27.12.17, 15:45

Polska w epicentrum światowych interesów

Władysław Bartoszewski, były dwukrotny minister spraw zagranicznych RP, w 2007 roku wypowiedział pamiętne słowa, że „Polska to brzydka panna bez posagu, która nie powinna być zbytnio wybredna”. Sukcesywnie wdrażana przez elity polityczne i medialne, pedagogika wstydu za własny kraj, czy to z powodu przeinaczanej historii, czy celowo przerysowywanego zacofania gospodarczego i kulturowego, czy też przywiązania do nienowoczesnych wartości, miała swój realny wymiar gospodarczy i polityczny. Z ponad 6 tys. dużych i średnich zakładów przemysłowych, istniejących jeszcze w końcówce lat 80-tych, ocalało może kilkadziesiąt. Dezintegracja gospodarcza i organizacyjna państwa implementowana była systematycznie i konsekwentnie, skutkiem czego z Polski wyemigrowało niemal 3 miliony młodych ludzi.   

Obszar pomiędzy Bugiem a Odrą miał być synonimem nieudolności, niewydolności, zacofania i biedy. Niemal bezwartościowym kawałkiem ziemi w centrum Europy, którym nikt się nie interesuje i którego nikt nie chce. Tymczasem okazuje się, że wszyscy wielcy i pomniejsi tego świata widzą tu miejsce dla swoich potężnych interesów gospodarczych, politycznych i militarnych. I nie ma w tym cienia przesady. Wszyscy, począwszy od Stanów Zjednoczonych i Chin, przez Rosję, Brukselę, Niemcy czy Francję, aktywne w Polsce od lat, po Wielką Brytanię, Izrael, Ukrainę, Białoruś, które nieustannie próbują rozgrywać swoje interesy kosztem interesu naszego kraju. Nie powinniśmy zapominać również o ponadnarodowych koncernach, mających często znacznie większą siłę oddziaływania niż większość krajów, czy też mniej lub bardziej formalne grupy interesów, jak brukselskie biurokratyczne elity, czy amerykańsko-żydowskie organizacje. Te ostatnie, nadspodziewanie aktywne ostatnio zarówno na forum Unii Europejskiej oraz w instytucjach waszyngtońskich, za pomocą mechanizmów prawno-politycznych, próbują na Polsce robić gigantyczne interesy, które mogą pogrążyć nasz kraj na kolejne dziesiątki lat.

Dziś już nikt nie ukrywa, że trwa wojna gospodarcza, informacyjna, dyplomatyczna i wojna służb o jeden z najbardziej atrakcyjnych kawałków ziemi na globusie, jak mawia pewien publicysta. Lobbyści, dziennikarze i wynajęci politycy próbują narzucać swoje narracje i angażować coraz większe grupy społeczne wokół interesów swoich mocodawców.

I tak, Amerykanie chcą obsadzić nas w roli militarnego przedmurza Europy, które będzie straszakiem dla Rosji. Chiny widzą nas jako równinę pomiędzy morzem a górami, idealne miejsce na kolejowy hub, do którego będą dostarczać setki milionów ton wyprodukowanych w Państwie Środka towarów dla ciągle nienasyconej Europy. Niemcy są już w Polsce dobrze usadowieni, mają tu swoje potężne biznesy, zaplecze polityczne i medialne. Traktują nas jak rezerwuar taniej siły roboczej i rynek zbytu towarów gorszej jakości, na które nie ma chętnych w marketach nad Renem. Mają przy tym do zrealizowania kolejne potężne interesy do spółki z Rosją, m.in. Nord Stream II, w związku z czym jakiekolwiek przejawy niezależności i samodzielności rządu w Warszawie traktują jako bezpośrednie ataki wymierzone w państwo niemieckie. Rosja, zgodnie z ideologią Dugina, najchętniej wymazałaby Polskę z mapy, jako niepotrzebną przeszkodę na drodze do Berlina. Wielka Brytania już ostrzy zęby na zrekompensowanie sobie Brexit’u nieograniczonym drenażem kapitału i zasobów naturalnych przez korporacje z londyńskiego City, planujące przeniesienie swoich central nad Wisłę. Organizacje żydowskie już otwarcie stawiają sprawę wyimaginowanych roszczeń powojennych na kwotę ok. 65 miliardów dolarów, i przepychają ustawę, mającą być podstawą działań odszkodowawczych, przez amerykański Kongres (JUST Act S. 447). Od lat wiadomo, że najlepsze interesy robi się na wymyślonych długach.

Należy przy tym pamiętać o potężnych zasobach naturalnych znajdujących się w naszym kraju, o pokładach węgla kamiennego, które mogłyby wystarczyć dla całej Europy na kolejne setki lat, źródłach geotermalnych pod niemal całym terytorium Polski, rudach metali ziem rzadkich, nieskażonej glebie i potężnych zasobach wody pitnej, która za chwilę będzie droższa niż ropa naftowa.

Wszyscy czegoś od nas chcą ale nikt nie chce za to płacić. Wielu przyzwyczaiło się do tego, że Polaków wystarczy poklepać po plecach, pochwalić publicznie za poświęcenie i daninę krwi, jak zrobiła to ostatnio w Warszawie Theresa May, i zlecić opublikowanie kilku pochlebnych artykułów o naszym kraju w zachodnich tygodnikach. Po co wykładać dziesiątki miliardów dolarów, skoro można wykpić się tanim kosztem a tybylczy naród i tak będzie z tego zadowolony. Bo przecież nie ma innego wyjścia.

Wielu obserwatorów zadawało sobie pytanie o prawdziwe przyczyny rekonstrukcji rządu Prawa i Sprawiedliwości. Czy były to swego rodzaju przygotowania do najważniejszej rozgrywki o polskie interesy od dziesiątków lat, na kolejne pokolenia? Czy premier Morawiecki jest wystarczająco silnym, konsekwentnym i bezwzględnym graczem, który wytrzyma presję doświadczonych dyplomatów, wspieraną bezwzględnymi działaniami służb specjalnych i niewybredną propagandą zachodnich mediów? Czy uzyska wystarczające wsparcie od niekonsekwentnego i chwiejnego w ostatnim czasie prezydenta Dudy? Konia z rzędem temu, kto dziś przewidzi, czy prezydent „dobrej zmiany” będzie metodycznym, skutecznym, odpowiedzialnym liderem w obronie polskich interesów, czy kolejnym rozkapryszonym hamulcowym, z marzeniami o własnej partii.

Napór na Polskę z wielu stron jest widoczny gołym okiem. Gracze nie przebierają w środkach. Uruchamianie art. 7 przez unijnych biurokratów ma uderzyć w autorytet rządu, osłabić pozycję negocjacyjną i zająć naszą dyplomację zbędą robotą. Lokalna, totalna opozycja wprost już domaga się interwencji z zewnątrz. Mający być wsparciem dla Polski na brukselskich salonach Donald Tusk, okazuje się największym szkodnikiem dla naszych interesów po 1989 roku. Zdołał już przebić pod tym względem Wałęsę. Piąta kolumna w Warszawie i ambasadorowie złej woli w Europie.

Paweł Cybula