03.09.16, 13:50

Wiernie naśladuj mego syna!

Przez stulecia w łonie Kościoła toczyły się spory na temat tego, jaka jest relacja między wolną wolą człowieka a łaską Bożą. Wielu za wzór ortodoksji uznało św. Augustyna, podkreślającego pierwszeństwo działania Boga w stosunku do człowieka. „Tak więc, moi bracia, nie uczyniliśmy nic dobrego, lecz samo zło” – tych słów nie waha się wypowiedzieć biskup Hippony w dwudziestym trzecim ze zbioru swych kazań. Za herezję z kolei została uznana przez Kościół nauka Pelagiusza, który żył w tym samym czasie, co Augustyn. Ci, którzy lubią uproszczenia, podsumowują jego doktrynę słowami „zbawienie: zrób to sam”; tego brytyjskiego mnicha, przez lata żyjącego i nauczającego w Rzymie, oskarżono o przypisywanie nadmiernego znaczenia możliwościom ludzkiej natury. Według tak rozumianego pelagianizmu, człowiek zbawia się bez pomocy łaski Boga, a wyłącznie dzięki zdolnościom złożonym w jego naturze przez samego Stwórcę u początku, to jest w chwili stworzenia człowieka.

W podobnym okresie, co Augustyn i Pelagiusz, żył w Sketis egipski mnich, Alonios. Niewiele o nim wiemy, ale pozostawił po sobie kilka apoftegmatów. Powyższy wcale nie jest łatwy do zrozumienia. Czym przede wszystkim jest owa „Boża miara”, do której człowiek miałby sięgać?

Zapewne można ją rozumieć na wiele sposobów. Słowa Aloniosa współbrzmią z tekstem Listu do Efezjan, w którym Paweł mówi o celu posługi w Kościele: każdy z nas, jako członek żywego Ciała Chrystusa, ma dojść do jedności wiary i pełnego poznania Syna Bożego, do człowieka doskonałego, do miary wielkości według Pełni Chrystusa. Istnieje zatem pewien „Chrystusowy standard”, według którego człowiek powinien żyć. Poznanie Chrystusa ma być pełne, człowiek ma dążyć do doskonałości; w tych Pawłowych określeniach tkwi jedna myśl: Boża miara to pełnia, grecka plēroma. Bóg wzywa każdego chrześcijanina: wiernie naśladuj mojego Syna, niech zbawienie przynosi w tobie obfity plon, niech komunia między Mną a tobą będzie całkowita.

Któż by nie chciał takiej pełni? Każdy jednak z doświadczenia wie, że nie jest łatwo naśladować Syna Bożego; nasza wiara jest słaba, chwiejna, niepotwierdzona uczynkami, a co dopiero mówić o pełni poznania Syna Bożego! Alonios zdaje się iść trochę na przekór naszym wymówkom: gdyby człowiek chciał… W jego ujęciu największą przeszkodą na drodze do Boga jest brak chęci z naszej strony, niewłaściwe ukierunkowanie woli.

Mnichom egipskim nieraz zarzucano pelagianizm. Spektakularna asceza, której dokazywali, pobudzała niektórych do oskarżeń o próbę „wysłużenia” sobie zbawienia. Zapewne zdarzało się, że te uwagi nie były bezpodstawne. Mimo to u abba Aloniosa mierzymy się z jak najbardziej ortodoksyjną wizją współpracy Boga z człowiekiem.

Przede wszystkim, jeżeli do Bożej miary brak nam jedynie naszej woli, to znaczy że Bóg już teraz na nas czeka i pozostaje zawsze pierwszy w tej relacji.

Po drugie zaś, skoro to wola zawodzi, oznacza to, że wszystkie inne środki nie znalazły uznania w Bożych oczach: Bóg chce współpracować z tym, kto w sposób wolny odpowiada na Jego wezwanie, ale to On rozpoczyna dialog z człowiekiem. Nie wpuszczamy tu pelagianizmu kuchennymi drzwiami: człowiek nie zbawia się swoją wolą niczym narzędziem lub środkiem do celu. Jego zgoda jest jednak konieczna, by to Bóg go zbawił. On jest źródłem wszelkiego dobra, więcej nawet: dobrem najwyższym.

Benedykt XVI w Wielki Czwartek 2008 r. przypominał: „Chrześcijaństwo jest przede wszystkim darem: Bóg daje się nam – daje nam nie coś, lecz samego siebie. A dzieje się to nie tylko na początku, w chwili naszego nawrócenia. On jest nieustannie Tym, który daje”. Być chrześcijaninem zatem to przede wszystkim pozwolić Bogu umywać nam nogi. Apoftegmat abba Aloniosa nie mówi nam o tym, jak wielkie możliwości ma człowiek, skoro w jeden dzień może się nawrócić i wspiąć na duchowe szczyty, jeżeli tylko zechce. Nie: ten apoftegmat mówi o tym, jak wielki jest Bóg, który pragnie jedynie naszego wolnego „tak”, by hojnie obdarzyć nas sobą samym.

Grzegorz Hawryłeczko OSB/ps-po.pl