31.01.12, 09:13

Warzecha: Kropla niezadowolenia drąży skałę

 

W sobotę zdarzyło się coś, czego chyba historia III RP jeszcze nie widziała: do wspólnej akcji zorganizowali się kierowcy w wielu miastach Polski. Było kilka prób zwołania protestów przeciwko obciążeniom, jakie państwo nakłada na posiadaczy samochodów, jednak zawsze spełzały na niczym. Tym razem paru tysiącom kierowców, żądającym obniżki podatków pośrednich, zawartych w cenie paliwa, udało się skutecznie spowolnić ruch na wielu drogach. I być może, gdy idzie o kierowców,  jest to jedynie początek.


Niedawno w internecie pojawiła się mapa protestów, jakie w różnych sprawach wybuchają w różnych miejscach kraju. Cała Polska była usiana znaczkami, w sumie było ich kilkadziesiąt. Protesty przeciwko umowie ACTA, przeciwko cenom paliw, przeciwko podatkowi od kopalin, przeciwko likwidacji kolejnych szkół czy przedszkoli. Do tego dodajmy protesty, które trwają, niedawno się skończyły albo mają wielką szansę wybuchnąć, czyli protest lekarzy i farmaceutów przeciwko fatalnym ustawom refundacyjnej i prawu farmaceutycznemu oraz protesty służb mundurowych, domagających się podwyżek. Ci ostatni w końcu coś wywalczyli, ale tylko warunkowo, bo podwyżka ma pochodzić z funduszu likwidacji klęsk żywiołowych, nie jest to więc bynajmniej zwycięstwo stuprocentowe. Nie można więc wykluczyć, że jeśli w listopadzie (zakładany termin podwyżki) pieniędzy zabraknie, niezadowolenie w mundurówce wybuchnie na nowo.


Być może nie mieliśmy jeszcze w kraju od 23 lat takiego nagromadzenia niezadowolenia i tylu do niego powodów naraz. Z ostatniego badania nastrojów, przeprowadzonego przez OBOP, dowiadujemy się, że znów wzrósł pesymizm Polaków. 67 proc. uważa, że sprawy w kraju idą w złym kierunku, tylko 23 proc. sądzi, że w dobrym. Charakterystyczne, że najczęściej optymistami są m.in. badani w wieku 15-19 lat, a więc osoby, które nie były jeszcze zmuszone zetknąć się z twardą rzeczywistością braku pracy i perspektyw. Wśród 20-latków sprawa ma się już całkiem inaczej.


Wszystko to nie oznacza, rzecz jasna, że zaraz nastąpi drugi Budapeszt. Na razie to nie jest jakiś ogólnonarodowy odruch odrzucenia obecnie rządzących, jak to miało miejsce na Węgrzech. To wciąż niezadowolenie poszczególnych grup. A jednak coś się zmienia. Władza, która dotąd karmiła usypiała swoich zwolenników bajkami o szczęśliwym kraju, ma realny problem. Coraz bardziej wydaje się rozmijać z nastrojami społecznymi, co pozbawiło zwycięstwa PiS w 2007 r. Potiomkinowska wioska, jaką PO zbudowała w mediach dla swoich zwolenników, coraz wyraźniej gnije i zaczyna się sypać. Dostrzegają to nawet umiarkowani zwolennicy obecnej władzy.


Źródło problemów z używaniem metod, które dotąd zawsze się sprawdzały, jest jedno: ostatnich protestów nie da się już nijak powiązać z opozycją ani usprawiedliwić jej działaniami. Owszem, niektórzy politycy PO podejmują takie desperackie próby, wskazując – zgodnie zresztą z prawdą – na to, że PiS nie miał wcześniej do ACTA obiekcji. Tyle że prezes tej partii otwarcie przyznał się do winy w tej sprawie, a jeśli w protestach przeciw ACTA jakakolwiek partia jest widoczna, to raczej Ruch Palikota niż PiS. W przypadku protestów przeciwko ustawie refundacyjnej i prawu   farmaceutycznemu zwalanie winy na PiS jest kompletnie niemożliwe.


Przy czym protest przeciwko ACTA jest wyjątkowy i różni się od pozostałych, które obejmują konkretne branże, jak służby mundurowe albo lekarzy: jego spoiwem nie jest interes danej grupy zawodowej, ale sprzeciw wobec działań rządu, wobec jego arogancji i pominięciu interesów obywateli. Protestujących przeciwko ACTA łączy zwykle tylko to, że wszyscy korzystają z sieci i wszyscy uważają, że podpisana przez Polskę umowa może im to w jakiś sposób utrudnić. Nie łączy ich ani wiek, ani zawód, ani nawet poglądy polityczne. W tym tłumie można znaleźć i liberałów, i konserwatystów, lewicowców i prawicowców, kibiców, anarchistów, narodowców. To oczywiście ich słabość, ale także ich siła. Słabość, bo rodzi problemy organizacyjne i nie pozwoli zaoferować realnej politycznej alternatywy, ale siła, bo nie sposób ich przedstawić jako przybudówki partii opozycyjnej ani jako powszechnie nielubianej, niszowej grupy, jak to zrobiono z kibicami. Stratedzy PO muszą rozumieć, że mają do czynienia z sytuacją, gdy wprawdzie PiS na tej grupie ludzi zapewne nic nie zyska, ale Platforma może stracić.


Zapewne nie od razu. Trzeba pamiętać, że do kolejnych zaplanowanych wyborów pozostały jeszcze dwa lata. Jednak poziom społecznego niezadowolenia rośnie i powoli, po cichu, przełamuje kolejne bariery mentalne. Wśród dziś protestujących przeciwko postępowaniu rządu Tuska w sprawie ACTA jest zapewne wielu do niedawna potencjalnych albo faktycznych wyborców PO, dla których wybór tej partii był oczywisty – szczególnie w zestawieniu z PiS. Bo sukcesPlatformy brał się niezmiennie właśnie z tego zestawienia, z kontrastu pomiędzy „europejską” PO a „obciachowym” PiS. Sprawa ACTA nie przełamuje stereotypu obciachowości PiS, ale dla wielu przełamuje mentalny, wgrany w umysły przez piarowców Platformy opór przeciwko uznaniu, że Donald Tusk nie jest fajnym facetem, ale aroganckim, zadufanym bubkiem, który obchodzące ludzi sprawy ma gdzieś.


PO przez lata wygrywała kolejne wybory, bazując na tej właśnie barierze mentalnej, na utrwaleniu własnego obrazu w umysłach ludzi, którzy na co dzień nie zajmują się polityką, których zwykle nie obchodzi państwo, którzy kupowali łatwo obłudne hasło „nie róbmy polityki”. Być może jesteśmy właśnie świadkami końca tej metody, choć nie będzie tutaj żadnego spektakularnego przełomu – raczej stopniowe, ciche zmiany w ludzkich głowach. Jeśli przyjrzeć się pojawiającym się w internecie relacjom, wynika z nich, że jakaś grupa dotychczasowych zwolenników PO zaczyna rozciągać swój sceptycyzm ze sprawy ACTA także na inne kwestie, w tym nawet – co bardzo symptomatyczne – na śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej. Kropla drąży skałę.


fakt.pl