22.02.19, 09:30screenshot Youtube - blogpressportal / Fot. via Pixabay, CC 0

Prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski dla Frondy: Słowa Putina zasługują na wyśmianie

Tomasz Wandas, Fronda.pl: Występując przed Zgromadzeniem Federacji Władimir Putin odrzucił amerykańskie oskarżenia wobec Rosji w związku z naruszeniami postanowień umowy INF - Układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych pośredniego zasięgu. Stwierdził, że to Stany Zjednoczone już od lat łamały porozumienie. Czyli mamy rozumieć, że Putin uparcie twierdzi, że jest uczciwy? Tylko po co to robi? Chce mamić nas czy obywateli Rosji?

Prof. Przemysław Żurawski vel Grajewski, politolog: Oczywiście, jest to przekaz skierowany do Rosjan, oraz ich bezpośrednich sąsiadów na obszarze postsowieckim, którzy przyjmują taki obraz świata jaki jest im serwowany przez władze rosyjskie. Przekaz ten nie jest dla tych, którzy są spoza rosyjskiej przestrzeni medialnej, którzy doskonale wiedzą jak działa Rosja, wiedzą że upiera się ona i w przypadku oczywistych kłamstw. Ostatnio Rosjanie (jak pamiętamy) mówili, że żołnierze, którzy wzięli udział w inwazji na Krym nie byli rosyjscy a broń kupili w sklepie z militariami, który był „tuż za rogiem” - opowieść o nie łamaniu porozumień INF jest tego typu wiarygodności i może funkcjonować jedynie na rynku wewnętrznym prowadzonym przez Rosję - takie też ma znaczenie. Sądzę, że merytoryczne próby rozważania prawdziwości tej kwestii są bezcelowe. 

Władimir Putin stwierdził, że Rosja nie ma zamiaru jako pierwsza instalować pocisków wymierzonych w cele w Europie, ale jak oświadczył, jeżeli takie działania zostaną podjęte to „Rosja zmuszona zostanie do lustrzanej i asymetrycznej odpowiedzi”. Przy czym, jego zdaniem, nie będzie oznaczała ona tylko wzięcie na cel wyrzutni rakiet czy magazynów, ale również nakierowanie rosyjskich pocisków w te ośrodki „gdzie mogą być podejmowane decyzje o ich użyciu”. Jaki to sygnał? Czy powinniśmy się obawiać? Co na to Unia Europejska, Niemcy? 

Jest to stara rosyjska gra, tym razem adresowana do europejskiej opinii publicznej, do tej jej kręgów, które są słabo zorientowane w naturze militarnej całego zagadnienia. Powinna ona powodować uśmiechy politowania - ci którzy się orientują wiedzą, że przeprogramowanie komputerów sterujących pociskami, wpisanie w nich takich czy innych celów trwa kilka minut, stąd nie jest to żadna realna groźba – jest to raczej oddziaływanie na wyobraźnię pacyfistów, którzy mają się teraz zebrać i protestować przeciwko ewentualności rozmieszczenia amerykańskich rakiet średniego zasięgu w Europie, w obawie, że te rakiety staną się oczywistym celem szykującego się ataku rosyjskiego. 

Jaki jest tego cel?

Społeczeństwo do którego jest kierowany ten przekaz ma uwierzyć Putinowi, że jeśli w Europie nie pojawią się amerykańskie rakiety średniego zasięgu, to i on nie wymierzy swoich rakiet na europejskie stolice. Jest to zabawa kierowana do naiwnych. Fakt, że nie wybuchła wojna jądrowa w okresie zimnej wojny, gdy stopień uzbrojenia był wysoki wynikał z doktryny Mutual Assured Destruction (wzajemnie zapewnionego zniszczenia). Polegał on tym, że ten kto pierwszy wystrzeli rakiety nie jest w żaden sposób zapobiec odpalenia salwy odwetowej przeciwnika, który na swoich środkach rozpoznania - mówiąc krótko na ekranach swoich radarów - zobaczy nadlatujące bomby strony, która pierwsza zaatakowała – zawsze zdąży nacisnąć własne guziki odpalające swoje rakiety i skierowane w agresora. 

