19.10.15, 11:35

Polska przed egzaminem dojrzałości (raz jeszcze o służbach III RP)

W pewnym momencie doszło do dekonspiracji mechanizmów napędzających manipulacje, tyle że jedynie co głębiej wtajemniczone osoby były w stanie natychmiast je zrozumieć i dokładnie opisać - pisze Tadeusz WItkowski.

<<< RESORTOWE DZIECI: SŁUŻBY TYLKO 30 zł. !!!! KUP TERAZ! >>>


Komu służą?

Rozterki polityczne mają z reguły podłoże w doświadczeniach osobistych, toteż nie będzie chyba naruszeniem zasady stosowności, jeśli sięgnę pamięcią do czasów PRL i wyznam, że jedną z wątpliwości, jakie mnie wówczas nachodziły, wzbudzało zachowanie funkcjonariuszy Departamentu III MSW i wydziałów komend wojewódzkich MO, które mu podlegały. Wyzwalały ową wątpliwość myśli o przekonaniach rzeczonych funkcjonariuszy i wierze w słuszność tego, co robili. Zawsze odnosiłem wrażenie, iż ideologia guzik ich obchodzi… że idzie im wyłącznie o zademonstrowanie przewagi nad figurantem tudzież sporządzenie raportu, z którego wynikałoby, że właściwie wykonywali zlecane im zadania. Ich wrogi stosunek do osób przesłuchiwanych, które wykazały odporność na groźby, pochlebstwa i inne sztuczki, wynikał w moim rozumieniu z faktu, że uświadamiali sobie własną porażkę, jako że ze starcia osobowości wychodzili przegrani.

Gdy w roku 2005 otworzyła się przede mną możliwość badania materiałów wyprodukowanych przez bezpiekę, zajrzałem do akt personalnych dwóch funkcjonariuszy ostrołęckiej SB, którzy bezskutecznie usiłowali mnie rozpracować. Do niespodzianek nie doszło. W żadnej z teczek nie znalazłem dowodów na to, że się myliłem. Obaj oficerowie mieli problemy z przestrzeganiem zasad obowiązujących w resorcie. Jeden, w randze pułkownika, musiał odejść ze służby, po tym jak znaleziono go w miejscu publicznym w stanie kompletnego zamroczenia alkoholowego. Drugi, młodszy, w stopniu porucznika, znany był z drobnych machlojek i z tego, że w chwilach wolnych uprawiał handel warzywami z własnej działki… i to w miejscu, gdzie prowadził działalność operacyjną. Ale może właśnie dlatego, wyniki ich działań, choć szkodliwe dla kraju, okazały się w ostatecznym rozrachunku mierne.

Zaskoczenie przyszło w dwa lata później, kiedy studiowałem materiały dotyczące WSI i gdy zorientowałem się, że standardy moralne co poniektórych żołnierzy i funkcjonariuszy nie odbiegały daleko od peerelowskich. W końcu jednak trudno się dziwić, skoro służby te nie przeszły przed 2006 rokiem żadnej weryfikacji. W okresie między sierpniem 2006 a czerwcem 2008 roku zweryfikowano część kadr rozwiązanych służb wojskowych, ale po zwycięstwie wyborczym PO późną jesienią 2007 i po mianowaniu szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego płk Grzegorza Reszki pełna weryfikacja stała się w praktyce niewykonalna. Nie tylko z powodu czystek przeprowadzonych w SKW. Prace Komisji Weryfikacyjnej były blokowane przez odwołania funkcjonariuszy obsługujących tajną kancelarię i wyłączenie systemu komputerowego, który umożliwiał przetwarzanie informacji stanowiących tajemnicę służbową i państwową. A że towarzyszyły temu medialne dezinformacje i oszczercza propaganda mainstreamowych ścieków, w umysłach wielu niezorientowanych obywateli mogła zrodzić się myśl, że weryfikacja jako taka była czymś z gruntu szkodliwym. To z kolei utwierdzało ludzi służb w przekonaniu, że nikt nie rozliczy ich z tego, co robią.

Patologie nie są oczywiście wyłącznym udziałem służb wojskowych, o czym świadczy choćby niedawna afera taśmowa. Generalnie rzecz biorąc, można mówić o rozrastaniu się w III RP szarej, agenturalnej strefy, która pochłania kierownictwo służb, media, polityków i wymiar sprawiedliwości. Nie wyklarował się też wyrazisty paradygmat hierarchicznych uzależnień. Za czasów komuny wysocy rangą oficerowie stawali przed dylematem podwójnej lojalności. Nie mogli nie brać po uwagę tego, że PZPR była partią działającą zgodnie z dyrektywami KPZR… że bezpieka stanowiła swego rodzaju przedłużenie KGB a Zarząd II Sztabu Generalnego LWP i WSW pozostawały de facto agendami sowieckiego GRU. W III Rzeczypospolitej namnożyło się z kolei udziałowców (ministerstw tudzież komisji) pretendujących do sprawowania w jakichś formach nadzoru nad instytucjami odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo narodowe, co w rezultacie utrudniało tylko efektywne kontrolowanie owych instytucji. Wszystko to wymaga dziś korekty.

