23.08.11, 11:27

"Mówienie o rozwodach w lekkim tonie to oszustwo"

 

Kilka dni temu portal Fronda.pl opublikował świadectwo nawrócenia Kasi, która drogę do Boga odnalazła podczas procesu rozwodowego. - Rozwód to brama do piekła - przekonywała Katarzyna. Niestety, większość mediów przedstawia kwestię rozwodów jako wyjątkowo lekki i bezbolesny zabieg, po prostu "znak czasów". Fundacja Mamy i Taty rozpoczęła w lipcu kampanię pod hasłem "Rozwód? Przemyśl to!". O długoterminowych skutkach rozwodów z Antonim Szymańskim rozmawia Marta Brzezińska. 

 

Fronda.pl: „Wielu szuka wsparcia na forach internetowych (...). Donoszą, że po „porozwodowej depresji” „regeneracja przychodzi szybciej niż oczekiwana – często wystarcza wieczorne piwko z przyjaciółką” - to fragment artykułu z dzisiejszego „Wprost”. Tak łatwo przychodzi uporanie się z rozwodem?

 

Antoni Szymański: Oczywiście, czasem zdarzają się przypadki, że ktoś bardzo szybko radzi sobie z przeżyciem bólu po rozwodzie. Martwi mnie to, że w większości mediów przemilcza się skutki rozwodów, o których przecież wiemy, bo mówią o nich psychologowie, pedagodzy, socjologowie. Te skutki są powszechne, dotykają zarówno dorosłych, jak i dzieci, i nie wolno ich ignorować. Wmawia się ludziom, że po rozwodzie skończy się większość ich problemów, tymczasem bywa dokładnie odwrotnie. Sytuacja rozwiedzionej rodziny, choćby pod względem ekonomicznym, znacznie się pogarsza. Do tego dochodzą problemy kontaktów z dziećmi, zwłaszcza tego rodzica, który z nimi nie mieszka. Dlatego warto by było raczej uczulać na problemy, jakie mogą pojawić się po rozwodzie, aniżeli przedstawiać go w świetle jakiegoś bezbolesnego, koniecznego zabiegu. Norwegia, która stara się ograniczyć liczbę rozwodów, wprowadziła niedawno spotkania dla małżonków rozważających rozwód na których ukazywane są jego skutki, to dobry kierunek. Rozwód, owszem, może być kresem jakichś problemów, ale i początkiem wielu innych. Problemy edukacyjne, bytowe, zdrowotne, problem samotnego wychowywania dzieci. Takich informacji jest zdecydowanie za mało. Dlatego wyjątkowego znaczenia nabiera kampania Rozwód? Przemyśl to prowadzona obecnie przez Fundację Mamy i Taty. Fundacja przygotowała specjalne spoty telewizyjne i stronę internetową (www.rozwodprzemyslto).

 

Dr hab. Tomasz Szlendak mówi, że „im więcej rozwodów, tym bardziej skala się nakręca. Ludzie widzą, że po rozwodzie nie następuje życiowa katastrofa, i sami decydują się na rozwód”.

 

Albo „się nakręca”, albo jest nakręcana, także przez część mediów, które proponują rozwiązywanie problemów w małżeństwie przez rozwód w razie jakichkolwiek niepowodzeń. Ukazują rozpady związków znanych osób, a następnie ich kolejne małżeństwo, jako coś najbardziej naturalnego. Zachętą do rozwodów są też niektóre rozwiązania społeczne defaworyzujące rodziny pełne. Na przykład do przedszkola łatwiej jest się dostać dziecku wychowywanemu tylko przez jednego z rodziców, zatem wiele par nie zawiera związku małżeńskiego, żyje w konkubinacie, tylko po to, by mieć łatwiejszy dostęp do tego przedszkola. Samotni mogą też rozliczać się wspólnie z dzieckiem z urzędem skarbowym czego są pozbawieni małżonkowie wspólnie je wychowujący w tym rodzice wielodzietni, którzy są w najtrudniejszej sytuacji materialnej.

 

Antoni Szymański

Czy wychowywanie dziecka w pojedynkę jest bardziej ekonomiczne?

