25.04.17, 15:30fot. jedimental44, lic. CC BY 2.0 via flickr

Marcin Rey: Podpuszczalność, symetryzm, dywersja

W połowie listopada ubiegłego roku spotkał mnie zaszczyt: zaproszono mnie do MON na konferencję o rosyjskiej dywersji informacyjnej. Ranga spotkania była wysoka – otwierało ją czterech ministrów: minister Macierewicz, minister Błaszczak, minister Waszczykowski i szef Biura bezpieczeństwa Narodowego Paweł Soloch, a na sali byli redaktorzy naczelni większości najważniejszych mediów i ja – skromny żuczek prowadzący amatorski blog. Pojechałem do Warszawy z nadziejami, że władza zabiera się na poważnie za przeciwdziałanie. Do Dobczyc wróciłem z mieszanymi uczuciami. Pół roku później, skandaliczna wypowiedź[1] ministra Błaszczaka w Sejmie o akcji Wisła potwierdziła wszystkie obawy: ci, którzy powinni walczyć z dezinformacją są nią skażeni i dają się podpuszczać w elementarne prowokacje. Chyba daleko na tym paliwie nie zajedziemy.

Atak ministra Waszczykowskiego na Telewizję Biełsat[2] miał dopiero nastąpić, natomiast miesiąc przed konferencją minister Macierewicz dał się podpuścić, powielając absurdalną wrzutkę rosyjskiego blogera, jakoby okręty Mistral miały jednak trafić do Rosji. Misiewicz urzędował, ale nie zdążył się jeszcze zbłaźnić stworzeniem strony „dezinformacja.net”. Zaniepokoiło mnie wtedy przemówienie ministra obrony, który zagadnienie dezinformacji zilustrował stanowiskiem opozycji w sprawie zmiany wieku emerytalnego, która miała być głosowana w Sejmie akurat tego popołudnia po konferencji. Potwierdziło to moją obawę, że temat dezinformacji „rosyjskiej” będzie nadużywany jako pałka na opozycję przez władzę, a przez opozycję na władzę, ośmieszając przy tym rzetelne przeciwdziałanie dywersji informacyjnej rzeczywiście inspirowanej ze wschodu. Przykładem tego wypaczenia była opisana przeze mnie manipulacja portalu naTemat.pl[3], ale wszystkie strony wojny polsko-polskiej się tak bawią.

Każdy, bez złej woli, ani żadnej świadomej współpracy, może stać się roznosicielem dezinformacji lub dać się podpuścić do działań, które pasują przeciwnikowi zewnętrznemu. Sam oglądam tego szlamu informacyjnego tyle, że nie wątpię, że i w mojej głowie został osad i nieświadomie powielam jakieś fałszywe informacje. Przeciwnicy drwią z mojej rzekomej paranoi na punkcie doszukiwania się agentów wszędzie, w ramach retorsji wypisują paszkwile[4] o mojej (sic) agenturalności a nawet posuwają się do pozwów sądowych, po czym nie dają rady udowodnić, abym kiedykolwiek kogokolwiek nazwał agentem. Jacyś agenci działają, temu nie przeczę, ale na dobrą sprawę ten cały system dywersji mógłby być prowadzony bez udziału kogokolwiek powiązanego z rosyjskimi służbami w sposób nadający się do oskarżenia z art. 130 kk. Znacznie ważniejsza od agenturalności jest tzw. podpuszczalność. Co to jest?

Podpuszczalność to uleganie działaniom wielostopniowym, pośrednim, obliczonym na wywołanie określonych reakcji i zachowań u przeciwnika. Rosjanie mają tą sztukę opanowaną do perfekcji w ramach tzw. zarządzania refleksyjnego, zwanego też doktryną Gierasimowa. Podpuszczalny jest prawie każdy i mamy tu kontinuum, które się zaczyna tam, gdzie kończy się bardzo wąskie grono prawdziwych agentów i działaczy świadomie pracujących dla wroga. Podpuszczonymi są aktywni agitatorzy antynatowscy, antyukraińscy, itd., którym się zapewne wydaje, że są polskimi patriotami, mogą nawet się uważać za przeciwników Rosji przy okazji, a jednak realizują cele polityczne Kremla w Polsce. I rzeczywiście nikt im za to nie płaci. Oni są naprowadzani, nie prowadzeni. Kiepsko jednak, gdy podpuszczonymi są ministrowie i decydenci, od których byśmy oczekiwali, że będą kierować walką z tym podpuszczaniem. A tak się dzieje.

