20.02.15, 10:00Okładka najnowszego numeru "Wysokich Obcasów Extra" (fot. media)

Brzezińska-Waleszczyk: Dlaczego wkurzają nas feministki? To całkiem proste!

Z okładki najnowszego numeru „Wysokich Obcasów Extra” spogląda na mnie Maja Koman, ponoć całkiem niezła artystka, autorka buntowniczych tekstów piosenek. Kobieta jest ustylizowana na bohaterkę słynnego plakatu J. Howard Millera z 1942 roku z hasłem „We Can Do It”, który z czasem stał się jednym z symboli ruchu feministycznego.

Redaktorki kobiecego (czy raczej feministycznego) magazynu postanowiły odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego tak bardzo wkurzają nas feministki i dlaczego przyznanie się do przynależności do tego środowiska to często, nawet wśród postępowych lemingów z dużych ośrodków, po prostu obciach. Odpowiedź na to pytanie wydaje się całkiem prosta i bynajmniej nie jest to, przytoczony przez samą redaktorkę naczelną „WOE”, a powtarzany przez mężczyzn, mało dyplomatyczny żart o „braku witaminy Ch”.  

Feministyczna krytyka feminizmu

Chodzi po prostu o to, co zresztą zauważają same feministki, że polski ruch feministyczny sprowadził się wyłącznie do agresywnych postulatów, pyskówek, gniewnych wypowiedzi liderek i wulgarnych prowokacji. „(...) z czym dobrym może kojarzyć się ruch, którego jedna z czołowych działaczek demonstracyjnie całuje mężczyzn po rękach w zemście za to, że potraktowano ją jak kobietę. Inna głośno mówi, że łączenie pracy zawodowej z wychowaniem dzieci jest proste (pralka pierze sama, a sprząta pewna pani). Kolejna znowu dla zabawy – ona to nazywa prowokacją! – ogłasza, że w Wigilię dokona aborcji” – wylicza Aneta Borowiec, redaktor naczelna „WOE”. 

Jej zdaniem (i nie tylko jej!), polski ruch feministyczny kojarzy się z dyskusjami pełnymi jadu, zamętu i podburzaniem. A feministki, zajęte zadymami i sianiem kontrowersji, zaniedbują te wszystkie przestrzenie, gdzie ich pomoc mogłaby się przydać.

W okładkowym artykule Natalia Waloch-Matlakiewicz ostro punktuje wszystkie grzechy główne polskich feministek. To przede wszystkim wdawanie się awantury i pyskówki (wspomniana aborcja Katarzyny Bratkowskiej czy całowanie męskich dłoni przez Kazimierę Szczukę), zajmowanie się nie tym, co trzeba (gender, płeć w literaturze i inne takie...), brak zaangażowania tam, gdzie przydałaby się ich pomoc (walka o ściągalność alimentów, o żłobki, przedszkola) czy tworzenie ekskluzywnego klubu feministek, do którego wstępu, poza adeptkami gender studies, nie ma praktycznie nikt.

Po co Polce feminizm?

Przyznam szczerze, że zaskoczyła mnie (i to nawet pozytywnie!) publikacja „Wysokich Obcasów Extra”. Bo o diagnozach, jakie wskazuje Waloch-Matlakiewicz oraz jej rozmówcy również pisałam kilkakrotnie, choćby na łamach tego portalu. Już dawno temu zauważałam, że ruch feministyczny w obecnym kształcie nie jest Polkom do niczego potrzebny – mają one prawa wyborcze, mogą studiować, pracować, zakładać rodziny (albo i nie), ba! – mają też dostęp do antykoncepcji, a wykonanie aborcji albo in vitro też nie stanowi wielkiego problemu (niestety). Do czego im więc feministki ze swoimi, powtarzanymi niczym mantra, hasłami równości (jakby jej naprawdę nie było), praw reprodukcyjnych czy gender? 