 

Rozgrywający

Wielu dowodów na postępujący rozkład służb wojskowych dostarczył Raport o działaniach żołnierzy i pracowników WSI. O tym, co nastąpiło później, wiadomo znacznie mniej, jako że po objęciu władzy przez koalicję PO–PSL głównym przedmiotem zainteresowania instytucji powołanych do zwalczania resortowych patologii nie były służby, lecz osoby, które usiłowały je uzdrowić.

Nagonki na Komisję Weryfikacyjną i Antoniego Macierewicza zaczęły się wkrótce po zmianie ekipy rządzącej. Najpierw stało się głośno o rzekomej weryfikacji za łapówki, nielegalnym wywożeniu dokumentów z siedziby SKW i handlowaniu tajnym aneksem do wspomnianego Raportu… Tematy te musiały jednak w końcu zniknąć z wokandy prorządowych mediów, gdyż źródłem kampanii oszczerstw i dezinformacji okazały się poufne kontakty ówczesnego marszałka sejmu Bronisława Komorowskiego z byłym oficerem WSI Aleksandrem Lichockim. Później, gdy pierwszy przewodniczący Komisji stanął na czele Zespołu Parlamentarnego ds. Zbadania Przyczyn Katastrofy TU-154, do akcji włączyli się bardziej aktywnie prokuratorzy różnych szczebli. Osoby biorące udział w weryfikacji b. żołnierzy WSI zaczęto wzywać na przesłuchania. Pretekstem stały się nieprawidłowości, do których miało dojść podczas przygotowania raportu z weryfikacji. Najwyraźniej chodziło o wydobycie od przesłuchiwanych informacji, które mogłyby stać się podstawą pozbawienia Antoniego Macierewicza immunitetu poselskiego i postawienia mu zarzutów związanych z przygotowaniem owego dokumentu. Wszystko okazało się bezskuteczne, gdyż zarzuty takie można było postawić tylko funkcjonariuszom publicznym, a funkcja przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej takiej kwalifikacji prawnej nie podlegała.

W pewnym momencie doszło wszakże do dekonspiracji mechanizmów napędzających owe manipulacje, tyle że jedynie co głębiej wtajemniczone osoby były w stanie natychmiast je zrozumieć i dokładnie opisać.

Czy ktoś pamięta awanturę z grudnia 2013 roku? Posłowie Twojego Ruchu zasiadający w Komisji ds. Służb Specjalnych otrzymali wówczas z SKW „dokumenty”, z których miało rzekomo wynikać, iż Antoni Macierewicz zlecił przetłumaczenie Raportu o działaniach żołnierzy i pracowników WSI… na rosyjski przed jego oficjalnym opublikowaniem. Media natychmiast zaczęły puszczać w obieg sensacyjne informacje o tłumaczce mieszkającej na tzw. osiedlu rosyjskim przy ulicy Sobieskiego (choć gdzie indziej zameldowanej).

Wiadomość o przełożeniu Raportu przed jego oficjalną publikacją była oczywistym kłamstwem, toteż łatwo udało się je zdemaskować m.in. dzięki szybkiemu dotarciu do przebywającej wówczas za granicą autorki przekładu i dokumentacji pozostającej w jej dyspozycji. Z materiałów przekazanych ostatecznie Komisji ds. Służb Specjalnych przez szefa SKW Piotra Pytla również jasno wynikało, że wszystko odbyło się zgodnie z prawem.

Środowiska prawicy uznały tę prowokację za uderzenie w przewodniczącego Komisji Weryfikacyjnej. Taki wniosek narzucał się natychmiast w związku z atakami na Zespół Parlamentarny ds. Wyjaśnienia Katastrofy Smoleńskiej, któremu Antoni Macierewicz przewodniczył. Wiele wskazuje jednak na to, iż motywacje prowokatorów były o wiele bardziej pokrętne. Problem w tym tylko, iż nie wszystkie zakulisowe matactwa stały się częścią ogólnie dostępnej wiedzy.

