05.02.18, 19:45Fot. Zbigniew Czernik via Wikipedia, CC BY 3.0

Wojciech Sumliński: Żydzi po raz kolejny napluli nam w twarz

Już dawno żadna informacja nie zmartwiła mnie tak bardzo, jak ta sprzed kilku dni podana przez portal Onet.pl, według której pani ambasador Anna Azari, decyzją premiera Benjamina Netanjahu, zostanie odwołana do Izraela, w efekcie czego placówka dyplomatyczna tego państwa pozostanie bez ambasadora.

Informacja ta zmartwiła mnie bynajmniej nie dlatego, że - jak wskazywał podany news - wskutek decyzji swoich przełożonych ambasador może opuścić Polskę, ale wyłącznie dlatego, że dotarło do mnie, iż właśnie bezpowrotnie tracimy szansę zachowania się godnie. A tracimy tę szansę na własne życzenie, bo miast w odpowiedzi na bluźniercze oszczerstwa - uderzające w cały naród i w pamięć o naszych Rodakach, którzy milionami złożyli życie na ołtarzu walki z nazistowskimi Niemcami - wyartykułowane przez tę załganą osobę wyrzucić ją z Polski, pozwalamy, by to jej przełożeni odwołali ją do Izraela. Zastanawiałem się, dlaczego tak się stało - dlaczego nasze władze zachowały się tak powściągliwie, by nie powiedzieć po prostu tchórzliwie, i pozwoliły bez protestu, by Żydzi po raz kolejny napluli nam w twarz.

A zaraz potem zacząłem się zastanawiać, co by się stało, gdyby polski ambasador w Izraelu, w obecności premiera i przedstawicieli innych władz tego państwa, pozwolił sobie na „wykład” o tym, jak to Żydzi tysiącami haniebnie zdradzili kraj, którego byli obywatelami, jak witając kwiatami i bramami tryumfalnymi wkraczających do Polski w 1939 sojuszników Hitlera, Sowietów (tak było na przykład w Białej Podlaskiej, gdzie teraz mieszkam), a zaraz potem denuncjowali rodziny polskich żołnierzy i patriotów, wywożone następnie wskutek tych donosów setkami tysięcy na „Nieludzką ziemię”, z której wielu nie powróciło do Polski już nigdy. Zastanawiałem się, co by się stało, gdyby w trakcie takiego przemówienia ambasador polski w Izraelu równocześnie zwrócił uwagę na oczywiste fakty i wskazał konkretne przykłady, jak to Żydzi tysiącami współpracowali z nazistowskimi Niemcami przyczyniając się do holokaustu swoich współbraci. Zastanowiłem się wreszcie, jak zareagowaliby izraelscy notable, gdyby na koniec takiej wypowiedzi polski ambasador przypomniał o kolejnych tysiącach Żydów wydających wyroki śmierci, rozkazy zamordowania i mordujących w katowniach UB własnymi rękami polskich bohaterów z Armii Krajowej, tylko za to, że ci przez całą wojnę walczyli z nazistowskimi Niemcami i marzyli o wolnej Polsce.

Nie wiem, czy polski ambasador mówiący o tym wszystkim, co przecież od początku do końca jest prawdą - w przeciwieństwie do kłamstw Anny Azari – wyszedłby cało z takiego spotkania. Niewykluczone, że miałby jakąś szansę – było nie było istnieje coś takiego jak immunitet dyplomatyczny. Nie mam jednak najmniejszych wątpliwości, że nie pozwolono by mu dokończyć kwestii, a jeżeli nawet, to kończyłby swoją mowę w pustej sali, bo po pierwszych taktach prawdy rzuconej Izraelitom w twarz ci wyszliby ze spotkania z miejsca rozpętując ogólnoświatowe medialne pandemonium, którego tylko drobną część stanowiłaby informacja o tym, że polski ambasador właśnie został uznany w Izraelu za persona non grata i ma w trybie pilnym opuścić ten kraj.

Tak więc o tym wszystkim, jako o straconej szansie, myślałem, gdy dowiedziałem się z Onet.pl, że przełożeni odwołali Annę Azari do Izraela. Minęło jednak kilka dni i okazuje się, że informacja nie potwierdziła się – ambasador z nosem Pinokia wciąż jest w Polsce, a więc szansa na jej właściwe pożegnanie wciąż jeszcze istnieje.

Na co zatem czekają nasi decydenci?

Chyba nie na przeprosiny, bo te, choć w oczywisty sposób należne, nie nastąpią nigdy i jest to pewne, jak fakt, że woda jest mokra - już prędzej doczekamy się kolejnych łgarstw i kolejnych pouczeń.