Feministek nie było, jak zauważa Waloch-Matlakiewicz, kiedy „alimenciary” walczyły o przywrócenie Funduszu Alimentacyjnego, nie było ich także wtedy, kiedy w Sejmie trwał protest matek dzieci niepełnosprawnych. Nadal nie ma ich tam, gdzie matki walczą o urlopy macierzyńskie (na razie przysługują one tylko mniej więcej połowie Polek) albo o bony opiekuńczo-wychowawcze (które wypełniłyby lukę, jaka powstaje po urlopie macierzyńskim a przed pójściem dziecka do przedszkola). Nie walczą też o większą ilość żłobków i przedszkoli, bo przecież powszechnie wiadomo, że „feministka” i „matka” to jak „ogień” i „woda”, oksymorony pomiędzy, którymi nie ma żadnego punktu stycznego. 

Matka-Polka-feministka? 

A to właśnie macierzyństwo jest tym, co działaczkom środowisk kobiecych pozwoliło dostrzec pewne wypalenie po stronie feministek, czyniące je nieprzydatnymi dla Polek. Autorka teksu w „WOE” jako pewien punkt przełomowy wskazuje wydanie książki „Matka Polka” przez Agnieszkę Graff, za którą autorkę spotkał ostracyzm w środowisku feministycznym („Graff odbiło macierzyństwo”). Wszystko dlatego, że krytyka padła ze strony, z której radykalne działaczki najmniej się tego spodziewały – z ich własnego środowiska, ze strony ostro zaangażowanej w implantację feminizmu nad Wisłą Agnieszki Graff. Zapewne prof. Magdalena Środa, która najgwałtowniej i najostrzej reagowała na „Matkę Polkę”, miała poczucie wyhodowania sobie żmii na własnej piersi, ale cóż...

Ta feministyczna krytyka feminizmu ma swoje plusy! Fakt, że jakaś konserwatystka z portalu Fronda.pl albo, co gorsza prof. Krystyna Pawłowicz (postrzegana nadal jako wróg numer jeden feministek) dostrzega fakt nieprzydatności feministycznych postulatów dla Polek niewiele znaczy dla radykalnych, zapatrzonych nie dalej, niż poza czubek swojego nosa, działaczek. Ale fakt, że krytyczny głos wypływa z samego środka, serca tego kobiecego ruchu może być punktem wyjścia do ważnej (i potrzebnej!) refleksji, nie tylko nad feministkami, ale w ogóle kobietami w Polsce.

Feministyczna krytyka feminizmu w nadwiślańskim wydaniu to zresztą nic nowego. Jak widać, po latach urządzania awantur o jeszcze więcej aborcji, darmowe prezerwatywy w szkołach czy promowanie gender-ideologii feministki (a przynajmniej jakaś ich część) zaczyna dorastać (bardzo chcę w to wierzyć!), czego efektem jest pewien namysł, także krytyczny, nad do tej pory bezrefleksyjnie powtarzanymi hasłami-wytrychami. Czytam właśnie najnowszą publikację Debory L. Spar „Supermenki”, w której także nie brak krytycznych uwag pod adresem feministek. 

Feministkom już znudziła się aborcja i gender?

Choć w swojej blisko pięćset stronnicowej książce Spar przemyca wiele radykalnych poglądów (jak choćby w kwestii małżeństwa), to wiele krzywd, jakie dzieją się współczesnych kobietom przypisuje właśnie ruchowi feministycznemu, jak choćby zarzucając mu wmówienie kobietom, że mają być perfekcyjnymi pracownicami, jednocześnie perfekcyjnie prowadzić dom, a w międzyczasie dbać o swój perfekcyjny wygląd. Nie chcę na razie pisać więcej o „Supermenkach”, zamierzam to zrobić, kiedy wreszcie przebrnę przez feministyczną (jednak) cegłę.

