl-v z minimalnymi zmianami i pół roku "badania" następnego związku na aparaturze wartej miliony zł. Czasem jest grant, czasem nie ma (znaczy - jest, jak wnioskodawca jest "z klucza") i tak się ciepełką posadkę ma do samej emerytury. Ot, polska profesura...
anonim2014.10.6 10:15
Chciwość w polityce, chciwość na uczelniach. Jak ma być dobrze w Polsce...
anonim2014.10.8 10:49
Potwierdzam, to trwa na większości uczelni od czasów niewoli PRL - "referat profesora tak naprawdę napisał jego asystent i że dalece nie wart był on ceny, którą uczelnia za niego zapłaciła"
anonim2014.10.19 19:04
Świat akademicki tak jak całe społeczeństwo ma swoje patologie. Warstwa inteligencji zniszczona przez dwóch okupantów przez kilkadziesiąt lat dopiero się buduje. Te ostatnie 25 lat pod tym względem mogło być lepiej wykorzystane. Polecam posłuchanie nowej piosenki zespołu MAFIA To wolny kraj. www.youtube.com/watch?v=wnWj9i_q_EA&list=UU-rpOvaykJlKmTXWH7jZ1_w