02.07.18, 16:00

Izrael przyznał Polsce znak jakości Q

Publiczne i prawicowe media omdlewają z zachwytu nad podpisaną w ubiegłą środę przez premiera Morawieckiego i premiera Netanjahu deklaracją. Redaktor Michał Karnowski zaapelował o włączenie owego dokumentu do podręczników historii, natomiast redaktor Tomasz Sakiewicz poszedł dalej i oświadczył na Twitterze, że „Nataniachu i Kaczyński powinni dostać (…) pokojowego Nobla” (pisownia oryginalna). Obaj panowie, jak i większość entuzjastów zakończenia zimnej polsko-izraelskiej wojny, zdaje się nie dostrzegać, że autorom owego porozumienia zabrakło czasu lub odwagi na dopracowanie sensownego jej tytułu, chociażby w tak oczywistej formie, jak: „Polsko-izraelska deklaracja przeciwko propagowaniu antypolonizmu i negowaniu roli Niemców w zbrodniach II Wojny Światowej.”

Część polskojęzycznych dziennikarzy miało kłopot z określeniem, jakiego rodzaju dokument został właściwie podpisany przez premierów Polski i Izraela; nie potrafili zdecydować, czy była to deklaracja, oświadczenie, stanowisko czy porozumienie. Z punktu widzenia prawa międzynarodowego była to raczej „publiczna wypowiedź w sprawie”, dotycząca przekonań stron w opisanym przedmiocie, niż „oświadczenie lub zobowiązanie mające moc prawną” (sł. PWN). Pod względem prawnym nie jest to dokument wiążący i nie pociąga za sobą skutków prawnych, w przeciwieństwie chociażby do konwencji czy umowy międzynarodowej. Jedyną formalną konsekwencją sygnowanego dokumentu ma być powołanie „oficjalnego polskiego zespołu do spraw dialogu z izraelskimi partnerami na tematy historyczne związane z Holokaustem.” Czy będzie to zespół badający wyimaginowany współudział Polaków w zagładzie Żydów, czy raczej pracujący nad wskazaniem faktycznych sprawców i współsprawców tragedii Żydów i Polaków, na podstawie historycznych dokumentów, prawdziwych a nie wymuszonych relacji świadków, i nieodkrytych dotąd dowodów materialnych- trudno dziś przewidzieć.

Z formalno-prawnego punktu widzenia strona żydowska utrzymała dotychczasowy parasol ochronny dla swoich interesów. Izraelskie prawo zakazujące negowania Holokaustu i przewiduje za jego złamanie karę 5 lat pozbawienia wolności. W Polsce tak zwane Kłamstwo oświęcimskie zagrożone jest karą pozbawienia wolności do lat trzech. Ewentualne, zbyt dociekliwe rozważania w zakresie dotychczas ustalonych historii i prawd na temat Holokaustu mogą okazać się niezwykle ryzykowne dla potencjalnych badaczy w związku z powyższymi przepisami.

Należy przy tym pamiętać, iż od 9 maja tego roku jak miecz zawisła nad Polską amerykańska ustawa S447, związana z żydowskim mieniem bezspadkowym. Dlaczego stronie żydowskiej tak bardzo zależało i zależy na prawnym, ustawowym, niosącym sankcje karne, zagwarantowaniu swoich interesów? Dlaczego przy tym tak mocno i zdecydowanie walczyła, również z wykorzystaniem administracji waszyngtońskiej i polskich polityków w rządzie RP, o zniesienie przepisów karnych za kłamstwa kierowane przeciwko narodowi i państwu polskiemu? Po podpisaniu przez prezydenta Dudę nowelizacji ustawy o IPN w ubiegłym tygodniu, masowo zaczęły płynąć głosy pochwały, wliczając w to izraelskich polityków i dyplomatów, rabinów, czy amerykańskich oficjeli, potwierdzające tezę że bardzo dobrze się stało, że ochrona dobrego imienia Rzeczpospolitej Polskiej nie podlega już ochronie na gruncie prawa karnego.

