08.02.18, 09:15Fot. Pixabay, CC0

Kilka pączków to nie grzech!

Marta Brzezińska: To ilu pączków już dziś Ojciec skosztował (śmiech)?

O. Stanisław Jarosz OSPPE: Jednego i to przez grzeczność, bo ktoś przyniósł w prezencie.

I nie będzie więcej? Przecież to „tłusty czwartek”, można sobie pofolgować.

Nie, absolutnie (śmiech). Ja w ogóle nie przepadam za słodyczami. Tak już mam.

No dobrze, to zostawmy żarty na bok, bo temat, abstrahując od dzisiejszych kalorycznych swawoli, wydaje się dość poważny. Czy dziś, w dobie wszechobecnego konsumpcjonizmu, ktokolwiek jeszcze dostrzega problem w przejadaniu się?

Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to jest grzech. Jakość tego grzechu zależy od skali nieumiarkowania. Jeżeli ktoś najada się tak bardzo, że później musi to odchorować, to nie mam wątpliwości co do tego, że jest to złe.

Jak rozpoznać ten moment, po przekroczeniu którego objadanie się staje się grzechem ciężkim?

Naszym obowiązkiem jest zadbanie o nasze ciało i dostarczenie mu odpowiedniej dawki pokarmu. Zaniedbanie tego także byłoby grzechem. Chodzi więc o to, co mamy w głowie, rozum. Przejadanie się po prostu szkodzi zdrowiu. Gdzie jest granica? Zjeść tyle, żeby zaspokoić głód i na dalsze objadanie się powiedzieć sobie dość. Wielu ludzi podczas jedzenia poddaje się pewnemu łakomstwu, je na zasadzie sprawiania sobie przyjemności. Dobre jedzenie sprawia im frajdę i nie mają w tym umiaru. Jeszcze trochę, jeszcze trochę w siebie wciskają, mózg wysyła już sygnał, że brzuch jest pełen i jeśli ktoś dalej się „pompuje”, to zaczyna już grzeszyć. Zaczyna się od grzechu lekkiego, ale jeśli ktoś przesadza, to powinien wyznać podczas spowiedzi, że się obżera. Na pytanie, jaka jest granica, odpowiadam – granica zdrowego rozsądku. Innej nie ma.

Mamy takich parę dni w roku, kiedy jemy więcej – święta, ostatki, dzisiejszy „tłusty czwartek”. Czy okazjonalne folgowanie sobie jest czymś złym?

Nie. Trzeba jednak zachować pewien umiar, zdrowy rozsądek. Jeśli ktoś pozwoli sobie dziś na nieco więcej, to w innym czasie powinien pozwolić sobie na mniej, chociażby dla równowagi, dla harmonii, jakiegoś ładu. To nawet nie jest kwestia grzechu, ale po prostu zdrowego podejścia do życia. Jeśli dziś dołożyłem sobie kalorii, to w następnych dniach powinienem sobie trochę odpuścić, żeby to zbilansować, zrównoważyć.

Za chwilę rozpoczynamy w Kościele okres Wielkiego Postu. Czyli teraz możemy sobie fogować do woli, by za jakiś czas trochę popościć, jak sama nazwa wskazuje?

Wielki Post jest oczywiście okazją do poszczenia, ale z zupełnie innego powodu. Nie dlatego, że muszę czy powinienem. Jeśli mam świadomość, że przez chrzest jestem zanurzony w Jezusa, w Jego życie, misję, Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie, to w jakiś sposób chcę być do Niego podobny. A jeśli chcę być do Niego podobny, to odmawiam sobie czegoś ze względu na to, że jest to czas jakiejś pokuty, czas odkrycia, że uczestniczę nie tylko w radości Jezusa, ale również w Jego cierpieniu i wchodzę w to dobrowolnie, bo chcę być do Niego podobny. A, że przy okazji zbilansuję kilogramy – czemu nie?

Właśnie, powiedział Ojciec „przy okazji”. Spotykam się jednak z takimi sytuacjami, kiedy ludzie, nie oszukujmy się, częściej kobiety, traktują Wielki Post jak wielkie odchudzanie i odmawiają sobie jedzenia nie po to, by się umartwiać, ale po to, by wcisnąć się w sukienkę.

Oczywiście, nie o to chodzi, żeby schudnąć. Ale jeżeli ktoś odmówi sobie w Wielkim Poście słodyczy czy innych rarytasów, dogadzania sobie, jedzenia dla zadowolenia, frajdy to oczywiście przy okazji zrzuci parę kilogramów, ale to jest skutek drugorzędny. Odchudzanie samo w sobie nie powinno być celem postu. Poszczę, żeby być podobny do Ukrzyżowanego. A jeśli przy okazji schudnę, to Bogu dzięki (śmiech). Schudnięcie jest takim trochę ubocznym, co nie znaczy, że złym, skutkiem poszczenia. Tu trzeba jeszcze odróżnić dwie sprawy – czym innym jest wstrzemięźliwość, na przykład od mięsa, w piątki (co nie jest postem w sensie ścisłym), a czym innym post, który jest ograniczeniem, w ramach którego nie tylko rezygnuję z pewnych potraw, ale wprost głoduję. Nie dojadam, abstrahując od tego, czy to zwykłe ziemniaki, chleb czy jakieś wyszukane potrawy. Poszczę i głoduję. Poszczę i w jakiś sposób umieram, bo przecież jak nie jem, to cierpię. Dlatego post jest pewną formą głodówki. Obowiązuje w Środę Popielcową i w Wielki Piątek. Jeśli człowiek robi coś w imię Jezusa Chrystusa, robi coś ze względu na Pana Boga, to przy okazji otrzyma dar schudnięcia (śmiech) i będzie zdrowszy. To jednak nie powinno być celem samym w sobie. Jeśli ktoś pości, żeby schudnąć, to dobrze robi, ale nie ma to nic wspólnego z Jezusem Chrystusem.

To sam koniec jeszcze zapytam, dlaczego warto pościć, ale nie dla odchudzania, tylko dla Jezusa?

Z dwóch powodów. By powiedzieć „Panie, udało mi się trochę do Ciebie upodobnić, zrezygnowałem z wielu rzeczy, które mogłem zrobić dla własnej przyjemności czy komfortu. Dziękuję Ci, że mnie kochasz i odpowiadam, że moja miłość wyraża się w ten sposób, że z czegoś rezygnuję”. Jeżeli kocham Jezusa, to chcę być do Niego choć trochę podobny. Dlatego z czegoś rezygnuję, próbuję poskromić mój egoizm. Taka powinna być motywacja. Przy okazji, mogę ofiarować to w jakiejś intencji. Czynię pewną pokutę, wyrzeczenia, umartwienia ze względu na Jezusa, a przy okazji ze względu na bliźniego. Jest przecież coś takiego, jak jałmużna postna. Z tego, co oszczędzę, bo na przykład nie zjadłem, funduję komuś posiłek czy pomoc. Pomagam drugiemu nie z tego, co mi zbywa, ale z tego, czego sobie odmawiam. Wtedy to ma wyjątkową wartość, zupełnie inną niż wtedy, kiedy wrzucę biednemu „piątaka” z tego, co mi zbywa. Chodzi o to, żeby nie zjeść, by nakarmić kogoś innego. To jest miłość Jezusa i bliźniego. Takiego postu życzę wszystkim.

Rozmawiała Marta Brzezińska

Pierwotnie na Fronda.pl 7 lutego 2013 r.