Historia z tłumaczeniem na rosyjski nie zawierała w sobie w gruncie rzeczy nic sensacyjnego. Irena Z. (primo voto O.), dziś doktor historii sztuki pracująca w jednym z konsulatów RP, poślubiła na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku polskiego dziennikarza i przyjęła polskie obywatelstwo (rezygnując z rosyjskiego). Zamieszkali w małej, parterowej klitce przy ul. Kopińskiej na Ochocie, bo tylko na kupno takiego mieszkania, było wówczas stać jej małżonka. A ponieważ mąż (w czasach komunizmu związany z opozycją i internowany w okresie stanu wojennego) zaczął w 1992 pracować jako dyplomata, mogli sobie po pewnym czasie pozwolić na zaciągnięcie pożyczki i nabycie bardziej komfortowego lokalu na Jana III Sobieskiego (przy zachowaniu mieszkanka na Kopińskiej). Stąd też wzięła się niezgodność między adresem zameldowania Ireny a miejscem jej faktycznego zamieszkania.

Nie to jednak sprawiło, że ktoś związany z dzisiejszą Służbą Kontrwywiadu Wojskowego sięgnął do jej curriculum vitae w sobie tylko znanych celach. Zawierało ono coś, co można było wykorzystać również jako narzędzie nacisku na prominentnych przedstawicieli Platformy Obywatelskiej. Gdyby okazało się, że nie ma możliwości zweryfikowania dat tłumaczenia (bo w końcu zamówiono je sześć lat wcześniej, stare pokwitowania mogła tłumaczka wyrzucić do kosza na śmieci, a do dokumentów SKW nikt z członków Komisji Weryfikacyjnej nie miał już dostępu), cień podejrzenia o konszachty z rosyjskimi służbami padłby wówczas na inne osoby, które miały kontakt z małżeństwem Z. W grę mogłyby chodzić w takim wypadku również jakieś stare grzechy osób pozostających na celowniku.

Otóż w latach 1991–2006 (z przerwami, podczas których małżeństwo Z. wyjeżdżało na placówki dyplomatyczne) Irena pracowała w Ośrodku Studiów Wschodnich w Warszawie kierowanym przez Bartłomieja Sienkiewicza, w związku z czym musiała uzyskać poświadczenie bezpieczeństwa w kategorii „poufne”. Poza tym, gdy rodzina przebywała poza Polską, w „podejrzanym” mieszkaniu na Sobieskiego przy skrzyżowaniu z Nałęczowską zatrzymywali się czasami znajomi i przyjaciele męża Ireny. Przemieszkiwał w nim między innymi były premier R.P. i przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek. Tak więc można było pokusić się o jakąś grę operacyjną. Na szczęście dewiza vincit omnia veritas raz jeszcze okazała się trafna i operacja wzięła w łeb. Z maila, który wówczas otrzymałem od właściciela mieszkania, wynikało, że jego ocena wydarzeń była równie trafna: „No, to mamy służby!” — napisał. — „Nawet prowokacji nie potrafią porządnie przygotować”…

I jeszcze coś, co nadaje się na posłowie do afery marszałkowej. Mniej więcej rok temu w mediach wspierających obóz władzy zrobiło się głośno o wycieku z Komisji Weryfikacyjnej materiałów obciążających Bronisława Komorowskiego. Tygodnik „Wprost” opublikował w wydaniu z 18–24 sierpnia 2014 roku kilka dokumentów rzekomo wykorzystanych w tajnym Aneksie do Raportu…, do którego dostęp miał wówczas jedynie były prezydent RP. Do afery dorobiono legendę o nielegalnym wyniesieniu materiałów objętych klauzulą tajności przez jakiegoś członka komisji. Rzecz miała mieć miejsce przed październikiem 2007 roku. W opisie dokumentów raz użyto określenia, iż „były podstawą stworzenia tzw. aneksu do raportu z weryfikacji WSI” (s. 6), innym razem, że materiał „posłużył do tworzenia aneksu” (tamże). Na niektórych aktach miały poza tym widnieć adnotacje „ściśle tajne” i „egz. poj.”[edynczy].

Dla osób, które mają jakieś pojęcie o pracy analityków w służbach specjalnych, stało się natychmiast jasne, że w całej tej historii musiał pojawić się fałszywy wątek. Otóż w tajnej kancelarii pozostaje z reguły ślad kto, kiedy i w jakim celu pobiera materiały. Jeśli nie był to Aneks, a tylko akta, które wykorzystano przy jego opracowaniu, dokumenty te powinny nadal znajdować się w posiadaniu Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Jeżeli coś wyniesiono, były to zapewne kopie nie oryginały. Po publikacji „Wprost” szefostwo SKW miało obowiązek wstępnego zbadania sprawy i w przypadku podejrzeń, że ktoś naruszył obowiązujące przepisy, przekazania jej prokuraturze. O ile mi wiadomo, nic takiego nie nastąpiło.