Rosyjska dywersja informacyjna w Polsce osiąga sukces i zbliża się do celu: wpływanie na władzę. Prawda nie broni się sama, ale kłamstwa i półprawdy replikują się znakomicie. Szum dezinformacyjny docierający z tysięcy źródeł, zarażających siebie wzajemnie, rozwija się geometrycznie. Pralka informacyjna działa jak pralka brudnych pieniędzy. Aby zatrzeć ślady, finansowi gangsterzy przepuszczają kasę przez łańcuszki spółek. Wrzucona w paru miejscach bzdura, podana dalej wiele razy, staje się pozorną prawdą, kiedy już nie można dotrzeć, skąd się wzięła. Antoni Macierewicz zapewne nie czytał wpisu rosyjskiego blogera, Misiewicz pewnie też nie, ale przeczytali portal niezależna.pl, który to powielił i tak wrzutka o przekazaniu Mistrali z Egiptu do Rosji została wygłoszona z mównicy sejmowej przez polskiego ministra obrony. Decydenci nie żyją w próżni. Piętnowanie sprawców i rozsadników dezinformacji, czym trudzę się na profilu „Rosyjska V Kolumna w Polsce”, ma tylko ograniczony skutek. Zgodnie z pół-żartobliwym, ale bardzo prawdziwym „prawem asymetrii gówno prawdy Brandoliniego”, ilość energii potrzebnej do sprostowania gówno prawdy jest o rząd wielkości większa od energii potrzebnej do jej wytworzenia. Istotniejsze jest uodparnianie odbiorców.

Jaką szczepionką? Nic odkrywczego: zdrowy rozsądek, trzymanie się zasad. Zwykły obywatel, czerpiący informacje z mediów i z Internetu, jest zdany na siebie. Można krytykować łatwowierność, ale trudno za nią winić. Natomiast od decydentów, od rządzących oczekuje się więcej. Na tym poziomie ma się obowiązek nie tyko być rozsądnym, lecz być zapoznanym z odpowiednimi opracowaniami o tych mechanizmach i korzystać z dostępnych sobie raportów, w tym niejawnych. Są od tego specjaliści. Jak się nie wie, trzeba się pytać i trzeba się na każdym kroku zastanawiać nad swoją własną podpuszczalnością. Według Churchilla dyplomata to człowiek, który dwukrotnie się zastanowi, zanim nic nie powie. Polityk w Polsce powinien się nawet siedem razy zastanowić, czy to, co powie lub zrobi nie zwiększy konsumpcji popcornu na Łubiance i na Kremlu. Dlatego postawę ministra Błaszczaka odpowiadającego posłom opozycji w sprawie odmowy sfinansowania obchodów akcji „Wisła” należy ocenić jako fatalną.

Relacje polsko-ukraińskie, kluczowe dla naszych interesów geostrategicznych w obliczu zagrożenia rosyjskiego, są zatruwane przez spór historyczny wokół ludobójstwa popełnionego przez ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i w Galicji. To jest ważna sprawa, ale nie jest sprawą najważniejszą. Sposób, w jaki działają radykalne środowiska kresowe oddala, a nie przybliża pojednanie, o jakie im rzekomo chodzi. Nie będę się powtarzał – swój pogląd na sprawę przedstawiłem w tekście „Polska-Ukraina: dosyć histeryzowania – do roboty!”[5], który polecam zwłaszcza tym, którzy zaraz się będą darli, że lekceważę ludobójstwo.

Jednak dla Rosjan kwestia Wołynia to przede wszystkim narzędzie napuszczania Polaków na Ukraińców. A co z napuszczaniem Ukraińców na Polaków? Byłoby dziwne, gdyby Rosjanie przegapili, że Ukraińcy też są „podpuszczalni”. Oczywiście, że są. Po każdym antyukraińskim ekscesie polskich (podpuszczonych) nacjonalistów zaraz znajduje się na Ukrainie masa portali i dziennikarzy, którzy przedstawiają to jako postawy reprezentatywne dla całego polskiego społeczeństwa, a nawet władz. Ale to nie wystarczy: badania nadal pokazują, że Polacy są na pierwszym miejscu narodowości najbardziej lubianych na Ukrainie. Gdzie by tu znaleźć jakąś polską zbrodnię, której rozliczenia mogliby się domagać odpowiednio nakręceni Ukraińcy?