 

Nie, z badań wynika, że ich sytuacja jest trudniejsza po rozwodzie. Tworzy się jednak rozwiązania ku temu popychające. Skrajnym tego przykładem było funkcjonujące jeszcze kilka lat temu prawo, wedle którego rodzinie ubogiej ze statusem samotnie wychowującej dzieci przysługiwała znacząca pomoc. Spowodowało to ogromny wzrost liczby rozwodów i separacji szczególnie w tych rejonach Polski gdzie bieda jest większa.

 

A gdzie w tym wszystkim dzieci?

 

W moim przekonaniu podstawowym prawem dzieci jest prawo do wychowania w pełnej, normalnej rodzinie. O przestrzeganie tego prawa mało kto się troszczy. Nie słyszałem np. żeby Rzecznik Praw Dziecka, który przecież stoi na straży jego praw dziecka eksponował to prawo. Mówi się o wielu innych prawach, które nie mają takiej wagi, zaś to najważniejsze – jest przemilczane.

 

Konsekwencje tego oczywiście najbardziej uderzają w dzieci?

 

Dokładnie, potem w dorosłym życiu takim dzieciom z rozbitych rodzin dużo trudniej wejść w trwałe, dojrzałe związki. Ich doświadczenia życiowe i przeżycia powodują, że często same nie będą potrafiły stworzyć stabilnej relacji. Im więcej samotnie wychowanych dziś dzieci, tym więcej rozbitych rodzin w przyszłości. Skoro rozwód bywa wstrząsem dla dorosłych, to jest trzęsieniem ziemi dla dzieci.

 

Odpytywana przez najnowszy „Wprost” dr Ewa Woydyłło zdaje się mieć inne zdanie. Mówi, że jeśli rodzice „potrafią się rozwieść bez wrogości, to dzieci zawsze zyskują”. - Rodziców nie tracą – mają pokój u mamusi, pokój u tatusia, a jeżeli mamusia znajdzie jakiegoś pana z dziećmi, to mają dodatkowych braciszków. W ten sposób powstają tzw. patchworkowe rodziny – jakby poskładane z resztek wcześniejszych rodzin – mówi psycholog.

 

Oczywiście, dużo lepiej jest, kiedy rozwód przebiega bez agresji, zbędnego napięcia, ale najlepszym rozwiązaniem, nie tylko dla dzieci, byłoby gdyby ich rodzice potrafili się porozumieć. Dojść do kompromisu, rozwiązać sporne kwestie, być może przy pomocy mediatora, poradnictwa małżeńskiego albo terapii rodzinnej, poprawić swoje relacje i być razem.

 

Ale przecież dziś, rzadko kiedy proponuje się jakieś mediacje. Rozwód jest szybszy...

 

To jest właśnie pytanie – czy my pomagamy małżeństwu rozwiązać jego kryzysy, czy popychamy ku, na krótką metę, łatwiejszemu rozwiązaniu, czyli rozwodowi. Sześć lat temu została wycofana procedura pojednawcza w sprawach rozwodowych, która przecież niewiele kosztowała, a jednocześnie dużo wnosiła. Była nie tylko próbą pojednania, ale także czasem dla małżonków, by jeszcze raz wszystko przemyśleli. Doświadczenie pokazywało, że wiele związków udało się uratować. Czyli można poprawić prawo, ale nikt tego nie robi.

 

A jakie rozwiązania można by wprowadzić?

 

Przedwe wszystkim trzeba rzetelnie mówić o skutkach rozwodów dla dorosłych i dla dzieci. Z badań wynika, że spora cześć rozwiedzionych małżonków żałuje swojej decyzji ale nie znali wszystkich skutków rozwodu i nikt im nie pomógł. Trzeba też zaprzestać defaworyzowania rodzin pełnych w stosunku do samotnie wychowujących dzieci. Szczególne uprawnienia dla samotnych zniechęcają do życia poza związkiem małżeńskim. Skonfliktowanych małżonków nie stawiałbym na pozycji już przesądzonej, szukałbym raczej rozwiązań, które mogą im pomóc. Trzeba tworzyć ośrodki poradnictwa, upowszechniać mediacje, a nie je zawężać, poprawiać rozwiązania prawne, również w zakresie rozwodowym, a nie ułatwiać rozwody, czynić je jak najprostszymi i najtańszymi, etc. Mówienie o rozwodach w lekkim, przyzwalającym tonie, to oszustwo.

