15.08.16, 08:15

Rok 1920 widziany oczami bolszewika Izaaka Babla

FRAGMENT IZAAK BABEL "DZIENNIK 1920", Wydawnictwo Czytelnik (Całość czytaj TUTAJ)

Fragmenty dziennika:

12.7.20 Wołyń Wieczór, złapali Polaka w Życie, polują jak na zwierzynę, szerokie pola, szkarłatne słońce, złocisty kurz, kołysze się zboże, we wsi spęd bydła, różowe, pyliste drogi, zza obrębu perłowych obłoków — płomienne języki nadzwyczaj zwiewnych kształtów, pomarańczowe pożary, kurz wzbija się za furmankami.

16.7.20 Między Ostrogiem a Dubnem

Kondotierzy — czy jutrzejsi uzurpatorzy? Wyłonili się z kozackiej gromady, najważniejsze to opisać pochodzenie tych oddziałów, każdy Timoszenko czy Budionny sam dobierał sobie kadrę, przede wszystkim — sąsiadów ze stanicy; teraz oddziałom nadała organizację sowiecka władza.

17.7.20 Liski

Jak strasznie żal! Zabili młodą matkę. Bój wzdłuż linii kolejowej na Liski. Rzeź jeńców.

18.7.20 Droga na Płauczę

Jedziemy drożynami z dwoma szwadronami sztabu, zawsze towarzyszą naczdywowi, to doborowe oddziały. Opisać ozdobną uprząż ich koni, szable w pąsowym aksamicie, krzywe klingi, kamizele, dywany na siodłach.

20.7.20 Wzgórza za Smordwą. Płaucza

Wyruszamy o piątej rano. Deszcz, słota, ciągniemy lasami. Operacja rozwija się pomyślnie, nasz naczdyw dobrze wytyczył kierunek, zachodzimy ich z flanki. Mokniemy, leśne dukty. Objazd przez Bokujmę na Płauczę. Meldunki: o 10. zdobyta Dobry wódka, o 12, prawie bez oporu — Kozin. Ścigamy nieprzyjaciela, idziemy na Płauczę. Lasy, leśne dukty, szwadrony wiją się na przedzie. Czuję się zdrowszy, nie wiadomo jakim cudem. Obserwuję przyrodę Wołynia; wszędzie poręby, wyrąbane obrzeża lasów, ślady wojny, drut kolczasty, białe okopy. Majestatyczne zielone dęby, graby, dużo sosen, wierzba — co za wspaniałe i ciche drzewo, deszcz w lesie, rozmokłe drożyny leśne; jesion. Duktami leśnymi do Plauczy. Wjżdżamy przed 10. Jeszcze jedna wieś; koścista, wysoka gospodyni, marudzi — niczoho ne maje; bardzo czysto, miała syna w wojsku, daje nam jaj, nie ma mleka; w chacie nieznośnie duszno, deszcz pada, zatapia wszystkie drogi, czarne, chlupiące błoto, nie ma jak dojść do sztabu. Cały dzień siedzę w chacie, ciepło, a tam deszcz za oknem. Jakie nudne, jakie czcze jest dla mnie takie życie: kurczaki, ukryta krowa, brud, tępota. Nad ziemią smutek niewysłowiony, wszystko mokre, czarne, jesień, podczas gdy u nas w Odessie... W Płauczy zagarnięto tabory 49. pułku polskiej piechoty. Podział łupów pod oknem. Zupełnie idiotyczne bluzgi, przy tym raz po raz. Inne słowa, jakby nudne, nie przechodzą im przez usta; napisać o przekleństwach: Boga mać, w gada mać; chłopaki aż się jeżą. Boga mać, dzieci pytają — co ci żołnierze tak klną? Boga mać. Bo zastrzelę; a wal! Mnie przypada płócienny worek i torba do siodła. Opisać to zmącone życie. Chłopak nie idzie do roboty w polu. Śpię na gospodarskim łóżku. Dowiedzieliśmy się, że Anglia występuje o rozejm między SowRosją a Polską, czy to możliwe, że niedługo już koniec?