Jest! Akcja Wisła. Ukraina jako państwo w swojej polityce historycznej, jeśli można ją tak nazwać, niepotrzebnie wzięła na siebie spadek po UPA, łącznie z całym dobrodziejstwem inwentarza i trupem w szafie, jakim jest sprawa ludobójstwa na Polakach. A przecież nie musiała – UPA była organizacją samozwańczą, stosującą terroryzm nawet na Ukraińcach. A teraz ktoś wymyślił, że Polska weźmie na siebie akcję Wisła, czyli czystkę etniczną popełnioną po to, by pozbawić bazy zaopatrzenia oddziały UPA działające w Bieszczadach. A przecież niepodległa, demokratyczna Polska też nie musi się podpisywać pod zbrodnią popełnioną przez komunistyczny reżim okupacyjny, z którym ja przynajmniej, i wydawało mi się, że PIS też nie, nie czuję żadnej ciągłości – w przeciwieństwie najwyraźniej do narodowców pokroju Winnickiego czy Zapałowskiego.

Już pod koniec ubiegłego roku lider Ruchu Narodowego Robert Winnicki zapowiedział zorganizowanie konferencji w Sejmie, wychwalającej akcję Wisła jako uzasadnioną. Kierownik antyukraińskiego zamieszania na Podkarpaciu Andrzej Zapałowski[6] mówi o tym na każdym kroku i nawet habilituje się z tego tematu na Akademii Sztuki Wojennej, zapewne po to, by zostać jej wykładowcą. Odbywają się konferencje, rozpisuje się podkarpacki IPN[7]. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji odmawia sfinansowania tegorocznych obchodów Akcji Wisła Związkowi Ukraińców w Polsce, prawdopodobnie po to, by dać prztyczka jego przewodniczącemu Piotrowi Tymie, podejrzewanemu o ciągoty w kierunku opozycji.

Ale sposób, w jaki minister Błaszczak się z tego tłumaczył w Sejmie, woła o pomstę do Nieba. Już pal licho, że ministrowi wypada dbać o ścisłość i wiedzieć, że sam Bandera siedział wtedy w Sachsenhausen i pewnie nawet nie wiedział, co wyprawiają jego koledzy na Wołyniu. Do poważnej sprawy zastosował modny ostatnio „symetryzm”. Krytykę odmowy finansowania uzasadniał swoją niechęcią do Piotra Tymy, lecz przede wszystkim rzekomym kultem Bandery na Ukrainie[8] i tym, że postawa Ukrainy pozostawia wiele do życzenia. Jasne, że pozostawia – jesteśmy dopiero na drodze do rozmówienia się z naszymi sąsiadami.

Argumentacja użyta przez ministra Błaszczak implikuje, że jest nacjonalistą, któremu obca jest wielonarodowa istota przedwojennej i współczesnej – jednak, mimo wysiłków komunistów – Rzeczypospolitej. Traktuje mniejszość ukraińską i łemkowską nie jako pełnoprawnych obywateli polskich, lecz jako element wraży, z racji samej swojej przynależności etnicznej podejrzany o brak lojalności wobec Polski, który można czynić zakładnikiem czy to polityki zagranicznej, czy raczej wewnętrznej: schlebiania środowiskom najbardziej ulegającym rosyjskiemu podpuszczaniu. Akcja Wisła była przestępstwem popełnionym na polskich obywatelach przez, nominalnie przynajmniej, polskie władze. Była, w istocie, wewnętrzną polską sprawą mimo faktu, że najpewniej była to decyzja zatwierdzona przez Stalina.

Ministrowi Błaszczakowi może należałoby zwrócić uwagę, że zarówno sprawcy, jak i ofiary ludobójstwa wołyńskiego też byli obywatelami polskimi. Niech się minister Błaszczak nie zdziwi, jeśli w następnym kroku tej bezsensownej spirali nieporozumień podgrzewanej z zewnątrz, Kijów złośliwie sięgnie po taki absurdalny argument. Ukraińcy tez są podpuszczalni, może bardziej od nas. Warunkowanie upamiętnienia akcji Wisła postawą Ukrainy w sprawie ludobójstwa wołyńskiego świadczy o czymś jeszcze gorszym. Są w różnych miejscach na Ziemi sąsiadujące ze sobą kraje, gdzie dyktator kraju A używa obywateli kraju B należących do plemienia A do zwalczania dyktatora kraju B, a dyktator kraju B używa obywateli kraju A należących do plemienia B do zwalczania dyktatora kraju A. Ale my jesteśmy w Europie i nasze kraje są demokracjami. Tak mi się wydaje.

Marcin Rey/Rosyjska V Kolumna w Polsce