Wracając jednak do krytyki polskich feministek (formułowanej przez bądź co bądź, także feministki), zastanawiam się, na ile jest to autentyczne uderzenie się w piersi. A co więcej, czy taka krytyka przełoży się na realną zmianę w środowisku na przykład Kongresu Kobiet, nadal uchodzącego za sztandarową organizację polskich feministek. Autorka „WOE” krytykuje feministki za to, że stały się ekskluzywnym klubem dla absolwentek gender studies, badaczek płci w kulturze, które podejmują inspirujące (?) monologi z własnymi waginami. Ten ekskluzywny klub wyklucza matki (bo to przecież, jak wyżej wspomniałam, wróg feministki tuż po mężczyźnie), kobiety, które serio spełniają się, wychowując dzieci i gotując zupki marchewkowe czy szeroko pojęte konserwatystki i katoliczki, które przecież nie będą walczyć o aborcję czy pigułkę „dzień po”, a które jednocześnie studiują, robią kariery i choć jakoś radykalnie tego nie manifestują i nie podkreślają przy każdej możliwej okazji, to przecież nie czują się żadną miarą gorsze od facetów i absolutnie nie widzą siebie w roli ich służących. 

Katoliczka-feministka?

Co z tego wszystkiego wyniknie? Czy nad Wisłą zrodzi się jakieś prawicowe, konserwatywne skrzydło feminizmu? Ortodoksi (albo mniej dyplomatycznie – twardogłowi) zapewne już gotują się na samą myśl o takim tworze, bo przecież katoliczka nie może być feministką. Ale czy aby na pewno? Nie brak przecież wierzących kobiet, które jednocześnie w jakimś stopniu utożsamiają się z częścią (!) feministycznych postulatów (przynajmniej w tym pierwotnym wydaniu). Co więcej, żadna z katoliczek (przynajmniej tych, które znam) nie zgodziłaby się na to, by zarabiać mniej za tą samą pracę, co mężczyzna albo na to, by uznać ją za jakieś gorsze ze względu na płeć stworzenie. Ja sama, narażając się niejednokrotnie na krytykę radykalnych środowisk (tym razem po prawej stronie), nie uważam, że zostałam obdarzona jakimś specjalnym genem, który sprawia, że lepiej, niż mój Mąż odpalam pralkę albo zmywarkę. W ogóle nie rozumiem tego rozkładanego przez niektóre katoliczki parasola ochronnego nad facetami, który ma ich ustrzec przed wzięciem na siebie choćby części domowych obowiązków. Skoro obydwoje pracujemy na etacie, to dlaczego tylko jedno z nas ma mieć kolejny etat w domu – spędzając na praniu, prasowaniu, gotowaniu czy sprzątaniu kilka(naście) godzin tygodniowo? Przecież panowie świetnie radzą sobie z częścią domowych zajęć, w końcu kiedyś byli kawalerami (o ile troskliwe mamunie nie wyręczały ich we wszystkim, podając pod nosek obiadek z deserkiem swemu maminsynkowi). Inna sprawa, że w rodzinie z dziećmi nie da się „zwalić” wszystkich obowiązków na samą kobietę – wyobrażacie sobie tyrającą matkę czwórki czy szóstki dzieci, która wszystko ogarnia sama, a w międzyczasie podaje mężusiowi piwko i kapciuszki? Ja nie. Tyle tylko, że powiedzieć o sobie „katoliczka-feministka” to... właśnie, jak zauważają autorki „WOE” obciach, bo przecież feministka = gender, aborcja, pigułka „dzień po”, bezsensowny parytet, etc... Czy to się zmieni? Czas pokaże... Dobrym punktem wyjścia, byłaby reakcja prof. Małgorzaty Fuszary na skandaliczny (i skandalicznie agresywnie promowany w Polsce) film „50 twarzy „Grey’a”), który – krótko mówiąc – jest instruktażem tego, jak poniżać kobiety. Ale pełnomocniczka ds. – nomen omen – równości w sposób politycznie poprawny... milczy. A szkoda.