21.7.20. Płaucza — Boratyno

Nasi zdobyli Dubno. Opór nikły; niezależnie od tego, co my tu gadamy.  Jaki powód? Jeńcy zeznają — i już wiadomo: to rewolucja drobiazgu ludzkiego. Wiele by o tym pisać; uroda tej fasady Polski, to wzrusza, pani hrabino. Przeznaczenie, honor. śydzi, hrabia Ledóchowski. Rewolucja proletariacka. Jak wchłaniam ten zapach Europy, co ciągnie stamtąd. Jedziemy na Boratyno przez Dobrywodkę, lasy, pola, łagodne kontury, dęby; znów orkiestra i naczdyw, a wojna z boku. Popas w śabokrzykach, jem biały chleb. Griszczuk chwilami wydaje mi się degeneratem — taki zahukany? Niemcy, ta Ŝuchwa bez przerwy żująca.

Opisać Griszczuka. Boratyno — zamożna, słoneczna wieś. Chmil, mrukliwy bogaty chłop, jego uśmiech gdy patrzy na córeczkę. Jajecznica na maśle, mleko, biały chleb. Obżarstwo, słońce, czystość, wraca mi zdrowie, dla mnie wszyscy chłopi są tacy sami, młoda matka. Griszczuk promienieje, dostał jajecznicę na słoninie, ładna, cienista stodoła, koniczyna. Dlaczego Griszczuk dotąd nie uciekł? Piękny dzień. Robię wywiad z śołnarkiewiczem . Kim są nasi Kozacy? Warstwy: pazerność, zawadiactwo, fachowość, rewolucyjny zapał, zwierzęce okrucieństwo. Jesteśmy awangardą, ale czego? Ludność miejscowa oczekuje wyzwolicieli, śydzi — swobód, a tu przyjeżdżają Kubańcy... Komandami2 wzywa naczdywa na odprawę do Kozina. 7 wiorst. Jadę. Piachy. Każdy dom został mi w sercu. Grupki śydów. Te twarze, oto getto, stary z nas naród, widać znużenie, jest jednak siła; sklepik, piję świetną kawę, leję balsam na duszę kramarza, wsłuchanego w hałasy, jakich pełen jest sklepik. Kozacy wrzeszczą, klną, rwą się do półek, nieszczęsny kramik i ten spocony, rudobrody śyd... Łażę bez przerwy, nie mogę się oderwać, miasteczko było zburzone, odbudowuje się, istnieje od 400 lat, gruzy synagogi; wspaniała, stara, zrujnowana świątynia, niegdysiejszy kościół, zachwycająco biały o trzech nawach, widoczny z daleka; teraz cerkiew. Stary Żyd — lubię pogadać z kimś z naszych — oni mnie rozumieją. Kirkut, zniszczony grobowiec rabbi Azraela, trzy pokolenia, nagrobek pod drzewem, co zdążyło wyróść nad nim — te stare kamienie, wszystkie jednego kształtu, z napisami jednakiej treści. Ten udręczony Żyd — mój przewodnik, jakaś rodzina tępych grubonogich Żydów mieszkająca w drewnianej szopie przy cmentarzu, trzy groby śydów-żołnierzy, zabitych podczas wojny rosyjskoniemieckiej. Abramowicze z Odessy, ich matka przyjechała na pogrzeb i widzę tę Żydówkę, chowającą syna, co zginął za wstrętną dla niej, niezrozumiałą, zbrodniczą sprawę. Jest kirkut nowy i stary — miasteczko ma 4 wieki. Wieczór, kręcę się wśród zabudowań, Żydzi i Żydówki czytają afisze i proklamacje. Polska — pies łańcuchowy burżuazji i tym podobne. Wszy to śmierć, nie kraść piecyków z wojskowych wagonów. Żydzi — jak z portretów, drągowaci, mrukliwi, o długich brodach; nie to, co nasi — tłuści i jowialni. Rośli starcy, włóczący się bez celu. Najwazniejsze — to kram i cmentarz. 7 wiorst drogi powrotnej do Boratyna, piękny wieczór, dusza pełna wrażeń, bogaci gospodarze, sprytne dziewczęta, jajecznica, słonina, nasi zabierają się do harców, rusko-ukraińska dusza. Mnie to nie bawi, fakt.