Wykorzystajmy zatem szansę, by zachować się tak, jak na naszym miejscu zachowałby się każdy kraj, który nie jest krajem na niby i jak zachowałby się na przykład Izrael. Wykorzystajmy tę szansę, by pokazać to nareszcie, że jesteśmy suwerennym krajem i to nie byle jakim krajem, z tysiącletnią historią, z której mamy prawo być dumni i z którym nie wolno robić takich rzeczy, jakie od lat robią z Polską Żydzi kłamiąc i szargając reputację, a tym samym naigrywając się z milionów polskich ofiar (być może to „kara” za naszą nadwrażliwość i błędną, jak widać dziś, politykę historyczną: po ulokowanych na terenie Austrii kilkudziesięciu obozach koncentracyjnych nie pozostał nawet ślad, w efekcie izraelska młodzież nie jeżdzi tam tysiącami poznając naocznie „austriackie obozy koncentracyjne” i dowiadując się o tym, jakimi to nazistami byli Austriacy, choć właśnie oni nazistami przecież byli – jeździ natomiast do Polski i tu widzi „polskie obozy koncentracyjne” i dowiaduje się o mitycznych „Polakach – nazistach”).

Tak więc podziękujmy, jak należy, pani ambasador - to mój publiczny apel do premiera i innych polskich władz!

Do prezydenta Andrzeja Dudy nie apeluje o nic.

Jest bowiem dla mnie oczywistą oczywistością, że prawdziwy prezydent Polski, czyli ten, który reprezentuje interes Polaków, a nie Izraelitów, podpisze ustawę o nowelizacji IPN bez mrugnięcia okiem – nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości! Tu bowiem o żadnym weto czy o Trybunale Konstytucyjnym i mowy być nie może. Dziwi mnie co prawda, że pan Prezydent nie podpisał ustawy momentalnie po jej przeczytaniu, ale traktuję to wyłącznie w kategoriach PR, pewnego rodzaju „gry”, która ma pokazać, ile to od niego zależy. Szkopuł w tym, że tą akurat sprawą grać nie powinien – bo że tak to ujmę, to zbyt poważna rozgrywka, by nią pogrywać. Powinien ją podpisać w trymiga i zamknąć wszelkie spekulacje. Kropka.

A co, jeśli tak się jednak nie stanie? Co, jeśli – rzecz dla mnie niewyobrażalna i która rozważam czysto teoretycznie - prezydent wolnej Polski z nieznanych mi powodów jednak nie podpisze ustawy mającej przywrócić cześć milionom polskich ofiar II wojny światowej i Bohaterom, którym łgarze z Izraela plują dziś w twarz? W takiej sytuacji, taki drobiazg, jak oczywisty fakt, że wetując tę ustawę lub odsyłając ja do Trybunału Konstytucyjnego, raz na zawsze, definitywnie, ostatecznie i już nieodwołalnie (!) - i to bez względu na to, jak będzie przebiegała jego dalsza kadencja i co jeszcze w jej trakcie zrobi oraz czego nie zrobi - straciłby moje poparcie, może nie mieć dla niego żadnego znaczenia. Może nie mieć znaczenia także i to, że nieodwołalnie – jestem tego pewien – straciłby poparcie milionów innych Polaków i jako polityk, byłby w Polsce skończony. Ale może mieć znaczenie co innego: bez względu na to, co do tego momentu zrobił i co jeszcze zrobi w całym swoim życiu, potomni zapamiętają go tak, jak zachowa się właśnie teraz – jako polskiego Prezydenta, który wbrew naciskom z za granicy i tabunom kłamców, odważnie bronił prawdy i honoru swoich Rodaków lub jako tchórza, który zdradził ideały przyświecające ufającym mu ludziom i jednocześnie zdradził swoich wyborców, którzy uwierzyli, że będzie prawdziwym Prezydentem wolnej Polski i Polaków.