Marta Brzezińska-Waleszczyk 

Komentarze

anonim2015.02.20 10:10
mnie nie wkurzają feministki. dziewczyny maja prawo do swoich choć dla mnie dziwnych.
anonim2015.02.20 10:13
Panie sięgną do Biblii.
anonim2015.02.20 10:56
Odpowiedź brzmi: Gdyż mają swój rozum i nie łykają taniej propagandy na poziomie szkółki niedzielnej.
anonim2015.02.20 11:45
Na stos je wszystkie, będzie spokój. Do niczego innego się nie nadają.
anonim2015.02.20 12:52
Ciotki rewolucji bez względu na to jakiej rewolucji są poznawczo upośledzone.
anonim2015.02.20 13:31
WO nie pierwszy raz jadą polskie feministki. Oberwało im się jak pisali o dokonaniach zwykłych kobiet z kas Biedronek, które wywalczały lepsze warunki etc. Chodzi o to, że za feministki uważa się niewielka grupa idiotek, które aktualizują swoje blogaski, piszą zjadliwe felietoniki i właściwie nic konstruktywnego nie robią. Ten sam ból co z kibicami, pseudokibicami... Frondą i katolikami ;) ;)
anonim2015.02.20 15:16
@Anita Prawo jazdy na odkurzacz już zrobiłaś?
anonim2015.02.20 17:11
"Całe to najeżdżanie na feministki jest śmieszne. To działaczki i jak wszyscy działacze są nieco oderwane od grupy, którą mają reprezentować, nic w tym dziwnego czy zaskakującego, a nade wszystko robienie z tego młota na cały feminizm i jego postulaty to piramidalna głupota." Niestety należę do jednoosobowej grupy piramidalnie głupich ,dlatego proszę o łopatologiczne wytłumaczenie mi ,dlaczego najeżdżanie na feministki jest śmieszne ,o ile artykuł w ogóle gdziekolwiek się porusza , i dlaczego tak "życiowe panie" jak feministki (aborcja pokazywana jako środek do samorealizacji), krążące wokół własnego brzucha ,który jest jak najbardziej rzeczywisty odrywają się z taką łatwością od grupy którą mają reprezentować ? Przecież członkowie reprezentowanej grupy też mają brzuchy ,a w nich żołądki. Czy brzuch nie jest wspólnym mianownikiem , oprócz vaginy oczywiście wszelkich dla feministek poczynań?
anonim2015.02.20 18:32
"Ja sama, narażając się niejednokrotnie na krytykę radykalnych środowisk (tym razem po prawej stronie), nie uważam, że zostałam obdarzona jakimś specjalnym genem, który sprawia, że lepiej, niż mój Mąż odpalam pralkę albo zmywarkę." Czy Pani mąż ,uprał pani sweterek wełniany w 60 stopniach i jedwabną bluzkę i odwirował wraz z pończochą beznamiętnie na 1000 obrotów? Mój wielokrotnie ,w ferworze pomocy. Teraz brudne utykam po szafach ,żeby nie prać jednej bez sensu. To pierwszy różniący gen. Drugi , który rzadko występuje u kobiet ,to dobra jazda samochodem i parkowanie równoległe.Mężczyźni są wybitni ,kobiety najczęściej mierne.Z moich obserwacji życiowych jest tych genów mnóstwo. "W ogóle nie rozumiem tego rozkładanego przez niektóre katoliczki parasola ochronnego nad facetami, który ma ich ustrzec przed wzięciem na siebie choćby części domowych obowiązków." Z narzekań damskich wnioskuję ,że nie chodzi o brak chęci ,ale o męskie motywacje ,inne poczucie estetyki czy zwykłe zmęczenie i tymczasowy tumiwisizm.Zawsze można podpatrzeć tumiwisizm u męża i nie spinać się tak do tego sprzątania i latania w kółko."Inna sprawa, że w rodzinie z dziećmi nie da się „zwalić” wszystkich obowiązków na samą kobietę – wyobrażacie sobie tyrającą matkę czwórki czy szóstki