Czytam takie słowa i dopada mnie wrażenie, że już to kiedyś nad Wisłą przerabialiśmy.

To nie jest przypadek, że najwięcej eurosceptycyzmu występuje w krajach, które kiedyś należały do obozu państw realnego socjalizmu. Bo właśnie obywatele tych państw, głównie starsza generacja, reagują alergicznie na taki bezalternatywny ton.

 

W trakcie jednej z dyskusji na temat takiego uciszania krytyków działań Komisji Europejskiej użyłem porównania do lat PRL-u. Wejście Anny Walentynowicz na drogę opozycyjną nastąpiło wskutek błahego wydawało się sporu. Jej brygada pracowała w odległym zakątku stoczni i gdy dochodziło do przerwy obiadowej, fizycznie nie starczało czasu, aby dotrzeć do stołówki stoczniowej, położonej tuż przy bramie wejściowej zakładu i wrócić na czas, gdy praca miała rozpocząć się na nowo. Pani Ania jako rogata dusza zrobiła wokół tego awanturę. I wtedy wezwano ją na egzekutywę zakładowej komórki partii komunistycznej i zjadliwie zaatakowano.

- „Powiedzcie wprost obywatelko Walentynowicz, może to nie o stołówkę chodzi, tylko w ogóle socjalizm wam się nie podoba?”.

 

Ten typ argumentacji nazywano w tamtych czasach tzw. „metodą na huki”. Zakładano, że gdy stawia się sprawę w sposób, który mógł wróżyć represje służby bezpieczeństwa, to każdy zreflektuje się, ugryzie się w język i będzie potulnie znosił brak szans na zjedzenie obiadu bez spóźnienia się na początek kolejnej części dnia pracy. Była to metoda brutalna, ale niestety skuteczna i de facto chroniła ona w tym wypadku jakiegoś prymitywa na stanowisku kierowniczym, który nie dbał o to, czy stoczniowcy z najdalej posuniętych pochylni zdąża na swój obiad czy też nie zdążą. Oni do stołówki mieli dwa kroki z budynku dyrekcyjnego, no to czemu mieli martwić się losem tych, którzy musieli, aby zdążyć na obiad, nadłożyć nieco drogi?

 

Jan Rokita z typową dla siebie brutalną szczerością przypomniał niedawno, że niedługo zacznie być konstruowany nowy budżet Unii Europejskiej na kolejne siedem lat. I wypomniał prezydentowi Nawrockiemu, że wpisane są w niego rozmaite klauzule warunkowości, tak samo jak w program SAFE. I wytknął, że jeśli obecna głowa państwa chce być konsekwentna, to powinna tez nie zgodzić się na nowy budżet, skoro zawiera on elementy uznaniowości. Oczywiście Rokita nie bierze pod uwagę, że prezydent w tak wyrazisty sposób zaprotestował przeciwko SAFE, gdyż akurat w tej kwestii  wchodzi to w zakres jego prerogatyw jako zwierzchnika sił zbrojnych RP.

 

Ale Rokita w pewnym sensie ma rację – jesteśmy tak głęboko wciągnięci w krwioobieg decyzji ekonomicznych Unii Europejskiej, że szefowie Unii stosują swoisty szantaż. Albo akceptujecie to, co robimy, bez żadnej dyskusji, albo zadajemy brutalne pytanie: czy chcecie wyjść? I w tym sensie komisja przypomina nieco brutalną egzekutywę PZPR ze Stoczni Gdańskiej, która chciała zaszantażować Annę Walentynowicz pytaniami, czy krytyki trybu działania stołówki nie są aby odrzuceniem zasad socjalizmu. To Komisja Europejska i jej nasi rodzimi obrońcy, stawiający sprawę w trybie „albo – albo”, pompują nastroje poexitowe. I warto to wyraźnie podkreślać. Żaden system nie ocaleje, jeśli będzie utrzymywany na zasadzie szantażu emocjonalnego. Dlaczego Komisja Europejska miałaby być wyjątkiem?