01.03.19, 16:45Zdj. Tymon Markowski/MSZ (edytowane)

Budzisz: Konferencja bliskowschodnia sukcesem... Moskwy?

Jednym z aksjomatów polskiej polityki zagranicznej jest, jak się wydaje, wspieranie Stanów Zjednoczonych oraz Izraela w kwestii uregulowania sytuacji na Bliskim Wschodzie. Mechanizm jest w tym wypadku dość prosty – wspierając Izrael stajemy się niejako automatycznie jego europejskim sojusznikiem, a przy tym jesteśmy dobrze postrzegani w Waszyngtonie, co winno wzmocnić naszą pozycję. Ale co jeśli to założenie okaże słuszne, tylko najlepszym sojusznikiem Izraela na Bliskim Wschodzie stanie się Rosja,? Czy wówczas nadal będziemy mieć mocna pozycję wobec Waszyngtonu, czy raczej takie bezwarunkowe poparcie nas osłabi, a Moskwa w ramach twardych rozmów zażąda rewizji polityki Stanów Zjednoczonych wobec Europy Środkowej, stawiając w charakterze karty przetargowej swe wsparcie dla antyirańskiej krucjaty? To, że taki scenariusz nie jest fantastyką, świadczyć mogą wyniki ostatnich rozmów Putina z Netanjahu
Wydaje się, że mamy pierwszy efekt warszawskiej konferencji w sprawie Bliskiego Wschodu, choć nie wiem czy takiego rozwoju sytuacji się spodziewaliśmy. Przypomnijmy, że najważniejszym przesłaniem, które zostało sformułowane w Warszawie było przekonanie, że największym zagrożeniem dla pokoju w regionie jest agresywna postawa Iranu. I właśnie z tego powodu niektórzy określali tę konferencję mianem antyirańskiej narady wojennej, a inni krytykowali to, że Polska była miejscem w którym odbyła się ta narada się odbyła, bo z Teheranem mamy tradycyjnie dobre relacje. Ten ostatni argument, gdyby badać stosunki poziomem wymiany handlowej okazuje się akurat całkowicie chybiony, bo mimo wielu deklaracji strony irańskiej o woli zwiększania importu z Polski, wzajemne obroty pozostają nadal na niskim, wręcz mikroskopijnym poziomie, ale, jak można rozumieć argumentacje tych uczestników debaty publicznej, jakość relacji międzynarodowych, w tym wypadku polsko – irańskich, winno mierzyć się temperaturą wypowiedzi oficjeli. Można i tak.

Wracając jednak do meritum sprawy, warto odnotować wyniki zakończonej właśnie wizyty izraelskiego premiera w Moskwie. Jeśli spekulacje prasy rosyjskiej i izraelskiej na ten temat okażą się prawdziwe, a wiele na to wskazuje, to mogą one mieć ważny i niezwykle interesujący wpływ na sytuację na Bliskim Wschodzie, przede wszystkim w Syrii, ale nie tylko. Otóż trzeba zauważyć, że po pierwsze Binjamin Netanjahu miał być w Moskwie 21 lutego. Wówczas odwołał wizytę, głownie z tego względu, że był to ostatni dzień rejestracji list wyborczych i nie mógł sobie pozwolić, aby być poza krajem. Oddaje to sytuację izraelskiego premiera – jeśli jego obecność jest konieczna, to oznacza to, że targi i konflikty co do kształtu list trwały do samego końca. A to jest świadectwem niczego innego, jak tylko słabnącej pozycji premiera. Nie ma się zresztą czemu dziwić, jeśli weźmie się pod uwagę to, że tamtejsza prokuratura właśnie oświadczyła iż ma zamiar postawić Netanjahu przed sądem za sprawy korupcyjne, a główny polityczny przeciwnik Likudu, powołana niedawno koalicja, która współkieruje znany nam z głupich wypowiedzi Ja’ir Lapid, zwiększa przewagę nad formacją premiera. Ale warto też zwrócić uwagę na fakt, że Moskwa, tradycyjnie dość wyczulona na kwestie protokołu i niechętnie reagująca na zmiany terminów wizyt, tym bardziej jeśli decyzje zapadają w ostatniej chwili, tym razem kwestię tę przełknęła bez większego problemu. Co więcej, trzeba pamiętać, że od incydentu z zestrzeleniem rosyjskiego samolotu Ił we wrześniu ubiegłego roku przez syryjską obronę przeciwlotniczą (oficjalna rosyjska narracja twierdzi, że izraelski myśliwiec celowo tak manewrował, że rakieta wycelowana weń trafiła Rosjan) była to pierwsze wizyta premiera Izraela, który wcześniej w Moskwie bywał dość regularnie. Wniosek, jaki trzeba z tego wyciągnąć jest taki, że Moskwie, a nie tylko stronie izraelskiej, musiało zależeć na rozmowach.