To jednak rozważania czysto teoretyczne, bo nie mieści mi się po prostu w głowie, by Prezydent Polski, w tej akurat sprawie, nie zachował się, jak trzeba. W historii są bowiem takie „mosty”, których przekroczenie bądź nie, decyduje o biegu losów i dziejów - tak ludzi jak i narodów. Przed takim mostem stoimy teraz my wszyscy, a konsekwencje podejmowanych decyzji, dobre i złe, spadną na następne pokolenia. Tak bowiem, jak do momentu rozpętania całej tej zawieruchy przez Żydów - i wyłącznie przez Żydów, to trzeba mówić jasno, bo nowelizacja ustawy o IPN broni tylko fundamentalnej prawdy i jako taka powinna wejść w życie dawno temu – tkwiliśmy przed nimi w pozycji klęczącej, tak wycofanie się z ustawy choćby o milimetr rzuciłoby nas w błoto na twarz, a z tego błota nie podnieślibyśmy się już przez następne dziesięciolecia, może nawet nigdy. Pierwsze oznaki tego, co mogłoby nas czekać w takiej sytuacji, można było dostrzec już przy okazji całej tej żydowskiej hucpy z ostatnich dni, gdy na światło dzienne wylazły wszystkie upiory udające wcześniej względem Polaków życzliwość, teraz zaś, przy okazji międzynarodowej nagonki, pokazały swoje prawdziwe oblicze. Było tych upiorów mnóstwo, ale moją uwagę przykuły zwłaszcza dwa, szczególnego autoramentu. Pierwszy, to Donald Tusk. Były premier miał szansę zachować się godnie i z racji stanowiska, które zajmuje w strukturach UE mocnym głosem zadać kłam oszczercom: „polskich obozów koncentracyjnych nigdy nie było. Kropka.” Zamiast tego, uderzył w tych, którzy podjęli ryzyko obrony niewygodnej dla wielu prawdy i określił ich działania promocją „polskich obozów koncentracyjnych”, o których jakoby wcześniej słyszeli nieliczni, a teraz usłyszał cały świat. Jednym słowem zachował się, jak podlec, który posługuje się mętną, tchórzliwą narracją vide: w obliczu kłamstw trzeba milczeć, bo głośne mówienie prawdy tylko rozzłości potężnych kłamców i tym samym nagłośni kłamstwa - i taką narrację po Tusku powtórzyli liczni komentatorzy oraz publicyści. Co można odpowiedzieć na takie brednie? Po prostu prawdę, a prawda jest taka, że „polskie obozy koncentracyjne” i „Polacy – naziści”, to terminy i „marki” już tak „wypromowane” i rozpoznawalne w świecie, że doprawdy, trudno o większą ich promocję. Mogłaby coś o tym opowiedzieć Violetta Kardynał, wspaniała polska dziennikarka z Toronto w Kanadzie, której synowie „dowiedzieli się” w kanadyjskiej szkole o „Polakach – nazistach”, z oficjalnych kanadyjskich podręczników, powstałych według oficjalnego programu. W odruchu protestu Violetta Kardynał podjęła i przez wiele lat prowadziła samotną walkę przeciw tym łgarstwom, bez jakiegokolwiek wsparcia ze strony polskiego rządu, ambasady czy jakichkolwiek przedstawicieli polskich władz. Za własne pieniądze objechała pół świata docierając do setek młodych ludzi w Kanadzie, Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Niemczech, by w konsekwencji w filmie dokumentalnym zatytułowanym „Upside Down” („Do góry nogami”) udowodnić, że dla przeciętnego młodego człowieka w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, ale także coraz częściej w Europie Zachodniej, termin „nazista” jest tożsamy ze słowem „Polak”. Film powstał przed kilkunastoma laty, a od tamtej pory jest tylko gorzej. Co zatem pokazuje ten film? Tylko tyle i aż tyle, że dno zostało osiągnięte dawno temu i jedyne, co można z tym zrobić, to się od tego dna odbić, a jedynym na to sposobem jest walka o prawdę, z otwartą przyłbicą. Oczywiście jest także drugie wyjście, bo można w milczeniu na tym dnie osiąść na zawsze - ale czy to naprawdę jest dobre wyjście? To oczywiście pytanie retoryczne.

O czym więc bredzi Donald Tusk i jego naśladowcy?

