05.10.16, 08:30Fot. Youtube

Prof. Zdzisław Krasnodębski dla Fronda.pl: UE powoli wycofuje się z poronionych idei

Fronda.pl: Na Węgrzech miało miejsce referendum w sprawie obowiązkowych kwot imigrantów. Aż 98 procent  głosujących było przeciwnych relokacji, forsowanej do niedawna mocno przez Unię Europejską. Referendum jest jednak traktowane także jako fiasko – zwłaszcza przez węgierską opozycję – gdyż wzięło w nim udział 40% obywateli, o 10% za mało, aby było wiążące. Jak powinniśmy traktować ów wynik? Jako zdecydowany sukces polityki premiera Węgier Viktora Orbana, czy też niekoniecznie?

Prof. Zdzisław Krasnodębski, europoseł: Powiedziałbym, że jednak niekoniecznie. Strona przeciwna może powoływać się na frekwencję właśnie oraz fakt, że w związku z tym referendum nie jest wiążące. Takie komentarze słyszałem już dzisiaj ze strony przedstawicieli niemieckiej Partii Zielonych. Głosy, wedle których owa frekwencja pokazuje, że pomimo nacisku rządu, kampanii promującej referendum, nie udało się przekonać ludzi do wzięcia w nim udziału. Trzeba wziąć pod uwagę to, że mała frekwencja była też spowodowana tym, że problem przymusowej relokacji został w pewnym sensie rozwiązany. Po propozycji Grupy Wyszehradzkiej o elastycznej solidarności i wypowiedzi wielu eurokratów, w tym Junckera, w zasadzie już tę kwestię omijających, a także akceptacji owej „elastycznej solidarności” przez kanclerz Niemiec Angelę Merkel, bezpośrednie niebezpieczeństwo zmuszenia krajów UE do przyjęcia kwot imigrantów minęło. To może być powód, dla którego ta frekwencja w referendum była niższa, niż moglibyśmy się tego spodziewać chociażby kilka miesięcy temu, kiedy sytuacja była rzeczywiście gorąca.

Jakkolwiek frekwencja podczas referendum nie była faktycznie zbyt duża, na pewno tak jednoznaczny wynik głosowania może być pewnym zaskoczeniem. Czy jest szansa na to, że ten silny sprzeciw wobec decyzji UE sprawi, że jej polityka nieco się zmieni w obawie przed nastrojami społecznymi?

Myślę, że nie jest zaskoczeniem fakt, że społeczeństwo węgierskie tak zdecydowanie odrzuca mechanizm relokacji. Dotyczy to też z pewnością wielu spośród tych, którzy na referendum nie poszli, bo uznali to za bezcelowe w sytuacji, gdy problem został niejako rozwiązany. Zaskakiwać może to tych, którzy nie znają nastrojów społecznych w krajach Europy Środkowej, choć nie tylko w nich. Podobne nastroje moglibyśmy znaleźć tam, gdzie referendów tego typu się nie przeprowadza – na wszelki wypadek. Jest oczywistym, że „polityka otwartych drzwi” jest odrzucana przez społeczeństwa europejskie.  Ciekaw jestem wyniku takiego ewentualnego referendum we Francji. Naturalnie inaczej wygląda to w Niemczech, które chcą po prostu podzielić się swoim problemem. Nie jest to więc zaskoczenie, a pomysł o relokacji wydaje mi się, że przeszedł już do historii. Na pewno fakt, że tak dużo Węgrów spośród tych, którzy poszli na referendum, głosowało przeciw relokacji imigrantów, wzmocni motywację, by  trochę po cichu, „rakiem” wycofać się z tych poronionych idei.

Czego potrzeba dzisiaj UE, ażeby przestała być traktowana przez wielu obywateli państw członkowskich jako instytucja opresyjna, narzucająca suwerennym państwom swoje rozwiązania bez względu na ich opinię?

Reformy, łącznie ze zmianą traktatu, które dokładnie określiłyby kompetencje unijne i zwróciły państwom członkowskim właściwą rolę.

Kto ostatecznie ma rację w sprawie imigrantów? Merkel ze swoją polityką proimigracyjną, czy bardziej zachowawczy Węgrzy i Polacy?

Jest oczywiste, że polityka Angeli Merkel z tamtego roku, bo dzisiaj prowadzi już politykę zupełnie inną, bez przyznania się, że ta zmiana nastąpiła,  oderwana była zupełnie od realiów. Obecnie natomiast mówi się już o ochronie granic, zewnętrznych, kontrolach na granicy niemieckiej, ograniczeniu ilości imigrantów, zaakceptowano fakt, że szlak bałkański jest zamknięty. Z kolei polityka węgiersko-polska była realistyczna. Mamy tu jednak jeden problem. Działania Niemiec chociaż po części gwałciły traktaty, jak układ z Schengen, powoływały się na prawo międzynarodowe i w związku z tym mamy tutaj dwa problemy. Mianowicie prawo stosowane w taki sposób jak w Niemczech, prowadzi do sytuacji zagrożenia bezpieczeństwa i skutków, które mogą całkowicie zdestabilizować poszczególne kraje Europy. Prawo międzynarodowe, do którego ta polityka Niemiec się odwoływała, jest więc nieprzystosowane do obecnej sytuacji. Drugi problem jest taki, że są przecież przyczyny tej wędrówki ludów  i one tak łatwo nie znikną – to są wojny, szczególnie w Afryce Północnej, w krajach arabskich. Ponadto – sytuacja ekonomiczna – pogłębiające się nierówności ekonomiczne. Konieczne jest uznanie, że prawo międzynarodowe i tzw. wartości europejskie muszą  być inaczej zdefiniowane. Tak, aby odpowiadały sytuacji geopolitycznej, w której się obecnie znajdujemy. Bez podejmowania działań, żeby usuwać, a przynajmniej łagodzić przyczyny tej wędrówki ludów, problem nie zostanie do końca rozwiązany i w jakimś sensie pozostanie. W takim momencie jedyną możliwością pozostanie twarda polityka obrony granic zewnętrznych Unii Europejskiej.

Dziękuję za rozmowę.