 

Rozmawiała Marta Brzezińska

Komentarze

anonim2011.08.23 12:42
<p>Rozwodnicy zawierający powt&oacute;rne małżeństwa rozwodzą się jeszcze częściej. Rozw&oacute;d nie jest rozwiązaniem problem&oacute;w, a jedynie ucieczką przed nimi.</p> <p>.</p> <p>Sakrament małżeństwa zawiera wspaniałą obietnicę Boga, że jeżeli życie małżeńskie będzie budowane na skale, czyli na Chrystusie każdy problem będzie można rozwiązać. Przymierze małżeńskie jest zawierane r&oacute;wnież między Bogiem a małżonkami.</p> <p>&nbsp;</p>
anonim2011.08.23 13:01
<p>Dlaczego wszyscy tak upraszczają kwestie rozwodowe. Media upraszczają, pan Antoni Szymański też upraszcza, bo przecież nie każdy rozw&oacute;d wynika z \"widzimisi&oacute;w\" małżonk&oacute;w. Czasem sytacje są naprawdę trudne, alkohol, przemoc, pozostawienie małżonka. Strona pokrzywdzona, opuszczona dostaje podw&oacute;jnego kopa w tyłek. Od swojego małżonka, kt&oacute;ry pokazał mu wała i od środowiska Kościelnego. Taki człowiek nie ma prawa być szczęśliwy,&nbsp; i choćby miał od Boga powołanie do życia w rodzinie, to nie może. Bo mąż/ żona zostawił/a, a związek nowy jest grzeszny. Nie może kochać i być kochanym.</p> <p>Przykład: żona zostawia męża dla starszego mężczyzny, po dw&oacute;ch latach stwierdzając, że nigdy go nie kochała. W Sądzie Biskupim sprawy nie rozpoczną, bo po pierwsze brak jest świadk&oacute;w, po drugie to co, że nie kochała, to nie jest pow&oacute;d, by uznać małżeństwo za nieważne. Młody człowiek zostaje sam. Ma 26 lat i do końca życia skazany na samotność. Bo go żona zrobiła w trąbę. Może czekać na swoją żonkę. 10, 20 30 lat. Przyjdzie skruszona po 30 latach, że chce wr&oacute;cić, bo jest schorowana, jej \"kochanek\" umarł, a jej nie ma kto pieluch zmieniać. Ona też ślubowała.</p> <p>Rozw&oacute;d to dramat i nie każdy podchodzi do tego jak do zmiany skarpetek. Nie osądzajcie tak wszystkich jednoznacznie.</p>
anonim2011.08.23 14:59
<p><span \"font-size: small;\"><strong \"padding: 0px; margin: 0px;\"><span \" : verdana, geneva;\">\"Odpytywana przez najnowszy &bdquo;Wprost&rdquo; dr Ewa Woydyłło zdaje się mieć inne zdanie. M&oacute;wi, że jeśli rodzice &bdquo;potrafią się rozwieść bez wrogości, to dzieci zawsze zyskują&rdquo;. - Rodzic&oacute;w nie tracą &ndash; mają pok&oacute;j u mamusi, pok&oacute;j u tatusia, a jeżeli mamusia znajdzie jakiegoś pana z dziećmi, to mają dodatkowych braciszk&oacute;w. W ten spos&oacute;b powstają tzw. patchworkowe rodziny &ndash; jakby poskładane z resztek wcześniejszych rodzin &ndash; m&oacute;wi psycholog. </span></strong><strong \"padding: 0px; margin: 0px;\"><span \" : verdana, geneva;\">Przecież to najzwyklejsze kłamstwo, w artykule pani dr Woydyłło napisane jest coś wręcz przeciwnego! Cytuję: \"Dla dziecka zawsze jest traumą utrata rodzica. Dziecko cierpi r&oacute;wnież wtedy, gdy widzi awantury. Często bierze za nie odpowiedzialność na siebie.\" &nbsp;Nigdzie w dalszej, lub wcześniejszej części wywiadu nie znajdzie się nic, choćby w najmniejszym stopniu, podobnego do sł&oacute;w włożonych jej w usta przez panią redaktor Brzezińską (nie m&oacute;wiąc już o tym, że z pomocą cudzysłowia, jakby dokładnie takie zdanie padło z jej ust podczas wywiadu), wypowiada się w zupełnie innym tonie, w skr&oacute;cie - rozw&oacute;d zawsze jest złem i traumą zar&oacute;wno dla eksmałżonk&oacute;w, jak i dzieci. Proszę o zachowanie pewnej uczciwości i rzetelności dziennikarskiej, bo takie zachowanie kompromitują Panią i ten portal. Pozdrawiam.&nbsp;</span></strong></span></p>
