18.07.16, 16:15

Mózg w uścisku pokemona

Lawinowo rosnąca liczba entuzjastów gry odnajdowania wirtualnych stworków w przestrzeni publicznej świadczy o tym w jakiej beztrosce żyje współczesny człowiek, stając się łatwym łupem dla wszelkiego rodzaju ekstremizmów.

Mimo, iż sam lubię od wielkiego dzwonu pograć na konsoli czy komputerze, zaczynam coraz mniej pojmować fanatyków grania we wszystko i wszędzie. Ostatnia moda na poszukiwanie pokemonów za pomocą GPS umieszczonego w smartfonie przesuwa pewną granicę zlewania się rzeczywistości z tą wirtualną.

Gra wkracza bezpośrednio w przestrzeń publiczną, stając się niebezpieczna zarówno dla graczy jak i dla osób postronnych. Po szukających pokemonów w muzeum Auschwitz czy tłumie biegającym nocą po Central Parku, można przecież się spodziewać sunących ślepo po autostradach łowców rzadkich okazów, czy tych, których nawigacja zwiodła w inne niebezpieczne miejsca.

Podczas tegorocznego urlopu widziałem wielu ludzi, którzy będąc nad brzegiem morza spacerowali w słuchawkach, mając przed oczami smartfona na specjalnym wysięgniku. Zapewne w tym samym momencie przed komputerami siedziała rzesza ludzi w biurach, marząca, aby choć przez chwilę zamienić się z nimi miejscami.

Cóż, można rzec: takie czasy, gdy wielu ludzi zamiast wsłuchiwać się w szum fal i rozkoszować słońcem preferuje nieustanną obecność w świecie fikcji. Pokolenie „brawo ja!”, skoncentrowanych wyłącznie na sobie egoistów, zaczyna właśnie tak wyglądać.

Będąc na wycieczce obserwowałem parę młodych ludzi, wyposażoną we wszelkiego rodzaju elektroniczne gadżety, która mniej więcej połowę czasu spędzała na robieniu rozmaitych ujęć, które natychmiastowo wrzucała do sieci. Pozowali często w bardzo niebezpiecznych miejscach. Fotografowali się na wodzie i pod wodą. Cel był jeden – wypaść jak najbardziej atrakcyjnie i zasłużyć na „lajki” w świecie wirtualnym.

Jeśli jednak miliony dorosłych ludzi zaczynają biegać po ulicach i „łapać pokemony”, a są i tacy, którzy zwalniają się z pracy, aby osiągnąć wyznaczony cel, coś zaczyna się dziać. Pogrążone w beztrosce, dobrobycie i konsumpcjonizmie społeczeństwo zaczyna tracić ostatnie odruchy samokontroli.

Nie dziwmy się więc, że ulegający infantylizacji Zachód nie potrafi obmyślić innego rodzaju obrony przed terrorystami niż odwoływanie się do ideologii pacyfizmu czy spontanicznych aktów oburzenia i rozpaczy.

Tomasz Teluk