Zapowiedzi są daleko idące. Rząd federalny przygotował dokumenty pod budowę nowych elektrowni, nawet w dawnych lokalizacjach, bo „tam przynajmniej są przyłącza energetyczne”. Jednocześnie niemiecki system energetyczny – oparty w dużej mierze na OZE – wymaga stałych dopłat, co kanclerz opisuje bez ogródek: „mamy teraz system, do którego musimy stale dopłacać ogromne kwoty”.
Komentując tę zmianę tonu, Zbigniew Szczęsny zauważa, że rachunek za ideologiczne decyzje właśnie dotarł do Berlina. „Jednym słowem – wychodzi na to, co mówił Donald Trump: na samej energii odnawialnej nie da się pojechać, przynajmniej jeszcze nie teraz” – podkreśla Szczęsny. I dodaje ironicznie, że alternatywa w postaci elektrowni gazowych oznacza wzrost emisyjności oraz coraz droższe opłaty ETS.
To prowadzi do kolejnego wniosku. „Spodziewam się, że za kilka miesięcy w Brukseli zacznie się niemiecki lobbying w celu zawieszenia albo znaczącego obniżenia ETS” – prognozuje Szczęsny. Jego zdaniem dopiero wtedy „mądra Bruksela zacznie reagować”, a część opiniotwórczych mediów przyzna, że z zieloną transformacją „była jednak pewna przesada”.
Nowym elementem układanki jest też presja przemysłu ciężkiego i chemicznego, który – według danych niemieckich izb handlowych – sygnalizuje ryzyko przenoszenia produkcji poza UE z powodu cen energii. To dodatkowo wzmacnia argumenty za powrotem do atomu i rewizją unijnej polityki klimatycznej. W Berlinie nerwy puszczają – bo rachunek, który miał zapłacić „ktoś kiedyś”, trzeba regulować już teraz.