anonim2011.08.23 15:37
<p>Kobier,&nbsp; radzę jeszcze raz wr&oacute;cić do wywiadu, bo może coś przeoczyłeś. Dr Wydyłło owszem, m&oacute;wi, że \"Dla dziecka zawsze jest traumą utrata rodzica\" ale dalej ciągnie: \"Jeżeli ludzie nie chcą już być ze sobą, ale potrafią się rozwieść bez wrogości, to dzieci zawsze zyskują\". A jeszcze dalej - dokładnie tak, jak zacytowałam. Więc zanim zarzucisz komuś manipulację, sam nie manipuluj i nie ucinaj cytatu tam, gdzie Ci to pasuje.&nbsp; Autorka &nbsp;</p>
anonim2011.08.23 19:25
<p>Skutki rozwod&oacute;w są zwykle niedobre, ale co autorka na to, że małżonkowie za nic nie chcą się pogodzić? Co, jeśli mieszkają razem, codziennie się żrą, zatruwają życie sobie i dzieciom? I jeszcze jedno, co powinno być istotne dla redakcji: w Ewangeliach Jezus w jednym miejscu (Mt 5:32) zabrania się rozwodzić, a w innym (Mt 19:9) pozwala ze względu na \"porneię\". No więc zabrania czy pozwala?</p>
anonim2011.08.24 10:58
<p>@Sauelios</p> <p>oddalenie żony może się dokonać na drodze rozwodu lub separacji. W przypadku nierządu można sobie pozwolić jedynie na separację. Katechizm KK m&oacute;wi - chyba dobrze to zapamiętałam, chociaż przepraszam, że nie potrafię się dziś zmusić do wyszukania konkretnego fragmentu, że po zdradzie można zrezygnować z pewnych obowiązk&oacute;w małżeńskich, ale oczywiście nie wolno iść ponownie do ślubu. Chociaż jest też powiedziane, że zdradzony małżonek może wspaniałomyślnie przyjąć swojego ślubnego/ślubną ponownie. Nie ma się co jednak martwić, to nie jest jakaś niesp&oacute;jność Jezusa :) Zresztą, do separacji mają prawo także ci małżonkowie, kt&oacute;rzy są bardzo krzywdzeni duchowo czy materialnie, a także muszą uchronić swoje dzieci przed krzywdami. Katolicyzm jest tu bardzo zdroworozsądkowy.</p>
anonim2011.08.25 13:35
<p>@Nab: Nie wyobrazam sobie duszpasterstwa rozwodnik&oacute;w. Lepsze jest indywidualne kierownictwo duchowe. Rozwodnicy powinni uczestniczyć w \"zwyklym\" duszpasterstwie, wśr&oacute;d rodzin, dzieci, mlodziezy. W og&oacute;le nikogo nie mozna nazywac rozwodnikiem, bo czlowiek jest istotą o wiele głębszą i ciekawszą. To tak jakby o Jezusie m&oacute;wic tylko, ze został ośmieszony i porzucony przez swoją małżonkę-Kości&oacute;ł.</p>
anonim2011.08.26 18:18
<p>Drodzy Lady_zgago i Nab, bardzo dziękuję za Wasze głosy. Ja właśnie jestem żoną (choć zgodnie z doktryną sama nie wiem czym, sama o sobie m&oacute;wię Samarytanka) opuszczonego i wykopanego mężczyzny. Dodam: wykopanego przez żonę i c&oacute;rkę, kt&oacute;ra nawet nie raczy zapytać od czasu do czasu, czy jej tatuś jeszcze w og&oacute;le żyje. Przez rozkoszną żonką, kt&oacute;ra go zdradzała na oczach całego miasta. Trwa ten nasz związek (bo jak wiem, nie mamy prawa nazywać się małżeństwem) od 20 lat i ciągle widzę skutki traumy rozwodowej, kt&oacute;ra stała się jego udziałem. Nie otrzymaliśmy daru czystości, ale za to mamy inny: wspaniałego i kochanego syna, kt&oacute;ry właśnie zdał maturę i dostał się na studia. Traktujemy się poważnie, tak jak traktują się małżonkowie, czerpiąc radość nie tylko ze wsp&oacute;lnego życia ale i z małżeńskiej bliskości, kt&oacute;ra nie jest uświęcona, ale daje nam ogromne poczucie jedności.