List KEP można krytykować z wielu powodów. Pomieszanie Żydów z żydami, czyli członków narodu i państwa z wyznawcami judaizmu; potępianie nauczania Kościoła katolickiego (sic!); nieuprawnione twierdzenia, jakoby Izrael był nadal narodem wybranym; sugerowanie, że Żydzi mogą żyć bez Chrystusa i być zbawieni… Wszystko to skomentowano już wiele razy i na wszystkie strony, sam zresztą napisałem na ten temat kilka tekstów.

Afera zatem słuszna, ale, muszę przyznać, zarazem trochę… wstydliwa. Ostateczne rzecz biorąc nauczanie na temat Żydów to tylko jeden z wielu elementów konstytuujących kryzys współczesnego Kościoła. W ciągu ostatnich kilkunastu lat pojawiały się na świecie i w Polsce jeszcze poważniejsze problemy, ale reakcja, jeżeli w ogóle jakaś, nigdy nie była tak duża.

Koronnym przykładem jest największy spór doktrynalny, jaki przetoczył się przez Kościół ostatnich dekad, czyli kwestia „Amoris laetitia”. Niemal równe dziesięć lat temu – to był 19 marca 2016 roku – papież Franciszek ogłosił swoją absolutnie przełomową adhortację. Otwarcie zerwał w niej z nauczaniem Jana Pawła II, które ten wyraził w „Familiaris consortio”. Podczas gdy polski papież wskazywał na jednoznaczność nauki o nierozerwalności małżeństwa i wykluczał udzielanie sakramentów rozwodnikom, którzy prowadzą intymne pożycie z nowym partnerem, Franciszek to zmienił. Nakazał „rozróżnianie” każdej sytuacji, co w wielu krajach świata doprowadziło do swego rodzaju normalizacji przynajmniej niektórych rozwodów.

Kilka dni temu przypomniał o tym były metropolita Wiednia, kardynał Christoph Schönborn, jeden z architektów „Amoris laetitia”. W rozmowie z austriackimi mediami wspominał ten dokument Franciszka. Jak powiedział, w jego ocenie papież z Argentyny nie stanął „w sprzeczności” z Karolem Wojtyłą, ale zarazem stwierdził, że nauczanie Jana Pawła II miało „braki” i tych braków Franciszek dopełnił. To elegancki sposób żeby powiedzieć to, co można byłoby wyrazić bardziej wprost: Wojtyła się mylił, nauka Kościoła była zbyt prostacka, dopiero Bergoglio powiedział „prawdę”…

W Polsce dyskusja na temat „Amoris laetitia” toczyła się, ale krótko i mało intensywnie. Nie wzbudzała zbyt dużych emocji społecznych. W 2018 roku polski episkopat wydał swoje wytyczne do tej adhortacji, pisząc dokument tak, że wynikało z niego zarazem wszystko i nic – każdy mógł go zinterpretować, jak mu się podoba.

Kardynałowie w innych krajach pisali „dubia”, biskupi wzywali papieża do sprostowania, wierni apelowali do papieża o obronę małżeństwa… W Polsce głos zabrało Stowarzyszenie ks. Skargi, przygotowując petycję do polskich biskupów o to, by pozostali wierni nauczaniu papieża Wojtyły i nie przyjmowali liberalnej rewolucji „Amoris laetitia”. Poza tym jednak poruszenia społecznego nie było – a po publikacji wspomnianego dokumentu, zupełnie wygasło.

Rewolucja tymczasem się dokonała, bo coraz większa liczba księży występuje publicznie z pochwałami dla „Amoris laetitia”. Duszpasterstwo w Polsce w efekcie się zmienia: tyle, że po cichu. Tradycyjna doktryna odchodzi do lamusa, ale mało kto zauważa ten problem.

Z wyznawcami judaizmu jest inaczej. Kiedy nad Wisłą dotknie się tego tematu, nie słychać końca larum. Dobrze, kiedy sprawy doktrynalne wywołują taki ferment intelektualny i społeczny. Świetnie, kiedy wierni bronią ortodoksji. Szkoda, że dzieje się tak wyłącznie w jednej sprawie! Ostatecznie, Żydów ani żydów w Polsce nie ma prawie wcale. Problem jest z perspektywy społecznej i religijnej marginalny – istotny teoretycznie, ale praktycznie właśnie marginalny. W przypadku duszpasterstwa rodzin, rozumienia roli ludzkiego sumienia, czyli w tematach poruszanych przez „Amoris laetitia” – tu jest zupełnie inaczej, bo rzecz dotyczy w zasadzie każdego.

Walczmy o doktrynę. Spierajmy się o prawdę. Zachowajmy jednak proporcje i największe bitwy toczmy o to, co najważniejsze. Dziesięć lat po rewolucji „Amoris laetitia” to właśnie ten tekst papieża Franciszka pozostaje największym doktrynalnym problemem Kościoła. Niezależnie od emocji, które wzbudzają (ż)Żydzi.