dzieci, która wszystko ogarnia sama, a w międzyczasie podaje mężusiowi piwko i kapciuszki? Ja nie." Mąż kobiety z 4 czy 6 dzieci musi zarobić na utrzymanie. Kochająca dzieci kobieta ,zawsze znajdzie w sobie niespotykane pokłady cierpliwości , nawet kiedy dom się wali ,w przeciwieństwie do mężczyzny. Panowie szybko wymiękają przy dwójce płaczących albo bijących się maluchów i robią wojsko ,co przeważnie prowadzi do tyranii i buntu. A okazuje się ,że chodziło o znalezienie buta czy piłki. Panowie nigdy nie wiedzą co gdzie leży. I nie są w stanie odgadnąć gdzie mogłoby leżeć." Tyle tylko, że powiedzieć o sobie „katoliczka-feministka” to... właśnie, jak zauważają autorki „WOE” obciach, bo przecież feministka = gender, aborcja, pigułka „dzień po”, bezsensowny parytet, etc... " A potrzebne jest takie etykietowanie , przypisywanie i porządkowanie ludzi na kategorie? Ja nie znoszę. Wierzę w Chrystusa i tego chciałbym ,dzięki łasce , móc się trzymać przez całe życie i na miarę własnych słabości tę wiarę i przede wszystkim siebie ulepszać . A czy ja podam kapcie czy ktoś mnie ,jaka to różnica. Życie jest tak wiotkie ,że nie warto takich drobiazgów roztrząsać. Jeżeli mam o to toczyć domowe wojny ,to nie warto. Żadnych Grejów nie przeczytam i nie obejrzę (na szczęście nie jest recenzentem) bo nie muszę.
anonim2015.02.20 18:56
Feministkom zawdzięczamy wiele, min. redukcję ceny siły roboczej na rynku pracy, czego skutkiem jest ekonomiczny przymus pracy dla dwojga rodziców w rodzinie, dzięki temu reżymy mogą spokojnie "wychowywać" sobie nowych obywateli na swoją modłę (bolszewizm, gender, dewiantyzm, itp idt) bez wtrącania się rodziców. Jestem za: kobiety na traktory :D A gdy nie będą miały ochoty na macierzyństwo, to probówki (in vitro) zrobią nowych obywateli... a gdy już nie będą potrzebni to jest prawo eutanazji. Żyć pełną gębą!
anonim2015.02.20 21:49
Feminizm jest złem sam w sobie. Nie istnieją żadne "pierwotne postulaty feminizmu", z którymi utożsamiają się normalne kobiety. Bo niby jakie to są postulaty? Wszystko co się dokonało w stosunkach społecznych na przełomie XIX i XX wieku, w czasach sufrażystek, miało swoje źródło w przemianach ogólnocywilizacyjnych skutkujących zmianami w pozycji społecznej kobiet i mężczyzn. Po prostu układ: mężczyzna walczy, broni, zdobywa pokarm, a kobieta rodzi i wychowuje dzieci - który dawniej był optymalny, przestał być takim na skutek rozwoju gospodarczego. Nie było już takiej potrzeby. Ruch sufrażystek nie był przypadkowym wykwitem umysłów jakichś genialnych futurolożek (?), które coś wymyśliły i dokonały przełomu, ale był naturalną konsekwencją ciśnienia społecznego. Natomiast feministki to jest sekta. To nie jest normalny ruch społeczny, ale ruch antyspołeczny, antyrodzinny, antycywilizacyjny. Wbrew pozorom jest to także sekta antykobieca, ponieważ na siłę próbuje ulokować kobiety w roli wyznaczonej przez ideologię, wbrew samym kobietom. Zresztą artykuł wypunktował niektóre aberracje tego ruchu, a także sprzeciw kobiet wobec chorych postulatów tej sekty. Autorka artykułu dała się wmanipulować w prymitywną zagrywkę socjotechniczną feministek, które przestraszone społecznym przebudzeniem i negatywną oceną feminizmu, próbują wmawiać, że feminizm