W tej układance kluczowa jest Brazylia: lider Mercosuru i jeden z filarów BRICS, a zarazem kraj, który po 2022 r. stał się znaczącym odbiorcą rosyjskich paliw. W 2024 r. brazylijski import rosyjskiego diesla miał wzrosnąć do ok. 5,4 mld dolarów (z ok. 1,2 mld rok wcześniej) – wskazywał „Financial Times”, opisując, jak rosyjskie paliwa przejmują rynek dzięki rabatom i zmianie kierunków dostaw po europejskich sankcjach.

Trzeba jasno powiedzieć, że nie jest to detal „handlowy”, tylko twarda geopolityka – bo ropa i produkty ropopochodne pozostają fundamentem rosyjskich dochodów w czasie wojny. Niezależny think tank CREA szacował, że w samym październiku 2024 r. Brazylia kupiła rosyjskie paliwa kopalne za ok. 448 mln euro, z czego zdecydowaną większość stanowiły produkty ropopochodne.

W Brukseli argument o „finansowaniu agresji” wraca więc jak bumerang: nawet jeśli handel odbywa się formalnie poza reżimem sankcyjnym UE, to w praktyce każda dodatkowa miliardowa struga pieniędzy pomaga Kremlowi utrzymać tempo wojennej machiny. A Rosja równolegle prowadzi – jak podkreślają europejskie instytucje – działania hybrydowe: cyberataki, sabotaż, operacje wpływu i kampanie dezinformacyjne, których celem jest nie tylko Ukraina, ale też rozchwianie państw europejskich, w tym Europy Środkowo-Wschodniej.

Dlatego spór o Mercosur ma dziś podwójne dno. Z perspektywy Niemiec i całej UE to projekt gospodarczy: nowe rynki zbytu, tańsze surowce, większa skala wymiany. Komisja Europejska sama wskazuje, że porozumienie ma obniżać bariery celne i ułatwiać handel między blokami.

Z perspektywy bezpieczeństwa – to jednak także test czy Europa potrafi jednocześnie pilnować standardów, łańcuchów dostaw i szczelności presji na Rosję, gdy część globalnego Południa woli „pragmatyczną neutralność” oraz tanie paliwo.

Warto też dodać, że do Brazylii oraz innych krajów Merosuru wędrują także nawozy sztuczne z Rosji, które poza tym, że też zasilają budżet wojenny Moskwy, to całkowicie nie spełniają warunków zdrowotnych i norm Unii Europejskiej. Jaka z tego powstanie żywność, to już nie trudno sobie wyobrazić.

W styczniu 2026 r. temat przyspieszył: według doniesień Reutersa, Komisja Europejska miała sygnalizować wolę sfinalizowania umowy i doprowadzenia do podpisu – mimo wyraźnych podziałów między państwami członkowskimi.

To oznacza, że w praktyce dyskusja nie będzie już tylko o rolnictwie i taryfach, ale też o tym, czy UE nie otwiera kolejnych bocznych drzwi dla polityk, które – choć niepisane – w efekcie mogą sprzyjać rosyjskiej strategii długofalowej wojny.

Kluczowy problem nie polega na tym, że Brazylia „jest winna” wojnie na Ukrainie. Chodzi o mechanizm: Rosja traci część rynków w Europie, więc sprzedaje więcej tam, gdzie może – często taniej, ale wciąż z ogromnym zyskiem strategicznym. A gdy największe gospodarki UE, z Niemcami włącznie, toczą spory o kierunek integracji i handlu, Kreml dostaje to, czego potrzebuje najbardziej: czas, pieniądze i pęknięcia w europejskiej jedności.

Zenon Witkowski