Być może o tym samym, co przedstawiciele ukraińskich władz (to ten drugi rodzaj upiorów), którzy - podobnie jak Tusk - zamiast wykorzystać szansę do zachowania się godnie, i tym razem nie przepuścili nadarzającej się okazji, by pokazać, że „polskość, to nienormalność”. W tym wypadku wykorzystali nadarzającą się sposobność i przy okazji żydowskiej nagonki na Polskę dołączyli do niej swój, oczywiście krytyczny, głos. Było to kolejne z tamtej strony plunięcie Polakom w twarz w ostatnim czasie, bo jak inaczej określić kolejną obronę banderowców przez szefa ukraińskiego MSZ, a także szefa tamtejszego IPN, według którego wprowadzenie w życie w Polsce nowej ustawy IPN – piętnującej także banderyzm - „kończy dialog”? Trzeba to powiedzieć jasno: niech już nikt więcej nie opowiada nam głupot, że można zbudować cokolwiek dobrego na kłamstwie, więc dopóki Ukraińcy nie nazwą swoich zbrodni zbrodniami właśnie i dopóki katów będą uznawać za swoich bohaterów, dopóty nie może być mowy o jakiejkolwiek przyjaźni polsko – ukraińskiej, zaś brednie o rzekomym „ukraińskim buforze” - tak ochoczo lansowane przez niektóre środowiska w Polsce – jakoby dzielącym nas od agresywnych zapędów Putina są li tylko bredniami i niczym więcej. (Tak na marginesie: Z Kaliningradu do Olsztyna można dotrzeć w dwie godziny, do Gdańska w niespełna trzy i w tym żaden rzekomy „ukraiński bufor” nie przeszkodzi.)

 

Jest zatem wielka praca do przepracowania i nie łudźmy się, że ktokolwiek wykona ją za nas. Kłamstwa i manipulacje będą trwały tak długo, jak długo nie postawimy twardego oporu oszczercom – bez względu na to, z którejkolwiek bądź strony oszczerstwa by nie pochodziły. A co się stanie, jeśli jej nie wykonamy i ustąpimy pod naporem? W najlepszym razie w oczach świata pozostaniemy na zawsze narodem oprawców i tchórzy, bo – miejmy pewność – nie tylko godność, ale i bohaterów też nam zabiorą. Pewność swoją czerpię z rozmowy z Andrzejem Pileckim, synem Rotmistrza Pileckiego, którego onegdaj wiozłem z Warszawy do Kazimierza n. Wisłą, w związku z otworzeniem ulicy imienia Rotmistrza. Andrzej Pilecki opowiedział mi, jak to któregoś razu zgłosili się do niego „ważni ludzie z Hollywood” z pytaniem: „czy pan wie, że pana tata miał korzenie żydowskie? Andrzej Pilecki zaprzeczył, „rewelacje” nazwał bzdurą. W odpowiedzi usłyszał: „O pana bohaterskim ojcu wiedzą co poniektórzy w Polsce, ale nic nie wie świat. A my mamy wielomilionowy budżet i największe gwiazdy Hollywood. Proszę nie przeszkadzać, bo przecież ojciec mógł mieć korzenie żydowskie, a pan mógł o tym nie wiedzieć”. Na kolejne dementi ważni ludzie z Hollywood poprosili o przemyślenie sprawy, później przyjechali raz jeszcze, pisali i dzwonili, przekonywali i namawiali. Andrzej Pilecki nie zgodził się jednak „uczynić” z ojca Polaka – Żyda, którym przecież Rotmistrz nie był. Gdyby się zgodził, jakże „prawdziwy” mógłby powstać hit – historia bohaterskiego Żyda, który ucieka z „polskiego obozu koncentracyjnego”, a następnie zostaje zamordowany przez Polaków (bo przecież oprawcy Rotmistrza nosili polskie mundury). Taki film nie powstał tylko dlatego, że na przeszkodzie stanął dzielny syn dzielnego człowieka. I nie ważne, że film, który dzięki postawie Andrzeja Pileckiego nie powstał (pytanie jednak, czy nie powstanie, gdy go zabraknie?) nie miałby nic wspólnego z prawdą. Ważne, że byłby po tzw. „linii”, jak „po linii” jest lansowanie od lat „polskich obozów śmierci”.

Co zatem będzie dalej?

Powtórzę to, odnośnie czego nie mam złudzeń: jeśli teraz ustąpimy, na dziesięciolecia, a może i na zawsze pozostaniemy narodem tchórzliwych nazistów, kolaborantów i morderców, do którego nikt nie będzie chciał się przyznać i który za swój rzekomy „nazizm” będzie karany bez końca (wizerunkowo, politycznie, finansowo), a tym samym narodem, którego los w taki czy inny sposób został przesądzony. I nie jest to wariant pesymistyczny – nazwałbym go raczej realistycznym. I tylko od nas teraz zależy – od naszej determinacji, konsekwencji i odwagi – czy wytrzymamy tę presję, której ze wszystkich stron jesteśmy właśnie poddawani i czy tym samym odwrócimy ten straszliwy trend. Droga walki o prawdę nigdy nie jest łatwa i nie będzie łatwa także i tym razem, ale - paradoksalnie - jest prosta, bo to jedyna słuszna droga.

Wojciech Sumliński

ZA: SALON24.PL

dam