29.02.16, 14:56

Terlikowski: Gońcie czerwoną zarazę i przeszukujcie jej archiwa

Sprawa szafy (a może lepiej powiedzieć piwnicy) Kiszczaka ujawniła, że akta najważniejszych konfidentów nigdy nie płonęły, a były prywatyzowane. Ubecy przywłaszczali sobie rozmaite dokumenty, by w razie konieczności z nich korzystać. I niewątpliwie z nich korzystali. Jedni w sprawach prywatnych, a inni – zapewne – w sprawach ekonomicznych, politycznych i wielu innych. I teraz czas już z tym skończyć. Służby państwowe powinny zrobić wszystko, by sprywatyzowane dokumenty odzyskać, by ich dysponenci przestali wreszcie kontrolować sytuację w Polsce, i by – co też istotne – opinia publiczna poznała wreszcie prawdę.

Tyle, że aby to się stało nie wystarczy przeszukać domu Jaruzelskiego. Konieczne są dalsze działania. Przeszukane powinny być domy wszystkich – mniej lub bardziej prominentnych ubeków, funkcjonariuszy partyjnych i speców od wojskówki. I to w miarę możliwości jednocześnie, tak by nie było czasu na ukrywanie dokumentów. Tylko w ten sposób możemy doprowadzić do sytuacji, w której właściciele tych dokumentów nie będą już wpływali na polską rzeczywistość. Trzeba zabrać im broń i pozbawić ich możliwości kreowania rzeczywistości. A gdy trzeba skazać na kary więzienia za nielegalne przetrzymywanie tego rodzaju dokumentacji. Tylko w ten sposób Polska może – choćby częściowo – wyzwolić się ze zniewolenia teczkami.

Szkoda tylko, że na poważne działania w tej sprawie (choć wiedza o tym, że część z teczek przywłaszczyli sobie ubecy była powszechna od dawna) przyszedł czas dopiero teraz. Polska byłaby innym krajem, gdybyśmy doprowadzili do oczyszczenia prywatnych archiwów oberubeków już wiele lat temu. Tyle, że najwyraźniej część z obecnych medialno-intelektualnych macherów mogła się obawiać zawartości przechowywanych w willach i na daczach dokumentów, a inni czerpali z wiedzy o nich realne korzyści. Teraz czas z tym skończyć.

