10.09.16, 08:30Fot. Wikipedia

George Friedman: Czy Europę czeka epoka wojen?

Kryzys ekonomiczny Unii Europejskiej rozsadza cały dotychczasowy system, na którym opierała się równowaga. Oznacza to nie tylko zmianę układu sił, ale także ryzyko powrotu wojen do Europy.

Według eksperta od geopolityki, George’a Friedmana z ośrodka Stratfor, nie należy pytać, czy UE zachowa swoją obecną formę. Właściwym problemem jest, jak bardzo się zmieni. W swoim najnowszym artykule Friedman skupia się na „politycznych i społecznych podziałach wewnątrz poszczególnych krajów Europy” oraz na ich „wpływie na Europę jako całość”.

Autor wychodzi od greckiej lewicowej Syrizy, która wygrała ostatnie wybory parlamentarne i „przyciąga inne prawicowe i lewicowe partie, które jednoczą się wokół sprzeciwu wobec UE i postrzegania polityki oszczędności jako jedynego słusznego rozwiązania kryzysu finansowego, który zaczął się w 2008 roku”.

Narracja niemiecka...

Friedman przypomina, że w odpowiedzi na ówczesny kryzys pojawiły się dwie główne narracje. Najważniejszą z nich okazała się narracja niemiecka. W jej myśl „kryzys zadłużenia to efekt nieodpowiedzialnego prowadzenia polityk społecznych w Grecji, w kraju, który miał największe zadłużenie publiczne. Te problematyczne polityki sprowadzać się miały m.in. do wcześniejszego wysyłania pracowników na emerytury, zbyt dużych zasiłków dla bezrobotnych, etc. Politycy kupowali głosy wyborców za cenę coraz większego marnotrawienia środków na programy społeczne, na które Grecja nie mogła sobie pozwolić. Co więcej, Grecja nie radziła sobie z efektywnym poborem podatków, nie promowała ciężkiej pracy i przedsiębiorczości. W efekcie kryzys, który zagroził systemowi bankowemu, powstał z winy nieodpowiedzialnych kredytobiorców” – pisze Friedman.

...i narracja grecka

Zwraca uwagę, że druga narracja, choć mniej słyszalna, jest jednak bardziej wiarygodna. „Według tej narracji to nieodpowiedzialna polityka Berlina doprowadziła do kryzysu. Niemcy – czwarta największa gospodarka świata – eksportuje towary o wartości 50 proc. swojego PKB, ponieważ niemieccy konsumenci nie są w stanie kupić wytwarzanych przez siebie produktów (ma to związek z zbyt dużą produkcją przemysłową). W efekcie Niemcy trwają na wielkiej fali eksportowej” – tłumaczy Friedman.

I dodaje, że dla Berlina UE ze strefą wolnego handlu, walutą euro i regulacjami Brukseli to po prostu „środek do zarządzania swoim eksportem”. „Kredyty, które niemieckie banki udzieliły krajom takim jak Grecja, miały na celu utrzymanie popytu na importowane z Niemiec dobra. Niemcy wiedziały, że tak wielkie długi nie mogły być spłacone, ale mimo to chciały odsunąć ten problem od siebie i nie mierzyć się z faktem, że nie można cały czas funkcjonować w uzależnieniu od eksportu” – kontynuuje Friedman. Jeżeli to Niemcy mają rację, rozwiązaniem jest polityka oszczędności. Ale jeżeli rację ma Grecja, to problemem jest sam Berlin, który musiałby „powściągnąć swój apetyt na eksport i zmienić zasady handlu w Europie, zasady wyceniania euro i brukselskie regulacje”.

Skutki polityki oszczędności

Friedman opisuje następnie, co stało się, gdy wprowadzono w Grecji politykę oszczędności. „Gdy Grecja musiała dokonać cięć wydatków rządowych, dotknęło to wielu specjalistów i przedstawicieli klasy średniej. W ciągu wielu lat bezrobocie w Grecji urosło do poziomu ponad 25 proc. To więcej niż bezrobocie w USA podczas wielkiego kryzysu z 1929 roku” – pisze autor.

Przed kryzysem istniała głęboka wiara w Unię Europejską oraz w to, że narody, które zastosują się do jej reguł, z czasem się wzmocnią. Europejskie partie głównego nurtu wspierały UE oraz jej polityki i wygrywały z wyborów na wybory. Istniało także generalne przekonanie, że problemy gospodarcze przeminą. Jest już jednak 2015 rok i sytuacja nie jest lepsza, a w Europie rośnie rzesza tych, którzy sprzeciwiają się kontynuacji polityki oszczędności” – pisze dalej Friedman.