</p> <p>Ja nie miałam żadnych zobowiązań. Ofiarowałam moje życie mężowi. I zaryzykowałam zbawienie, choć uratowałam człowieka i dałam początek nowemu życiu. Pod względem religijnym, bo jesteśmy religijni, jest nam jednak coraz ciężej. Czujemy się odepchnięci i odrzuceni przez Kości&oacute;ł. Rozumiemy naszą sytuację i z pokorą ją znosimy nie oczekując niemożliwego. Czujemy się co najmniej ignorowani, o ile nie odepchnięci. W ostatnim czasie wreszcie się odważyłam, bo dotąd ze wstydu odwagi mi brakowało, i podjęłam szereg pr&oacute;b ustalenia naszej sytuacji i zbliżenia się do wsp&oacute;lnoty. Ostatnia ławka w kościele jest oczywista, ale serce pała i pragnie Pana. No i co się stało? Ano nic. Albo ktoś nie ma czasu, albo okazuje brak zainteresowania, choć powinien (Byłam w pewnym świętym miejscu w Polsce, gdzie nawet poprosiłam o indywidualną rozmowę z duchownym, pierwszą po 20 latach, o czym mu powiedziałam. I co? i nic. Robił wrażenie, że traci przy mnie sw&oacute;j cenny czas. Nawet przypisanych mi 30 min. nie był w stanie wytrzymać. Wyszłam wcześniej. Niech mu Pan tego nie zapamięta.), albo coś się odbywa w ramach jakichś tajnych komplet&oacute;w, jakbyśmy byli (nie tylko ja, ale też jak widać inni niesakramentalni) zadżumieni i trzeba nas separować od og&oacute;łu. Wielu tego nie wytrzymuje i odchodzi. Czy Kości&oacute;ł stać na taką rozrzutność? Co zrobi ten i &oacute;w, gdy kiedyś Ktoś zapyta: Czy daliście im jeść? Czy daliście im pić? Czy okryliście ich nagość? Cy pomogliście im wyplątać się z cierni, w kt&oacute;re sami się wpakowali?</p> <p>Wiem, teraz ktoś z mocnych w wierze zapewne mnie zapyta, czy ja wiem, o co ja zostanę zapytana. Ot&oacute;ż oświadczam, że wiem, drżę przed tym z przerażenia i płaczę po nocach. Czy m&oacute;j płacz z rzeczywistego powodu, bo moje życie i życie mojego męża jest zagrożone, bo stoimy na krawędzi piekła, czy to w og&oacute;le na kimś robi wrażenie? Ot&oacute;ż nie! Nikt ze mną nie płacze, nikt mnie nie pociesza, nikt mi nie m&oacute;wi, że jestem przez Kości&oacute;ł kochana i tam potrzebna. No może nie do końca jest tak. Czasami łaskawie ten i &oacute;w przyzna: też jesteście Kościołem, ale zaraz szybko dodaje: bo to wy sami odwr&oacute;ciliście się od Boga, od Kościoła. Oświadczam wszem i wobec: Nigdy nie odwr&oacute;ciłam się ani od Boga, ani od Kościoła. Ja Boga obraziłam i pokutuję za to już tu, na ziemi a pokuta jest gorzka i w osamotnieniu. Szczęśliwi, kt&oacute;rzy Boga nigdy nie obrazili pychą, brakiem miłosierdzia, brakiem miłości i wsp&oacute;łczucia. Szczęśliwi tu na ziemi i oby nie usłyszeli kiedyś....</p> <p>Są też oczywiście i obelgi. Jeden znany i powszechnie szanowany kaznodzieja dominikanin w jednej z wielu swoich książek odpisuje łaskawie jednej z nieszczęśliwych niesakramentalnych na jej błaganie o radę i rozpacz, bo to naprawdę było w jej liście,&nbsp; podając serię cytat&oacute;w ze Starego i Nowego Testamentu, z kt&oacute;rych jasno wynika, że jest Samarytanką, nierządnicą, cudzołożnicą i na nic nie może liczyć. Ja też to wiem. I ani słowa litości. A serce miało być z ciała a nie z kamienia, Drogi Kaznodziejo. A Miłosierdzie ma przecież iść przed Sądem.&nbsp;</p> <p>W obliczu tych wszystkich wydarzeń, tych i innych pr&oacute;b przeze mnie podejmowanych zaproponowałam mojemu mężowi rozw&oacute;d, powr&oacute;t do żony i przedstawiłam sprawę także naszemu synowi. Jak myślicie, jaka była ich reakcja? No kto zgadnie?</p>
