25.04.16, 18:11

Konserwatysta wygrał I turę wyborów prezydenckich w Wiedniu. A media nazywają go faszystą...

W Austrii doszło wczoraj do politycznego trzęsienia ziemi i przetasowania skostniałej od czasów II wojny światowej sceny politycznej. W I turze wyborów prezydenckich wygrał Norbert Hofer, kandydat FPÖ (Freiheitliche Partei Österreichs, Wolnościowa Partia Austrii) , partii prawicowej i eurosceptycznej (bardzo sceptycznej), który jest politykiem znienawidzonym przez mainstream, zagraniczne media i tzw. wiedeński krąg. W związku z tym działają przeciwko niemu takie same mechanizmy, jak rok temu przeciwko Andrzejowi Dudzie, gdy walczył o prezydenturę. Podobieństwa są niezwykle bliskie.  

Prawie wszystkie polskie media wczoraj odnotowały fakt wygranej Hofera, ale w większości powielano informacje agencyjne, w których niestety podawano szereg informacji fałszywych. I tak za PAP-em – który wciąż nie może doczekać się dobrej zmiany – wiele redakcji ogłosiło, że „zwycięstwo Hofera potwierdza wyniki niedawnych sondaży, wskazujących na popularność wolnościowców.“ Takie stwierdzenie zdecydowanie wprowadza w błąd; można odnieść wrażenie, że Norbert Hofer w wyborach prezydenckich w Austrii był murowanym faworytem. Tymczasem było wręcz odwrotnie i wczorajsze wybory były również wielką porażką różnych sondażowni.

W dwudziestu pięciu przeprowadzonych w tym roku sondażach dla różnych austriackich gazet, telewizji i stacji radiowych tylko raz (!) Norbert Hofer zajął pierwsze miejsce i to na dodatek z wynikiem zaledwie 21 proc., kiedy w rzeczywistości wczoraj zdobył ponad 35 proc. głosów! Raz pierwsze miejsce w sondażach zajęła niezależna kandydatka Irmgard Griss z wynikiem 31 proc., która wczoraj osiągnęła 3. miejsce i przekonała do siebie jedynie 19 proc. głosujących. Natomiast w pozostałych 23 przypadkach zdecydowanym i pewnym faworytem był kandydat Zielonych, 72-letni prof. Alexander Van der Bellen. Niektóre prognozy dawały mu nawet blisko 35% głosów, tymczasem przy urnach zgromadził ich zaledwie 21 proc. 

Nawet w sondażach czasowo najbliższych dnia wyborów wciąż prowadził Van der Bellen, a Hoferowi nie zawsze dawano drugie miejsce. Pomyłka instytucji sondażowych w stosunku do Hofera była olbrzymia: średnio szacowano jego wynik na 22 proc.  z zdobył ostatecznie ponad 35 proc.! Takie działania sondażowni nie mają już nic wspólnego z podejściem naukowym czy uczciwym przekazem informacji. To bardziej przypomina świadomą dezinformację albo wróżenie z fusów. Przypomnijmy, że w Polsce przed wyborami prezydenckimi było podobnie, kiedy sondażownie „myliły” się o ok. 10 proc. na korzyść Bronisława Komorowskiego, a o ok. 5 proc. na niekorzyść Andrzeja Dudy. Zarówno Hofer, jak i Duda, byli kandydatami opozycyjnymi wobec starego układu i bardzo nieprzychylnie opisywanymi przez media głównego nurtu. 

W pierwszych reakcjach powyborczych w Wiedniu oberwało się więc także instytucjom sondażowym. „Wybory prezydenckie jak żadne inne skupiają się na konkretnej osobie. Sondażownie swoje dodały do tych wyborów. Zawsze Van der Bellen był pierwszy, a nigdy Hofer. Do tego dorzucono jeszcze Irmgard Griss i sprawiano wrażenie, jakby tylko te trzy osoby miały szanse na drugą turę. Głosy na innych kandydatów miały być jakoby stracone. I faktycznie gdziekolwiek bym nie był podczas kampanii wyborczej to ludzie prezentowali taką właśnie postawę. A proszę popatrzyć na prognozy sondażowe i faktyczne wyniki wyborów. Między tym są światy,” mówił wczoraj wieczorem Reinhold Lopatka, szef klubu parlamentarnego chadeków, którzy wspólnie z socjaldemokracją tworzą austriacki rząd. Ich kandydaci na urząd głowy państwa zdobyli tylko po 11% głosów i po raz pierwszy od zakończenia II wojny światowej prezydent nie będzie pochodził z jednej z dwóch tzw. „partii ludowych”. 