Nowy radykalizm

„Praktycznie rzecz biorąc w każdym europejskim kraju powstały ruchy, które sprzeciwiają się Unii Europejskiej i jej politykom. Większość z tych ruchów znajduje się po prawej stronie politycznego spectrum. Oznacza to, że oprócz żądań natury gospodarczej chcą one jeszcze dodatkowo przywrócenia kontroli granic, aby ograniczyć imigrację. Ruchy sprzeciwu powstały także po lewej stronie – jak choćby Podemos w Hiszpanii czy Syriza w Grecji. Lewica wysuwa podobne postulaty co prawica, oprócz rasistowskich podtekstów” – kontynuuje autor.

 Jego zdaniem wszystkie te partie „zagrażają europejskim, tradycyjnym partiom głównego nurtu. Partie głównego nurtu są bowiem postrzegane przez nowe ugrupowania jako te, które – wespół z Niemcami – są współwinne nałożenia na Europę dotkliwej polityki oszczędności”.

Koniec strefy wolnego handlu?

„Niemcy są przerażone tym, że istnieją europejskie ruchy polityczne, które z czasem mogą zakończyć lub ograniczyć europejską strefę wolnego handlu. Już dziś prawicowe partie domagają się ograniczenia wolności przepływu pracowników, co jest elementem strefy wolnego handlu siłą roboczą. Uzależnione od eksportu Niemcy bardzo mocno potrzebują strefy wolnego handlu” – dodaje Friedman.

„Problemem zatem nie jest euro. Prawdziwym problemem jest kwestia ustrukturyzowanego lub nie, potencjalnego bankructwa i jego wpływu na europejski system bankowy, a także kwestia tego, w jaki sposób zareaguje na to Europejski Bank Centralny, który prowadzi politykę nieobarczania Niemiec odpowiedzialnością za inne kraje.

Drugim bardzo ważnym problemem jest przyszłość strefy wolnego handlu. Otwarte granice to dobry pomysł na czasy prosperity, ale obawy przez islamskim terroryzmem i obawy Włochów o konkurencję ze strony Bułgarów sprawiają, że otwarte granice mogą nie potrwać długo” – czytamy następnie.

Friedman ocenia, że „skończyły się argumenty za polityką oszczędności”. Dodaje, że Europejski Bank Centralny już w ubiegłym tygodniu zakończył „reżim oszczędności”. Tymczasem zwycięstwo greckiej Syrizy jest prawdziwym „trzęsieniem ziemi” dla europejskich systemów politycznych. Friedman pyta, jaka będzie przyszłość strefy wolnego handlu, która leży „w sercu europejskiego pomysłu”, a która będzie głównym problemem w przypadku bankructwa Europy. Ekspert wymienia następnie trzy czynniki, które mogą mieć wpływ na wydarzenia w Europie. Po pierwsze jest to chęć do kontroli granic i zamykanie ich przed przepływem siły roboczej, w tym muzułmanów. Po drugie chodzi o wzmocnienie państw narodowych przez Europejski Bank Centralny. Trzecim punktem jest baza polityczna, zanikająca pod ciężarem UE.

Powrót wojen?

„Pytanie o Europę nie będzie zatem brzmiało, czy UE zachowa swoją obecną formę, ale jak bardzo ta forma ulegnie zmianie. Najbardziej niepokojące pytanie brzmi, skoro Europa jest niezdolna do zarządzania swoją unią, czy będzie świadkiem powrotu do nacjonalizmów i ich politycznych konsekwencji?” – pyta Friedman. A to rodzi pytanie o możliwość powrotu wojen. „Mówienie o wojnie jeszcze kilka lat temu było w Europie niedorzeczne. Dla wielu dziś temat ten jest niedorzeczny. Ale Ukraina jest przecież częścią Europy, tak samo jak była nią Jugosławia” – pisze Friedman. „W miarę jednak, jak europejskie instytucje ulegają dezintegracji, nie jest za wcześnie, aby zadać pytanie: co dalej? Historia rzadko dostarcza odpowiedzi, których można się spodziewać, a na pewno nie dostarcza odpowiedzi, na które ma się nadzieję” – kończy autor.

 dam/forsal.pl