Potwierdzają to ich wyniki. Otóż według napływających informacji uzgodniono, że zostanie powołana izraelsko – rosyjska grupa robocza do spraw wyprowadzenia obcych wojsk z Syrii. Trzeba posunięcie to odczytywać w ten sposób, że Moskwa, tak zresztą napisał wprost komentator Nizawisimej Gaziety, gotowa jest zamienić „format astański” na rosyjsko – izraelski. Rosjanie ponownie podkreślili, że opowiadają się za wycofaniem obcych wojsk z terytorium Syrii. W ich rozumieniu „obce wojska”, to wszystkie formacje zbrojne, prócz ich własnych, bo oni zostali zaproszeni przez rząd. Sformułowanie to odnosić trzeba do obecności Turcji, ale przede wszystkim Iranu. I w tym punkcie zbiegają się interesy Rosji i Izraela, który jest zaniepokojony umacnianiem się Irańczyków, ale przede wszystkim libańskiego Hezbollachu w okolicach Wzgórz Golan. Izrael zapowiada uderzenia zbrojne, nie tylko przy użyciu lotnictwa, ale również, co istotne, możliwość wejścia wojsk lądowych na terytorium Syrii, celem oczyszczenia sytuacji. Tego rodzaju ruch, byłby oczywiście na ręką Likudowi przed wyborami, bo istotną częścią jego kampanii jest przesłanie o gwarantowaniu bezpieczeństwa kraju. Ale oczywiście odepchnięcie Irańczyków, w sytuacji, kiedy, jak donosi izraelski wywiad 3 z 4 dostarczonych przez Rosjan baterii rakiet przeciwlotniczych S-300 jest już „w pozycji horyzontalnej”, tzn. gotowych do odpalenia, może okazać się niełatwe, a przynajmniej związane ze znacznymi stratami po stronie atakującego. I w ten sposób „krótka wyborcza wojna” może przekształcić się w katastrofę, również wyborczą, ale nie tylko. To, że w Moskwie rozmawiano o sprawach wojskowych jest jasne jeśli weźmiemy pod uwagę to, że premierowi Izraela towarzyszył szef sztabu oraz szef wywiadu.

Rosja, która już kilkakrotnie mówiła o wycofaniu „obcych wojsk” z Syrii ma teraz ważny powód, aby swój komunikat powtórzyć i jeszcze go wzmocnić. Do Teheranu pojechał bowiem, syryjski dyktator Asad. Te podróż trzeba czytać jako polityczną demonstrację, z której Moskwa nie może być i nie jest zadowolona. Poprzedni raz syryjski przywódca w stolicy Iranu był w 2011 roku, jeszcze przed wybuchem wojny domowej, a zatem była to podróż symboliczna, a przez to ważna. Zwłaszcza w kilka tygodni po tym, jak dwie armie syryjskie – jedna kontrolowana prze brata Asada o wyraźnie proirańskim nastawieniu, a druga przez szkolonych przez Rosjan wojskowych i uchodząca za prorosyjską, miały się zetrzeć w walce w prowincji Homs, chcąc zająć strategicznie ważne pozycje. Pisała o tych wydarzeniach prasa rosyjska, również Izraelska, były też zaprzeczenia, ale raczej trzeba skłaniać się do tezy, że tego rodzaju wydarzenia miały miejsce. Potem odbyła się konferencja w Soczi, która miała być konkurencyjną do Warszawskiej, uczestniczyli w niej obok Putina również liderzy Turcji i Iranu.

W czasie wizyty Asada w Teheranie padły istotne deklaracje polityczne strony Irańskiej. Ale prócz tego niezwykle istotne jest to z kim syryjski dyktator się spotkał, a z kim nie. Otóż odbyło się spotkanie w którym obok Asada wziął udział Ali Chamenei oraz prezydent Hasan Rouhani, na zdjęciach można było również zauważyć obecność na spotkaniu generała Ghasema Solejmani, który dowodzi obecną w Syrii formacją Ghods. Ale w rozmowach nie uczestniczył irański minister spraw zagranicznych, uchodzący z gołębia, Mohammada Zarif. Z tego powodu, jak się spekuluje, ten ostatni miał złożyć swoja dymisję, która ostatecznie nie została przyjęta, ale nie ulega wątpliwości, że irańska frakcja pokoju przegrywa z frakcją wojny. Można tak sądzić przede wszystkim biorąc pod uwagę to co po spotkaniu mówił Chamenei. Opowiedział się on wprost i wyraźnie, przeciw rosyjskiej propozycji stworzenia strefy buforowej na północy Syrii. Powiedział przy okazji, że jest to „spisek amerykański”. Irańczycy zapowiedzieli, też, że zbudują w Syrii, w ramach pomocy 200 tys. domów.