anonim2011.08.26 19:09
<p>w takim razie ja coś napiszę: jest jeszcze szansa na bycie związkiem nie dzielącym łoża. To jest wykonalne. Można nawet w związku niesakramentalnym się nawr&oacute;cić i włączyć się na powr&oacute;t do Kościoła. Trzeba jednak zrezygnować z grzech&oacute;w ciężkich. Wiedza na temat takich sytuacji jest og&oacute;lnie dostępna. A nie można wr&oacute;cić do Kościoła czysto uczuciowo. Trzeba zrezygnować z pewnych przyjemności i zaufać Panu, że ma dla nas coś znacznie większego niż na przykład uciechy cielesne. Nie ufam takim płaczliwym listom, ponieważ wiem, że człowiek naprawdę chcący kochać Boga zrezygnuje ze znacznie większych rzeczy niż związek z drugim człowiekiem, kt&oacute;ry powoduje grzech i zgorszenie. W Kościele jest masa pomocy. Tylko prawdziwa pokora polega na tym, że się człowiek nie zraża nawet wieloma nieudanymi rozmowami duszpasterskimi i nie ma postawy roszczeniowej. Wręcz przeciwnie. Przykre doświadczenia traktuje jak pr&oacute;bę prawdziwych intencji, a nie jak coś, co nie ma prawa go spotkać. Grzech ciężki to radykalna nieprzyjaźń z Bogiem P&oacute;ki się tego do końca nie wie, to nie wie się r&oacute;wnież, że się na pomoc nie zasługuje. Tylko się o nią pokornie błaga, a ona wreszcie, po chwilach pr&oacute;b z g&oacute;ry, przychodzi i odnawia życie. Ale nie na zasadach: ja nadal grzeszę i coś sobie chcę z mojego grzechu zostawić, ale całe swoje życie od pewnego momentu kieruję w stronę walki z własnym grzechem. Tyle mogę poradzić. I nie jest to złośliwość.</p>
anonim2011.08.26 19:23
<p>Droga Abcd, najserdeczniej dziękuję za zrozumienie i brak zaufania. I za tyle serca. I obyś nie musiała nigdy znaleźć się w podobnej sytuacji.</p>
anonim2011.08.26 19:29
<p>Odwołując się do poprzedniczki, kt&oacute;ra pisałą komentarz przed Abcd. Zgadzam się z Tobą w 100 procentach, być może dlatego, iż jestem w podobnej sytuacji. M&oacute;j narzeczony r&oacute;wnież został opuszczony przez żonę, kt&oacute;ra po dw&oacute;ch latach stwierdziła, że go nikgdy nie kochała. Mimo, iż wiem jaka będzie nasza sytuacja po ślubie w Kościele, chce z nim być, bo wiem, że to B&oacute;g postawił go na mojej drodze. Bardzo często słyszę r&oacute;żne \"porady\". Tylko zawsze radzą nam szczęśliwe małżeństwa, kt&oacute;re nie przeżyły 1/10 tego co my. Łatwo powiedzieć: zostaw go, nie uprawiajcie seksu, kiedy nic takiego nikogo nie dotyczy. Wierzę, że B&oacute;g osądzi nas sprawiedliwie, pamiętając o naszych przewinieniach i grzechach, ale r&oacute;wnież pamiętając nasze zaangażowanie, Miłość, wzajemny szacunek.</p>
anonim2011.08.26 19:32
<p>I nie chodzi tu o płączące listy, bo to są żywe odczucia ludzi. Ludzi, nie Boga, ludzi, kt&oacute;rzy nie zawsze potrafią być heroiczni. Nie wymagajmy czegoś od innych, jeżeli sami nie jesteśmy wstanie tego spełnić.</p> <p>&nbsp;</p>
anonim2011.08.26 21:37