Mocną krytykę wobec instytucji sondażowych wystosował także Heinz-Christian Strache, przewodniczący zwycięskiej FPÖ. „Wynik Norberta Hofera jest fantastyczny, a żadna sondażownia nawet w przybliżeniu go nie przewidziała. Trzeba w tym miejscu zadać jasno krytyczne pytania, co to w ogóle za sondaże są publikowane przed wyborami? W jakie gierki tu się gra?” pytał Strache. 

Oprócz tego za PAP-em można było przeczytać, że „centrysta Van der Bellen, były profesor uniwersytetu, jest w drugiej turze wyborów nadzieją obozu lewicy i umiarkowanej prawicy.“ Abstrahując już od tego, że depesza informacyjna nie powinna być napisana jak komentarz, to jeszcze sam komentarz jest nieprawdziwy. 

Po pierwsze, Alexander Van der Bellen nie jest w najmniejszym stopniu centrystą, tylko wieloletnim politykiem partii Zielonych. Tuż przed wyborami sfinalizował rozwód i wziął kolejny ślub z Doris Schmidauer (również polityk partii Zielonych), z którą już przedtem długie lata – mimo ważnego ślubu z pierwszą żoną – razem żył. Van der Bellen jest także członkiem stowarzyszenia Lambda, które „łączy lesbijki, gejów, biseksualnych i transgenderystów” i walczy o legalizację małżeństw osób homoseksualnych. Kiedy kilka lat temu prowadził Zielonych do wyborów parlamentarnych, to jego partia „reklamowała” się plakatami z napisem: „Ojczyzna w sercu, gówno w mózgu”. Van der Bellen chce refundować aborcję przez kasę chorych, a komentarz dziennikarza, że każde dziecko to dar dla kraju, skwitował mruknięciem, że to „patetyczna gadanina”. Ale także ekonomicznie Van der Bellen ma typowo lewicowe postulaty. Np. chce wprowadzić podatek od spadku, ekstremalny podatek dla bogatszych i jest przeciwny obniżeniu podatku VAT. 

Jaka jest odpowiedzialność Polskiej Agencji Prasowej, za nazwanie takiej osoby centrystą? To bardziej przypomina propagandę, a nie rzetelne informowanie. I skąd pewność, że jest nadzieją umiarkowanej prawicy? Prawica, umiarkowana czy nie, nie ma z Van der Bellenem nic wspólnego.

Jako umiarkowaną prawicę w austriackim parlamencie można uznać ÖVP (chadecja) oraz Team Stronach (partia austriackiego biznesmena Franka Stronacha). Chadecy już zadeklarowali, że w II turze nikogo nie poprą, natomiast Team Stronach zachęca swych wyborców do wsparcia Hofera. Jego nota bene popiera także Felix Baumgartner, słynny Austriak, który kilka lat temu w spadochronie zeskoczył na ziemię z… kosmosu. Zresztą – mając na uwadze wyżej opisaną linię polityczną Van der Bellena – z czym umiarkowany prawicowiec miałby się identyfikować w przypadku zielonego polityka?

A kim w ogóle jest Norbert Hofer? To młody, austriacki polityk o wyrazistych prawicowych poglądach. Jest przeciwnikiem przyjmowania uchodźców oraz zwolennikiem wzmocnienia roli państw narodowych. W partii FPÖ, którą przeciwnicy określają jako skrajną prawicę, on jest tym, który nadaje jej ciepłe, sympatyczne oblicze. Z drugiej strony jest też czołowym ideologiem swojego ugrupowania i pisał jego program. W wywiadach otwarcie mówi o tym, że codziennie się modli, co w coraz bardziej ateistycznej Austrii jest ewenementem. Mimo swych 44 lat chodzi o lasce, co jest konsekwencją poważnego wypadku na paralotni, wskutek którego doznał wielokrotnych złamań kręgów. Lekarze najpierw nie dawali mu żadnych szans, że mógłby znów stanąć na nogach. Okazało się jednak, że rdzeń nie został całkowicie zerwany. Pozostałą cieniutką nić Hofer tak długo ćwiczył, aż mógł znów samodzielnie chodzić.