niczym Bóg, jest wszędzie wokół nas, w zasadzie każda prozaiczna czynność życiowa może zostać podciągnięta pod feminizm, jeżeli feministki tak zadecydują. Pracujesz na kasie w Biedronce? Podcierasz zadki staruszkom w domu opieki? Hura! Jesteś feministką! Dlaczego? Bo przecież pracujesz, więc jesteś feministką - jakkolwiek nie zabrzmiałoby to idiotycznie. Ta desperacja w podczepianiu feminizmu pod wszystko coś się da, jest charakterystyczna dla sekty, która jest w stanie śmierci klinicznej. Starania o lepszą ściągalność alimentów, o żłobki i przedszkola nie mają nic wspólnego z feminizmem, a wręcz odwrotnie. Feministki zwalczają instytucję małżeństwa jako rzekome zniewolenie kobiet, zwalczają posiadanie potomstwa jako rzekome ograniczenie w samorozwoju kobiet, zwalczają rodzinę jako rzekome siedlisko dominacji patriarchalnej - to dlaczego miałyby ich obchodzić żłobki i przedszkola?! Nic nie obchodzą. Nie feministki, ale kochające matki starają się o żłobki i przedszkola - matki, których feministki nienawidzą. Kobiety, które starają się o te sprawy są antytezą feminizmu, i próba podczepiania działalności tych kobiet pod feminizm jest grubym nadużyciem, i jest dla tych kobiet obraźliwe. Niepoważne jest uleganie takiej prymitywnej feministycznej manipulacji. Kiedyś marksiści i leniniści próbowali udowadniać, że Chrystus był marksistą ponieważ głosił, że wszyscy ludzie są równi. Idąc dalej tropem tego typu manipulacji można powiedzieć, że skoro muzułmanin daje jałmużnę, to jest katolikiem (Mt 6, 3-4). Takie niedorzeczne analogie można ciągnąć w nieskończoność. Oczywiście każdy rozumie, że są one fałszywe, tak samo jak fałszywe i obraźliwe jest twierdzenie, że staranie się o przedszkole ma cokolwiek wspólnego z chorym feminizmem. Niedługo okaże się, że chodzenie do pracy przez mężczyzn, to nie jest taka sobie zwykła praca, to jest "maskulinizm"!. A wypad na ryby z własnym dzieckiem, to nie jest normalny kontakt rodzic-dziecko, jaki występuje od zarania gatunku homo sapiens, o nie! To jest maskulinizm! Błagam! Niech przynajmniej redaktorzy portali internetowych nie pozwalają się manipulować. Pani redaktor powtarza wielokrotnie ośmieszone bon moty feminizmu o rzekomo "niższych zarobkach kobiet za tę samą pracę". To fałsz. Jeżeli pani redaktor wskaże źródło takich danych, to obiecuję, że osobiście stawię się na jej żądanie w jej domu, aby wcisnąć przycisk pralki, i nawet otworzę piwo jej mężowi. Jak bardzo pani redaktor uległa zaczadzeniu ideologią, widać po tym, że niemal cytuje szaleńcze postulaty feminizmu, aby ten wtrącał się w regulowanie życia domowego ludzi. Istny lewacki horror. Pani redaktor! Pora na przebudzenie! Oczywiście feminizm ewoluuje, ale nie w jakimkolwiek sensownym kierunku, bo taki kierunek nie istnieje. Ewolucja wynika z tego, że sponsorzy feminizmu spodziewają się, tak jak Dochnal spodziewał się po pośle Pęczaku, że feminizm będzie "performował", a tu klapa! Feminizm nie tylko, że nie "performuje", ale spotyka się ze słusznym społecznym ostracyzmem. Feministki próbują więc dokonać czegoś w rodzaju społecznej mimikry, podszyć się pod to, co jest na fali - aby przetrwać. To strategia pasożyta, którego przetrwalniki czekają na lepsze czasy - może kiedyś