Według wysokiego rangą urzędnika saudyjskiego, trzy państwa prowadziły „długą i intensywną akcję dyplomatyczną”, której celem było przekonanie amerykańskiego prezydenta, by dał Teheranowi czas na gesty deeskalacyjne. W tle miały pojawić się ostrzeżenia, że ewentualny amerykański atak mógłby doprowadzić do destabilizacji całej Zatoki Perskiej, uderzając także w sojuszników USA.

Napięcie gwałtownie wzrosło po zapowiedziach Trumpa, że Stany Zjednoczone mogą „przyjść z odsieczą” Irańczykom protestującym przeciwko władzom w Teheranie. Reżim odpowiedział ostrzeżeniem, że w razie ataku USA uderzy w amerykańskie cele wojskowe w regionie. W reakcji na te groźby część personelu wojskowego została ewakuowana z amerykańskiej bazy w Katarze, a żołnierze stacjonujący m.in. w Arabii Saudyjskiej i Kuwejcie otrzymali podwyższony stopień alarmowy.

Ostatecznie Trump ogłosił, że otrzymał „wiarygodne zapewnienia z drugiej strony”, iż władze Iranu wstrzymają egzekucje demonstrantów. Według źródeł AFP, do Teheranu trafił też jasny sygnał: ewentualny atak na amerykańskie obiekty w Zatoce Perskiej poważnie zaszkodzi relacjom Iranu z państwami regionu, które dotąd starały się pełnić rolę mediatorów.

Protesty w Iranie trwają od końca grudnia i zaczęły się od kryzysu gospodarczego. Szybko jednak przerodziły się w największe antyrządowe wystąpienia od rewolucji islamskiej z 1979 roku. Organizacje praw człowieka mówią o tysiącach ofiar śmiertelnych, choć skala represji pozostaje trudna do zweryfikowania z powodu niemal całkowitej blokady internetu w kraju.

Decyzja o wstrzymaniu ataku nie kończy kryzysu, ale pokazuje, że dyplomacja regionalna – przynajmniej na razie – okazała się skuteczniejsza niż demonstracja siły.