Tomasz P. Terlikowski

Komentarze

anonim2016.02.29 16:12
Powinni przygotować liste wszystkich żyjących pracowników ubecji i wejśc do ich domów. Niestety skutkowac to bedzie brakiem wielu osób na tym forum, ale jakoś to przezyjemy.
anonim2016.02.29 16:17
może pod łóżkiem znajdą "świerszczyki" dla żony pana redaktora
anonim2016.02.29 19:21
To nie dobra zmiana ale amatorka bo trzeba wejść jednej nocy/dnia do wszystkich..
anonim2016.02.29 20:03
Słusznie, powinni przeszukać generała za jego mroczną przeszłość. Ale ja bym w lustracji poszedł dalej i przeszukał mieszkanie Kaczyńskiego - w końcu też osoba publiczna, uwikłana w różne procesy, niejasne sprawy... Kto wie, co się tam znajdzie? Może warto?
anonim2016.03.1 0:27
Ja "dotarłem do byłego pracownika Gazety Wyborczej". Oto jego opowieść. "Wydaje mi się, że to było na początku 2002 roku. Byłem wtedy około niespełna 30-letnim stażystą w lokalnej redakcji Gazety Wyborczej na północy Polski. Ze względu na moje wykształcenie szef postanowił zrobić ze mnie dziennikarza ekonomicznego i wysłał na miesięczny staż do Centrali, Stolicy, Matki Wszystkich Redakcji. Jednym słowem - pojechałem na Czerską. W owym czasie tego rodzaju staże nie były w Wyborczej niczym niezwykłym. Młodzi adepci sztuki dziennikarskiej, wyrobnicy pracujący za grosze i pochwałę szefa w lokalnych redakcjach GW zjeżdżali do Warszawy Tak Agorygeni nazywali mieszkania wynajmowane przez Matkę Wszystkich Redakcji. Antysemityzm?podpatrywać swych Idoli, Autorytety, Mistrzów. Od razu po przyjeździe trafiłem do kibucu. Tak - właśnie do kibucu. E tam. Tak się mówiło i już. Mój kibuc to było obleśne, zagrzybione mieszkanie w bloku z wielkiej płyty na Ursynowie. Mieszkaliśmy tam we trójkę - koleżanka z Zachodu, Kolega z Południa i ja. Nie będę wdawał się w szczegóły życia w Agorowych kibucach. W każdym razie wszystko było wspólne. Koleżanki też były wspólne. W czasie mojego miesięcznego stażu konstelacje młodych adeptów pióra (oraz tych nieco starszych) zmieniały się praktycznie co kilka wieczorów. Moją niechęć do uczestniczenia w zabawach S, D & RR, na które stażyści zapraszali Wielkich Dziennikarzy z Centrali, kwitowano z politowaniem "co ty, katol jesteś?". W czasie mojego miesięcznego stażu konstelacje młodych adeptów pióra (oraz tych nieco starszych) zmieniały się praktycznie co kilka wieczorów. Moją niechęć do uczestniczenia w zabawach S, D & RR, na które stażyści zapraszali Wielkich Dziennikarzy z Centrali, kwitowano z politowaniemWtedy aparaty cyfrowe, blogi i powszechny internet to jeszcze nie było coś normalnego. Ludzie Gazety Wyborczej powinni dziękować za to Panu Bogu, z którego tak lubią kpić. Gdybym wtedy zrobił im choć kilka zdjęć, to Tomasz Kaczmarek z nagim torsem naprawdę nikogo by dziś nie bulwersował. który tam nie pasował, bo był elegancki i pachniał. Andrzej Kublik Stażowałem w dziale ekonomicznym Gazety Wyborczej. Dumnie to brzmi, prawda? Szefem był wtedy Łukasz Lipiński. Chyba. Wiele lat już minęło, a ja byłem wtedy oślepiony blaskiem Wielkich Nazwisk. Paweł Rożyński, specjalista od TP SA,w swoich grubaśnych okularach. Straszna Helena (Łuczywo), przed którą drżeli wszyscy. Cuchnący kacem świeżym lub kacem trzydniowym Nadredaktor Adam. Ze wszystkimi byłem po imieniu. Tak już jest w tej sekcie, że po imieniu każdy jest z każdym. Najbardziej traumatyczne było chyba jeżdżenie wspólnie z Adamem w tej małej, ciasnej, klaustrofobicznej windzie, która służyła w dawnej siedzibie Agory. Mętny, ale próbujący świdrować, wzrok. Etanolowy oddech. Jakieś kretyńskie komentarze, których nie rozumiałem, ale z których ochoczo rechotali jego przyboczni. A ja sobie stażowałem. Stażowałem, czyli robiłem kawę i patrzyłem jak pracują Wielcy. Chociaż "pracują" to naprawdę słowo na wyrost. Większość wiekopomnych tekstów powstawała "na telefon". Ale oczywiście na papierze wyglądało to, jak by Znany i Podziwiany Dziennikarz obskoczył pół Warszawy. No i kolegia redakcyjne. Seanse nienawiści, chciałem powiedzieć. Oczywiście to nie jest tak, że chodziłem na kolegia redakcyjne. Ja mogłem tylko przyglądać się kolegium działu ekonomicznego. Te główne były zarezerwowane dla wybranych. Raz jednak zdarzyło się, że szczęśliwym zbiegiem okoliczności mogłem z bliska obejrzeć wywrzaskującą stek wulgaryzmów straszną Helenę, którą zdenerwowało jakieś zbytnie prawicowe odchylenie w jednym z tekstów. To był okres, gdy Łuczywo miała w ręku rozwijający się dopiero zalążek przyszłej potęgi Agory, czyli portal gazeta.pl Tworzyli go młodzi, pełni zapału, metroseksualni chłopcy. W starciu z rozszalałą Heleną nie mieli oczywiście żadnych szans. A ona naprawdę potrafi zmiażdżyć słowem. Minął miesiąc. Wróciłem do domu, pomyślałem trzy minuty, odszedłem ze stażu w redakcji, założyłem prywatną firmę i zakończyłem krótki romans ze środowiskiem Gazety Wyborczej. Z ludźmi zepsutymi do szpiku kości, cynicznymi, nie wahającymi się użyć papieru do niszczenia każdego, kto stanie na ich drodze politycznej. Dzisiaj z oddalenia, emigracyjnym okiem, obserwuję ich poczynania. I rzygać mi się chce, gdy słyszę, że mienią się oni dziennikarzami. Wojciech Czuchnowski myśli, że ujawniając rzekomo skandaliczne fakty z życia i pracy Tomasza Kaczmarka wykonuje zawód dziennikarza. Gówno prawda. Jak widać wyżej, o każdej firmie, o każdym przedsiębiorstwie, o każdej instytucji państwowej można - na podstawie relacji jakiegoś byłego, zawiedzionego pracownika - napisać paszkwil. Ale z  dziennikarstwem nie ma to nic wspólnego. To padlinożerstwo. PS: Serdeczne pozdrowienia dla groteskowej karykatury zawodu radcy prawnego, czyli pana Piotra Rogowskiego, nadwornego oskarżyciela krytyków Agory. Próbuj, chłopczyku. Powodzenia".