<p>Szanowny Nab,</p> <p>Jak najbardziej postawy, kt&oacute;re opisujesz, są godne uznania, szacunku. Faktem jest, że takie osoby zostawione są same sobie i brak odpowiedniej pomocy, duspzasterstwa os&oacute;b porzuconych czy też innej pomocy. Kwestia potraktowania wsp&oacute;łżycia jako wygody - z tym się nie zgodzę, ale to m&oacute;j punkt widzenia. Zależy kto jak seks traktuje. Dla mnie jest najwyższym wyrazem szacunku i jedności z drugim człowiekiem. Z człowiekiem, kt&oacute;rego kocham. Ale rozumiem, że w oczach Kościoła grzeszny.</p> <p>Chciałam zapytać o Twoją sytuację, jeśli można. Bo piszesz, że to wcale nie takie trudne. Pytam z ciekawości, nie musisz odpowiadać.</p> <p>Pozdrawiam</p>
anonim2011.08.26 22:32
<p>Nic nie usprawiedliwiam. Za to ty uog&oacute;lniasz.</p>
anonim2011.08.26 22:33
<p>Poprawka - Ty, przepraszam, pośpiech.</p>
anonim2011.08.26 22:52
<p>Nab, w życiu człowieka bywają r&oacute;żne momenty. Być może jest tak, że jedni sobie z tym radzą, inni nie. Rozw&oacute;d zawsze będzie złem, porażką człowieka w najważniejszej kwestii. Ale człowiek jest słaby, upada. Nie chciałabym się rozpisywać na temat mojej sytuacji, ale mogłam zostać żoną \"gorliwego katolika\", kawalera, człowieka powszechnie szanowanego za postawę, jaką reprezentował. I ten szanowany człowiek, epatujący swoją wiarą, zostawił mnie dwa miesiące przed ślubem. W chorobie. Z przyczyn, że tak powiem, czysto estetycznych. Widocznie tak chciał B&oacute;g, tego nie wiem. Mojego \"rozwodnika\" poznałam w trudnych dla mnie chwilach. Tak jak przyjaci&oacute;ł poznaje się w biedzie. Wierze, że to B&oacute;g mi go posłał. On też łatwo nie miał w życiu. Zasługuje na Miłość, kt&oacute;rej jego żona się wyparła. To tyle...</p>
anonim2011.08.26 23:16
<p>Kochani, to ja anonimowa Samarytanka i.... Każda historia jest inna i każda jest trudna. Nikomu nie jest łatwiej, nawet, gdy się jest z kimś w kolejnym małżeństwie, czy jak to wolno mi nazywać. Ale takich historii jest wiele, coraz więcej i ktoś powinien się tym zająć, bo to jest nasze życie. Tylko takie mamy. Oczywiście można wygłaszać doktrynalne poglądy, bo tak jest łatwiej, bo zachowujemy święty spok&oacute;j. Nasz spok&oacute;j.</p> <p>Co nie zmienia sprawy. Ona nadal jest. A On nie przyszedł do dobrze się mających. A pod Jego Krzyżem obok Jego Przenajświętszej Matki i Ukochanego Ucznia stała Samarytanka, obok wisiało dw&oacute;ch łotr&oacute;w a przed Nim stali poganie, z kt&oacute;rych ten i &oacute;w się wtedy nawr&oacute;cił. Sanhedrynu tam nie było.</p> <p>Drodzy Samarytanie, sami, czy w związkach stoimy pod Krzyżem, trzymamy Go. Co to jest, jak nie nawr&oacute;cenie. Co to jest, jeśli nie Łaska.</p> <p>Nasze historie nie pasują do ładnych zbior&oacute;w zbożnych świadectw. Ale to są nasze historie. Innych nie mamy. W każdym razie, to jest moja droga. Rozw&oacute;d jest największą tragedią, jaka może spotkać rodzinę. Związek niesakramentalny jest tragedią. Dla wszystkich. Samotność z wyboru wbrew naturze jest tragedią. Takie są nasze krzyże.</p> <p>Ja tylko proszę, żeby ktoś mi pom&oacute;gł nieść ten m&oacute;j krzyż. Ja tylko proszę o modlitwę i dobre słowo. Żeby nie wpaść w tę przepaść. I nie są to głupie emocje.</p> <p>A seks. No doprawdy, jeśli ktoś tu myśli, że to tylko folgowanie sobie, niczego nie rozumie.</p> <p>Dobrej nocy!&nbsp;</p>
anonim2011.08.27 10:37