Czy taka wojna może mieć dziś miejsce? 

Taka wojna nie wybuchnie. Wszyscy, którzy się na tym znają, rozumieją, że ów mechanizm wzajemnego odstraszania, był wtedy skuteczny i będzie skuteczny i teraz. Rozmieszczenie pocisków w jakimś regionie, jest znaczeniem terenu, jest powiedzeniem tej drugiej stronie: agresja na obszar na którym znajduje się nasza broń jądrowa (w sposób przekonujący dla agresora) jest ostrzeżeniem, że ten teren będzie broniony (nikt nie ma wyobrażenia, że ktokolwiek porzuci swoją broń jądrową). Natomiast, gdzie i kiedy te pociski są wycelowane, to jest kwestia kilku, kilkunastu minut aby to przeprogramować – stąd wypowiedź, która pan przytoczył jest dla słabo zorientowanych. 

Wczoraj minęło pięć lat o najechania wojsk rosyjskich na ukraiński Krym i Donbas. Od tego czasu trwa zbrojna rosyjska agresja wobec Ukrainy. Świat zdążył się już przyzwyczaić do tego co ma miejsce na Ukrainie, pytanie w jakim miejscu jest teraz ten konflikt i do czego zmierza?

W tej chwili jest konfliktem o małej intensywności, sądzę, że pozostanie tak w najbliższym czasie. Oczywiście, zawsze możemy sobie wyobrazić scenariusz gwałtownej eskalacji konfliktu jeśli Putin uzna, że jest to droga zapobiegająca przełomowemu zbliżeniu Ukrainy z Zachodem. W tej chwili nic na to nie wskazuje, by taki gwałtowny atak nastąpił. 

Skąd te przekonanie? 

Porami ryzyka są te pory roku, w których grunt jest odpowiedni dla poruszania się ciężkiego wojskowego sprzętu, a zatem twarda zima, kiedy ziemia jest zmarznięta albo suche lato – ten moment ataku na bieżący rok już minął (to jest styczeń- luty). W tej chwili nie widać, żadnych przygotowań do eskalacji. Następnym obszarem ryzyka będzie lato. Trzeba pamiętać o tym, że 31 marca mamy wybory prezydenckie na Ukrainie i Rosja może próbować usiłować je zdestabilizować. To znaczy może starać się przeprowadzić operację wojskową. 

Uderzenie w Kijów?

Oczywiście nie uderzenie w Kijów, nie wojny na pełną skalę, ale taką operację, która by wykazała niezdolność państwa ukraińskiego do obrony i kompromitowałaby jego klasę polityczną jako niewydolną w zakresie podstawowych funkcji państwowych czyli obrony granic. Jesienią na Ukrainie odbędą się wybory parlamentarne, stąd będzie kolejny powód do destabilizacji ukraińskiej sceny politycznej. Bieżący rok jest rokiem ryzyka, intensyfikacji rosyjskich działań destabilizujących wobec Ukrainy z zamiarem oddziaływania na ukraińską scenę polityczną, na jej kompromitację jako niewydolną w sensie państwowym. 

Co zrobiono i w jak dużym interesie Polski jest to by ten konflikt został zażegnany? Czy w ogóle powinniśmy się mieszać w to co ma miejsce między Ukrainą a Rosją? 

Oczywiście, że tak – jest tak, jak powiedział śp. prezydent Lech Kaczyński w Tbilisi „dzisiaj Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie a później być może i mój kraj – Polska”. Rosyjska klasa polityczna, rosyjscy decydenci, z polskiego punktu widzenia nie powinni mieć doświadczenia sukcesu polityki agresji zbrojnej. 

Dlaczego?

Jeśli jakaś polityka daje sukces, to ten sposób działania, który prowadzi do sukcesu jest powtarzany przy innych okazjach. Zatem, jeśli Rosjanie będą odnosili sukcesy w zakresie agresji zbrojnej czy to przeciw Gruzji czy Ukrainy czy przeciwko jakiemukolwiek innemu sąsiadowi, to będą stosowali tę metodę polityczną także wobec innych sąsiadów, stąd w końcu mogłaby przyjść pora i na Polskę. 

Dziękuję za rozmowę.