nadejdą. Póki co feministki mają pewność, że nie zginą. Czy nigdy nie zastanawiało was, jak to jest możliwe, że feminizm, który ma poparcie w społeczeństwie na poziomie 0,14% (wyniki wyborcze partii feministek), nie rozpadł się, nie obumarł śmiercią naturalną, nadal funkcjonuje, jest głośny, w samej Polsce ma tysiące działaczek, wydaje liczne pisma, ma portale internetowe, organizuje konferencje, ma światowe mityngi, słowem: idzie na to ocean pieniędzy...? Wiele pożytecznych ruchów społecznych, mający 100-krotnie wyższe poparcie, ostatecznie upadało - a tu, ruch zupełnie marginalny, niszowy, ciągle nie zdycha. Cud? Nie, to żaden cud - to potężne pieniądze od kilku najbogatszych facetów globu, faktycznych panów ziemskiego świata. Tych kilku facetów (akurat w Polsce działają tylko przez jednego z nich, założyciela wielu fundacji), postanowiło przemienić świat w sobie tylko wiadomym kierunku i celu, dlatego pieniędzy dla chorej sekty feministycznej nigdy nie zabraknie. Kto chce poznać nazwiska tych sponsorów feminizmu na całym świecie, może to łatwo sprawdzić, wystarczy wejść na strony internetowe tych organizacji i zobaczyć, kto dał im kapitał założycielski. To jest zaledwie kilka nazwisk, tych samych wszędzie na świecie. Feminizm trwa dzięki pieniądzom tych ludzi, a także dzięki hojnym dotacjom z firm prywatnych należących do tych samych ludzi. Feminizm to zaplanowana i sponsorowana rewolta ideologiczna. Paradoksalnie feministki są utrzymankami kilku facetów. Po co to wszystko? To wiedzą tylko ci, którzy swoimi pieniędzmi od wielu lat sztucznie utrzymują przy życiu tę niszową sektę.
anonim2015.02.20 21:50
Wpisałem długi komentarz, ale się nie wyświetlił. Czy jest jakieś ograniczenie w ilości znaków?
anonim2015.02.21 2:07
Przecież to prawda że dzisiaj trudniej spotkać kobiety kobiece jak to było ileś wieków wstecz i nie ma to nic wspólnego z rezygnacją z pracy zawodowej bo można pracować a zachowywać się kobieco. Najlepiej iść na korepetycje do Conchitty Wurst :P Maryla Rodowicz w swej antyfeministycznej piosence "Damą być" tak śpiewała: Tak chciałabym - tak umiałabym powiewną być - niby dym! Królewną być - złote kwiatki rwać i trenować nowe miny i przed lustrem stać! Tak bym chciała damą być, ach, damą być, ach, damą być i na wyspach bananowych dyrdymały śnić! Nie mam serca do czekania, do liczenia, do zbierania, Nie, mnie nie zrozumie pan! Nie mam głowy do posady, do parady, do ogłady - to zbyt opłakany stan! Chcę swój szyk jak dama mieć, jak dama mieć, jak dama mieć, i jak moja ciocia Jadzia z wrażliwości mdleć! Nie mam serca do sieroty, zgubionego wajdeloty Nie, mnie nie zrozumie pan! To nie mój styl z "musztardówki" pić i z panem "na wiarę" żyć! Wolałabym na stokrotkach spać i trenować nowe miny, i przed lustrem stać! Tak bym chciała damą być, ach, damą być, ach, damą być i na wyspach bananowych "bananówkę" pić! Nie mam serca do pilności, do piękności, do świętości, to zbyt wyszukany stan! Nie mam głowy do dyplomu, do poziomu, zbiórki złomu, nie, mnie nie zrozumie pan! Damą być, ach, c'est si bon, ach, c'est si bon, ach c'set si bon, tylko gdzie te, gdzie te damy, gdzie te damy są? Z kochasiem gdzieś poszły w siną dal, Odfrunęły z królikami, a głupiemu żal! :D :D :D :D