<p>Kochani,</p> <p>to ja nanonimowa. Przyznajcie, kto mi usunął m&oacute;j ostatni komentarz? To było z miłości i miłosierdzia?</p>
anonim2011.08.27 10:45
<p>Anonimowa,</p> <p>chyba dam sobie już spok&oacute;j z dalszymi komentarzami. M&oacute;j przedostani usunięto, ciekawe dlaczego a ostatni sama zgłosiłam do usunięcia.</p> <p>Rzeczywiście, po co komu zadżumione komentarze.</p>
anonim2011.08.27 14:24
<p>jak zawsze w centrum ludzie stawiają tylko własne b&oacute;le, a prawie nigdy nie uważają za ważniejsze, że Chrystus cierpiał niewinnie. Żądają zrozumienia, a Chrystusowi nie chcą go dać, poprzez porzucenie grzech&oacute;w. I proszę nie m&oacute;wić, że takie słowa pochodzą tylko od os&oacute;b, kt&oacute;re nie doświadczyły trudnych sytuacji. Nie wszyscy uważają się za ważniejszych od Chrystusa, niekt&oacute;rzy naprawdę zrezygnowali z własnych przyjemności i mogą pouczać</p>
anonim2011.08.27 18:15
<p>\"Wasze \"nie\" wobec tej zmiany i to jest największy problem niesakramentalnych - to \"nie\".\"</p> <p>Tym razem ty oceniasz i upraszczasz; do wielu decyzji trzeba dojrzeć, to jest ten czas, kt&oacute;ry trzeba sobie dać.&nbsp;</p> <p>&nbsp;</p> <p>\"Lady_zgaga - widzisz, Ty już osądziłaś, potępiłaś i wyszydziłaś pisząc słowa \"... \"gorliwego katolika\"...\" czy : \".... I ten szanowany człowiek, epatujący swoją wiarą, zostawił mnie dwa miesiące przed ślubem...\" - a wolałabyś, żeby nie wytrzymał&nbsp; obowiązk&oacute;w ywnikajacych z Twojej choroby, w dodatku w sytucji gdy złożyłby przsięgę , że Cię nie opuści i opuścił Cię kr&oacute;tko po ślubie robiąc wtedy znacznie większą krzywdę i Tobie i sobie? Czy tak?, bo mogłabyś go poszarpać finansowo alimentami na Ciebie i miałabyś lepsze samopoczucie, że i on poszedł w grzech, naraził swoje zbawienie? Tak? Tak byś chciała?\"</p> <p>&nbsp;</p> <p>Nie, tak bym nie chciała. Ale to \"gorliwy katolik\" nie było wyszydzeniem, ale Ty wiesz lepiej. Cieszę się, że nie doszło do ślubowania, bo gdyby choroba wyszła po ślubie, byłby klops. Ale dla człowieka kt&oacute;ry m&oacute;wi, że kocha, jest człowiekiem wierzącym, choroba i w gruncie rzeczy mało znaczący defekt estetyczny nie powinien stanowić problemu. To świadczy tylko o nim.</p> <p>Nie czuję urazy do katolik&oacute;w, bo sama katoliczką jestem. Nie rozumiem, gdzie to wyczytałeś.</p> <p>\"Powt&oacute;rzę - nikt nie wymaga rozbicia rodziny także wtedy gdy to rodzina kolejna, wymaganie dotyczy jedynie zmiany wyboru grzechu. Taka sytuacja, o jakiej piszecie, w Kościele określona jest jako publiczne i trwałe cudzoł&oacute;stwo - wystarczy z niego zrezygnować, iść do spowiedzi i macie Euchrystię ponownie dostepną.\"</p> <p>Życie jak brat z siostrą ma chyba zasadniczą pułapkę. To znaczy, to jest takie robienie Pana Boga w trąbę. To nic, że nie żyjemy ( czy też jeden z małżonk&oacute;w) ze swoim sakramentalnym mężem/żoną, jemy z innym, rozmawiamy, kochamy innego, ale z nim nie wsp&oacute;łżyjemy. Idąc tokiem myślenia Kościoła - takie p&oacute;ł cudzoł&oacute;stwo. Bo i tak nie zyjemy z tym sakramentalnym mężem, i wszystko inne dzielimy z innym cżłowiekiem - byle nie łoże. Publicznie czy nie publicznie - zawsze będzie zgorszenie, bo na czole sobie nie wypale, że z mężem cywilnym nie sypiam. To tylko tak dla zobrazowania. Pozdrawiam...</p>