I wobec tego właśnie Norberta Hofera zaczął się teraz atak, który w swej istocie i treści łudząco przypomina ataki w Polsce na PiS i Andrzeja Dudę. Kiedy się okazało, że Hofer jest poważnym kandydatem na urząd prezydenta Austrii, zaczęto weń strzelać z najcięższych dział.

Standardowym argumentem jest – a jakby inaczej – że Hofer jest kryptofaszystą i ma bardzo bliskie związki z nazistami, a wybierają go tylko ciemni, sfrustrowani i nie mający pojęcia o niczym Austriacy ze wsi. Dzisiaj austriacką prasę obiega informację, jakoby w 2013 r. Norbert Hofer podczas sesji parlamentarnej  w butonierce niósł „sekretny” znak austriackich nazistów z lat 30 ub. w. Organizacja „Offensive gegen Rechts” (Ofensywa przeciwko prawicy) zapowiada na 19 maja (22 maja odbędzie się II tura) wielką manifestację w Wiedniu przeciwko Hoferowi, którego określają jako „niemiecko-narodowego skrajnego prawicowca”. Również twórca kabaretowy Peter Hörmanseder stwierdził, że „Hoferowi bliżej do postaw narodowo-niemieckich.” 

I tak dalej, przykłady można mnożyć, wystarczy poczytać austriacką mainstreamową prasę. Kierunek jest jasny i bliźniaczo podobny do tego w Polsce. Skoro polityk jest prawicowy, to musi być naziolem i w związku z tym należy go zohydzić. 

Oprócz tego Hoferowi zarzuca się, że będzie kandydatem zależnym, na usługach szefa swojej partii. Ta narracja nasiliła się natychmiast wczoraj po ogłoszeniu wyników, kiedy politycy innych partii mówili do mikrofonów telewizyjnych, iż nie wolno głosować na Hofera, bo ten chodzi na smyczy szefa FPÖ, Heinza-Christiana Strache. A Strache w austriackiej prasie ma jeszcze gorszą pozycję niż u nas Jarosław Kaczyński. Nad Wisłą straszą Kaczyńskim, nad Dunajem straszą Strachem. 

Oczywiście także w Austrii chętnie włączają się do akcji wyborczych celebryci. Austriacki artysta André Heller stwierdza bez ogródek: „Żyjemy w czasach, gdzie może się zdarzyć, że Austrii trafią się prezydent, kanclerz i przewodniczący parlamentu z FPÖ. Ale przynajmniej jest szansa, żeby urząd prezydenta powierzyć Alexandrowi Van der Bellenowi, osobie o wysokiej jakości myśli i czynu, która byłaby odważną, nieskorumpowaną i otwartą na świat przeciwwagą wobec FPÖ.” Zaś komik i komentator sportowy Werner Schneyder dodał: „Norbert Hofer pochodzi z partii, o której wszyscy wiemy, kto w niej pociąga za sznurki.”

I wreszcie światowo-liberalne media szerzą obawy, że możliwy prezydent Hofer będzie kompromitował Austrię na arenie międzynarodowej i nikt nie będzie traktował go poważnie. Dziennik „Kurier” napisał, że „Hofer nie posiada żadnych sukcesów na arenie międzynarodowej. A to ważne dla prezydenta.” Zaś w innym dzienniku (zdecydowanie lewicowym) „Der Standard” przeczytamy: „Jeżeli Hofer zostanie prezydentem będzie to pewnie ostatecznie oznaczało przejście Austrii na ścieżki Orbana.” A „Die Presse”, dziennik niegdyś konserwatywny, przestrzega, że w Austrii może dojść do takiej sytuacji jak na Węgrzech lub w Polsce…

Nikt natomiast nie przypomina, że jego kontrkandydat Alexander Van der Bellen, na zdjęciu nie rozpoznał premiera Włoch, Matteo Renziego. 

U nas te wszystkie śpiewki  i ataki na prawicę są znane, ale jak wiadomo mimo tego nie udało się powtrzymać wygranej polityków konserwatywnych. Wygląda na to, że w Austrii będzie podobnie. Europa skręca na prawo, bo tylko po prawej stronie wyborcy słyszą teraz głos rozsądku i opamietania.

 

Adam Sosnowski

Autor jest redaktorem prowadzącym miesięcznika Wpis oraz germanistą.