22.7.20 Boratyno

Przed obiadem — raport w polowym sztabie armii. Piękna, słoneczna pogoda, zamoŻna, gospodarna wieś, idę do młyna, cóŜ to za wodny młyn, śyd-młynarczyk, potem kąpię się w chłodnej, czystej rzeczce pod łagodnym słońcem Wołynia. Dwie dziewczynki zbytkują w wodzie, dziwna, z trudem opanowana chęć bluzgania przekleństwami, słowami chamskimi i śliskimi. Sokołów zasłabł. Daję mu zaprzęg, niech jedzie do lazaretu. Sztab przenosi się do Leszniowa (Galicja, pierwszy raz przekraczamy granicę). Czekam na konie. Miło w tej wsi, jasno, dostatnio. Po dwóch godzinach ruszam na Chotyń. Droga wiedzie przez młodniaki, niepokój. Griszczuk tępy i okropny. Jadę wierzchem na cięŻkim koniu Sokołowa. Droga pusta, poza mną — nikogo. Jasno, przejrzyście, śladu upału, nie ważkie ciepło. Przed nami — furmanka, pięciu ludzi, wygląda, że to Polacy. Było nie było, podjeżdżamy, przystajemy, skądeście to? Obustronny lęk, niepokój. Pod Chotyniem widać naszych, wjeżdżamy, strzelanina. Zawracamy, dziki galop, ciągnę konia za tręzlę. Kule gwiżdżą i wyją. Ogień artyleryjski. Griszczuk to pędzi z mroczną, milkliwą energią, to znów w chwilach zagrożenia — staje się nie do pojęcia niemrawy. Czernieje mu ta żuchwa niegolona. W Boratynie nie ma już nikogo. Tabory za Boratynem, zaczyna się bałagan. Epopeja taborowa, wstręt i ohyda. Dowodzi Gusiew. Pół nocy stoimy pod Kozinem, strzelanina. Wysyłamy szpicę na zwiady, nikt nic nie wie, szastają się konni, szalenie czymś zajęci, jakiś wysoki niemiaszek — naczpowiatu; noc, spać się chce, poczucie bezradności — nie wie człowiek dokąd go wiozą, myślę, że ten wypad to wszystkiego 20-30 ludzi z tych, cośmy ich zapędzili do lasów. Ale skąd artyleria? Drzemałem pół godziny, powiadają, że była strzelanina, nasi wysłali tyralierę. Ciągniemy dalej. Konie zmęczone, okropna noc, posuwamy się ogromną zgrają w egipskich ciemnościach, przez nie wiadomo jakie wsie, gdzieś z boku pożary, przecinają nam drogę jakieś inne tabory — czy to front się zatrząsł, czy tylko panika obozowa? Noc wlecze się bez końca, grzęźniemy w jamach. Griszczuk dziwnie powozi, czyjś dyszel kole nas w plecy, słychać jakieś krzyki w dali, co pół wiorsty przystajemy na długo; bezcelowa udręka. Lejce się rwą, taczanka nie słucha woźnicy, zjeżdżamy z drogi, noc, Griszczuk ma atak zwierzęcej, tępej, beznadziejnej desperacji, która doprowadza mnie do wściekłości: a żeby zgorzały te lejce, żeby zgorzały. Griszczuk jest ślepy, przyznaje mi się, w nocy nic nie widzi. Tabory już daleko, droga cięŜka, czarne błocko, Griszczuk, szarpiąc resztki lejc, nagle, tym swoim dźwięcznym tenorkiem: to już kryska, Polaki nas dogonią, kanonada ze wszystkich stron, tabory otoczone. Jedziemy na chybił trafił z lejcami w strzępach. Taczanka skrzypi, ciężki, mętny świt w dali, mokre pola. Fioletowe pasma na niebie, pełnym czarnych wyboin. O brzasku — miasteczko Wierba. Tor kolejowy — martwy, wąski, pachnie Galicją. Czwarta rano.