Rodzi się w tej sytuacji pytanie, czy do wycieku materiałów z kompleksu między ulicą Oczki a Koszykową (nie z komisji, która w 2007 roku pracowała w pomieszczeniach SKW) nie doszło przypadkiem w czasie prezydentury Bronisława Komorowskiego i czy służby, których był zawziętym obrońcą, nie dawały mu do zrozumienia, iż ciągle mają dostęp do kompromitujących go dokumentów. Przyszłe władze resortu zdecydowanie powinny się tą sprawą zająć i do końca ją wyjaśnić.

 

Przebudzenie

Służby specjalne RP tak jak cały kraj wymagają gruntownej naprawy. Nie chodzi jedynie o zmiany na najwyższych stanowiskach kierowniczych, czy też, jak sugerują niektórzy, o ograniczenie liczby jednostek organizacyjnych. Intelligence community w Stanach Zjednoczonych liczy kilkanaście agencji i bynajmniej nie mówi się tu o braku kontroli nad nimi. Ich struktury są wystarczająco przejrzyste; wiadomo kto za co i przed kim odpowiada. Problemem numer jeden w służbach III RP jest przestępczogenna mentalność postkomunistycznej kadry przywódczej. To właśnie od natychmiastowego odesłania na emeryturę jej przedstawicieli należałoby zacząć terapię systemu zlecając jednocześnie kompetentnym specjalistom przygotowanie programu odnowy.

Czy przebudowa będzie możliwa w najbliższych latach? Wznowienie przez przywódców PO i sprzyjające im media ataków na Antoniego Macierewicza dowodzi, że procesu naprawy służb nie da się przeprowadzić tak długo, jak długo Polacy nie pokażą obecnym władzom czerwonej kartki. Tym razem poszło o ironiczną odpowiedź na pytanie o agenturalną przeszłość Donalda Tuska, które ktoś zadał wiceprezesowi Prawa i Sprawiedliwości w czasie spotkania z Polonią chicagowską 2 października b.r. Dostarczane na kartkach prowokacyjne uwagi i komentarze czasami lepiej jest przemilczeć. Oskarżanie opozycyjnej partii o fanatyzm i nienawiść tylko dlatego, że któryś z jej przywódców odpowiada na tego rodzaju pytanie sarkastycznym żartem, ma jednak wymowę skrajnie faryzejską. Jedynym aktem politycznego fanatyzmu, który na zawsze pozostanie w pamięci Polaków, jest, jak dotąd, zabójstwo pracownika biura poselskiego Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi, Marka Rosiaka. Doszło do niego 19 października 2010 roku w wyniku antypisowskiej propagandy i pogłębienia się podziałów społecznych po katastrofie smoleńskiej.

Na szczęście, polityka straszenia PiS-em najwyraźniej przestała robić na polskim elektoracie wrażenie. No bo jakże ma przynosić pozytywne owoce, gdy obietnice partii sprawującej władzę okazują się pustosłowiem. Jeżeli premier rządu sięga dziś po te same slogany wyborcze i w podobny sposób atakuje wywodzącego się z PiS-u prezydenta, demonstrując przy tym temperament tudzież lotność umysłu godne przekupki z Bobków Małych, nie ma co liczyć na poparcie trzeźwo myślących obywateli. A ponieważ z najnowszych sondaży wynika, że właśnie takich wyborców jest coraz więcej, zakończę równie nieskromnie jak zacząłem, odwołując się do własnego tekstu, który powstał w odpowiedzi na czystki w SKW i kampanię oszczerstw zainicjowaną na przełomie lat 2007/2008 przez agenturalne media. Znalazło się w nim zdanie wyjęte z przemówienia Abrahama Lincolna wygłoszonego w roku 1858 w Clinton. W przekładzie na polski brzmi ono tak oto: „Jest prawdą, że można oszukiwać wielu ludzi przez jakiś czas, a niektórych przez cały czas, ale nie można oszukiwać przez cały czas narodu”.

Tadeusz Witkowski

Autor jest emerytowanym lektorem języka polskiego w University of Michigan (Ann Arbor) i wykładowcą w Saint Mary’s College w Orchard Lake, badaczem akt przechowywanych w archiwach IPN, byłym pracownikiem Służby Kontrwywiadu Wojskowego i członkiem Komisji Weryfikacyjnej ds. Wojskowych Służb Informacyjnych. Represjonowany w czasach PRL i internowany w okresie stanu wojennego wyjechał z rodziną na emigrację w roku 1983.

<<< RESORTOWE DZIECI: SŁUŻBY TYLKO 30 zł. !!!! KUP TERAZ! >>>


Komentarze

anonim2015.10.19 13:15
tl.dr: Agenci, agenci wszędzie, WSI niszczy Polskę, PiS przyniesie odrodzenie.