Deklaracje te trzeba wiązać nie tylko z rozmowami w Soczi, ale również z tym co w wywiadach mówił dzień wcześniej przebywający w Wietnamie rosyjski minister spraw zagranicznych. Otóż Ławrow powiedział, że „obecnie wojskowi kończą rozmowy na temat utworzenia na granicy Syrii i Turcji strefy buforowej” oraz, że „brane jest pod uwagę stanowisko Damaszku i w maksymalnym stopniu mają być uwzględnione interesy Ankary”, dodał też, że do pilnowania porządku w utworzonej strefie buforowej może zostać wysłana rosyjska policja wojskowa. Po teherańskich deklaracjach wiadomo już, że nie tylko Iran nie zgadza się na takie rozwiązanie, ale jest mu również przeciwny Damaszek. Ma to o tyle istotne znaczenie, że reżim syryjski chce atakować strefę demilitaryzacji w Idlibie, która jego zdaniem, i nie jest to przesada, jest już kontrolowana przez formacje, które wcześniej były częścią syryjskiej DAESZ. Na taki rozwój wydarzeń nie chcą oczywiście zgodzić się Turcy, którzy nie tylko patronują strefie, ale również chcieliby, aby niejako „przy okazji” rozwiązać problem Kurdyjski. W Soczi rozmawiano na ten temat, ale nie osiągnięto porozumienia. Rosjanie chcą stworzenia strefy buforowej pod własną kontrolą rozdzielającą wojska tureckie i formacje kurdyjskie, a Turcy chcieliby aby Moskwa pomogła im w polityce „dziel i rządź” wobec Kurdów. Chodzi po prostu o to, że Ankara chciałaby, aby niektóre z kurdyjskich formacji Rosja uznała za terrorystyczne, bo wspólna akcja może w znacznym stopniu osłabić ich potencjał wojskowy.

Na razie wysiłki Ankary nie kończą się powodzeniem, co skutkuje, m.in. cierpkimi uwagami tureckiego prezydenta pod adresem Rosjan oraz delikatna presja ekonomiczną polegającą na przetrzymywaniu (czasem trwającym tygodnie) tankowców wiozących rosyjską ropę przed tureckimi cieśninami. Ale nie tylko, również takimi wystąpieniami jak niedawne przemówienie tureckiego ambasadora z okazji 5 rocznicy aneksji Krymu, kiedy powiedział on, że „Turcja nie uznała i nie uzna bezprawnej aneksji” półwyspu.

Rosja, jak się wydaje, zaczęła właśnie kolejna fazę swej syryjskiej przygody. Ma zamiar dążyć do stopniowego wypierania swych dotychczasowych sojuszników. Ani obecność Iranu, ani Turcji w dłuższej perspektywie nie jest jej potrzebna. Również i z tego powodu, że nie chce łożyć środków na odbudowę zniszczonego wojna kraju. Do tego potrzebne jej są pieniądze Zachodu. I Zachód je ma, a nawet nie można wykluczyć, że będzie skłonny je inwestować. Ale najpierw wpływy Iranu muszą w Syrii ulec znacznemu ograniczeniu, a najlepiej wyparciu. Pozostałe państwa świata arabskiego, z Arabią Saudyjską, na czele też mogą zaangażować się w odbudowę Syrii, ale na tych samych warunkach. Rosja zostałaby wówczas jedynym gwarantem pozycji Asada, trudno się zatem dziwić, że nie ma on na to większej ochoty.

Izraelczykom, którzy dobrze się z Moskwą rozumieją, również zależy na takim rozwoju wydarzeń. I nie chodzi tylko o wpływy emigrantów z Rosji w Izraelu, wcale nie małe, bo w wielu miejscach w tym kraju rosyjski słyszy się na ulicach. Nie chodzi też o to, że Izrael wznosi pomniki miłe sercu Rosjan, jak np. upamiętniający ofiary blokady Leningradu. Mają też jeszcze jeden wspólny interes – wspólną narrację na temat historii II wojny światowej, w której Żydzi są jedynymi ofiarami, Rosjanie jedynymi wyzwolicielami a środkowoeuropejscy współpracownicy nazistów (broń Boże nie Niemców!) jedynymi sprawcami. Coraz częściej w ten negatywny kontekst wpisywana przez obydwie strony jest Polska. Bo i obie strony mają w tym swój interes – Rosjanie po to aby zszargać nam reputację i w ten sposób osłabić twarde stanowisko części Unii Europejskiej wobec Moskwy, a Izrael ma tych interesów więcej, ale o tym ostatnio w Polsce sporo się pisało.

Innymi słowy, Konferencja Warszawska, zakończyła się sukcesem, bo siły antyirańskie zostały wzmocnione i być może pozyskały do współpracy Moskwę. Czy jest to sukces dla Polski? To już zupełnie inna kwestia.

Marek Budzisz/salon24

Komentarze

john2019.03.1 18:34
a wiec wojna goga i magoga jest nieunikniona apyszni zydzi ktorzy zawsze sa gotowi stanac przeciw prawdzie wspierani sila klmstwa zabojstwa i kradzezy beda jej ofiara