23.7.20 Wierba

Żydzi po bezsennej nocy stoją żałośnie, jak granatowe, potargane gawrony w kamizelkach, w butach na bosą nogę. Mokry, markotny świat, cała Wierba zapchana taborami, tysiące fur, wszyscy woźnice jak spod jednej sztancy, oddziały sanitarne, sztab 45. dywizji, niedorzeczne pogłoski i chyba bezpodstawne, ale uparte, mimo serii naszych sukcesów... Dwie brygady 11. dywizji w niewoli, Polacy zdobyli Kozin, nieszczęsny Kozin, co też tam będzie. Sytuacja strategicznie bardzo ciekawa, 6. dywizja w Leszniowie, Polacy w Kozinie, w Boratynie, na naszych tyłach, przekładaniec. Czekamy na drodze z Wierby. Stoimy tak ze dwie godziny, Misza w białej, wysokiej czapie z czerwoną wstęgą, hasa konno po polu. Wszyscy jedzą: chleb ze słomą, zielone jabłka, lepkie od brudu palce, cuchnące gęby, plugawe, obrzydliwe jadło. Jedziemy dalej. Niebywałe, stajemy co 5 kroków, niekończące się tabory 45. i 11. dywizji, to gubimy nasz oddział, to go znajdujemy. Pola, stratowane żyto, oskubane i niedoskubane sioła, okolica pagórkowata, kiedy będziemy u celu? Droga na Dubno. Lasy, wspaniałe, cieniste, wiekowe lasy. Upał, a w lesie chłód, sporo tu wyrąbano na potrzeby wojsk, niech je diabli wezmą, nagie pobrzeża, tylko pieńki sterczą. Prastare wołyńskie, dubienskie bory, dowiedzieć by się, gdzie tu miód, wonny, czarny. Opisać te lasy. Krywicha, splądrowana kolonia czeska; baba jak malowanie. I zaraz koszmar, trzeba gotować na całą setkę ludzi. Muchy, spocona, rozchełstana, komisarska dziwa Szurka, świeże mięso z ziemniakami, zabierają całe siano, koszą owies, ziemniaki pudami — dziewczynka pada z nóg, koniec porządnego gospodarstwa. Smukły, żałośnie uśmiechnięty Czech, jego tęga, ładna żona, cudzoziemka.

Bachanalia. Rozłożysta Saszka, ta od Gusiewa, ze świtą, czerwonoarmiści, łachmyty obozowe, wszystko toto tłoczy się w kuchni — sypie kartofle, szatkuje szynkę, piecze placki. Nieznośne gorąco, duszno, chmary much. Udręczeni Czesi. Krzyki, chamstwo, chciwość. Ale obiad mamy pyszny — pieczona wieprzowina z ziemniakami i wspaniała, kawa. Po obiedzie śpię pod drzewami — łagodne zbocze, cień, huśtawka kołysze się przed oczyma. Mam w oczach spokojne, zielone i żółte wzgórza, oblane słońcem i lasy, dubieńskie lasy. Śpię trzy godziny. Potem — do Dubna. Jadę z Pryszczepą, nowa znajomość, kaftan, biały baszłyk; niepiśmienny komunista, prowadzi mnie do śeni. Mąż— a grober mensz1 — jeździ konno od wsi do wsi i skupuje u chłopów żywność. śona — pulchna, sprytna, zmysłowa, młoda Żydówka o powłóczystym spojrzeniu, zamężna od 5 miesięcy, męża nie kocha, zresztą to niewaŜne, flirtuje z Pryszczepą. Jej uwaga skupiona jest w istocie na mnie, co i rusz zerka, pyta o nazwisko, nie odrywa oczu, pijemy herbatę, jestem w głupiej sytuacji, cichnę, więdnę, staram się być uprzejmy, za wszystko dziękuję. Mam przed oczyma życie Żydowskiej rodziny, przychodzi matka, jakieś panienki, Pryszczepą smali cholewki. Dubno parokrotnie przechodziło z rąk do rąk. Nasi, jak się zdaje, nie grabili. A teraz wszyscy znowu drżą i znów upokorzenie i wrogość do Polaków, bo wyrywali brody. Mąż — czy będzie wolno

CDN

FRAGMENT IZAAK BABEL "DZIENNIK 1920", Wydawnictwo Czytelnik (Całość czytaj TUTAJ)