W samej deklaracji jerozolimsko-warszawskiej (nazwijmy ją tak roboczo) słowo Holokaust pada aż siedem razy. Nie znajdziemy tam natomiast oświadczenia, że Polacy byli narodem ofiar- a nie sprawców, że Polska była pierwszą ofiarą II Wojny Światowej, a państwo polskie poniosło w niej największe straty spośród wszystkich ówczesnych państw świata. Nie ma w tym tekście również wzmianki o tym, że Polska była przedmiotem jednoczesnej napaści drugiego, nie mniej zbrodniczego reżimu, jakim był Związek Sowiecki, w związku z czym możliwości niesienia pomocy Żydom, Polacy i państwo polskie mieli mocno ograniczone.

W całym oświadczeniu słowo „prawda” pada tylko jeden raz- w sformułowaniu „smutna prawda”. Nie pojawia się natomiast zapowiedź dążenia do „prawdy historycznej”. Dlaczego? Być może pojęcie „prawdy” nie leży w dobrze pojętym interesie któregoś z sygnatariuszy. Co ważne, obydwa rządy opowiedziały się za „wolnością badań nad wszystkimi aspektami Holokaustu”. Nic zatem nie powinno stać na przeszkodzie, aby sprawnie rozpocząć badania nad dokończeniem prac ekshumacyjnych i rzetelnych analiz historycznych w Jedwabnem.

Wiele organizacji żydowskich wyspecjalizowało się w przydzielaniu i udzielaniu różnego rodzaju certyfikatów, tytułów, dyplomów i zaświadczeń. Stwierdzenie powyższe nie jest z mojej strony przejawem semityzmu w jakiejkolwiek odmianie, a co najwyżej przejawem zazdrości, i próbą docenienia aktywności środowisk żydowskim w dążeniu do osiągania postawionych sobie celów. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat środowiskom tym udało się stworzyć dziesiątki rozpoznawalnych na całym świecie organizacji o ponadnarodowym zasięgu i wpływach, takich jak Światowy Kongres Żydów, Centrum Wiesenthala, najbardziej znany w Polsce instytut Jad Waszem w Jerozolimie, i dziesiątki innych. W Polsce również powstają coraz to nowe organizacje i fundacje, odwołujące się do polsko-żydowskiej historii.

Pokoleniu moich dziadków, wujków i cioć, trudno byłoby sobie wyobrazić, że ponadnarodowe organizacje czy obce państwa, takie jak Izrael, czy ostatnio również Niemcy, będą rościły sobie prawa do udzielania narodowi i państwu polskiemu certyfikatów przyzwoitości, po to, aby świat nie traktował nas jak współodpowiedzialnych za bestialstwa II Wojny Światowej, jak współsprawców masowych mordów i zagłady narodu żydowskiego. Ofiara państwa i społeczeństwa polskiego w walce z hitlerowskimi Niemcami, oraz ofiara ponad 70 tys. zamordowanych przez Niemców Polaków za pomoc Żydom, jeszcze dwadzieścia- trzydzieści lat temu były tak dla wszystkich oczywiste, że trudno było sobie wówczas wyobrazić, że ktokolwiek ośmieli się proponować Polsce usługi wydawania świadectw uczciwości w jakiejkolwiek postaci. Zbyt wielu naocznych świadków tamtych wydarzeń ciągle żyło.

Dziś jeszcze nie znamy ceny, jaką przyjdzie nam zapłacić za ten certyfikat, chociaż wiadomym jest każdemu prowadzącemu interesy, że każdy certyfikat kosztuje- im bardziej niezbędny i prestiżowy, tym drożej. W miarę oddalania się od II Wojny Światowej, machiny propagandowe skierowane przeciwko Polsce będą napierały z różnych kierunków i działały z coraz większym impetem. Prawda o wojnie stanowi zagrożenie i potencjalne, ogromne koszty lub zyski dla wielu państw i wpływowych grup. I prawdopodobnie będzie to walka na śmierć i życie.

W komunistycznej Polsce była instytucja, przyznająca niektórym produktom znak jakości Q, (z ang. ‘Quality’), co miało oznaczać, że jakość tych produktów „jest porównywalna z jakością renomowanych producentów światowych”. Czy certyfikat otrzymany w ubiegłym tygodniu za pośrednictwem telemostu z Izraela pomoże nam, Polakom, dorównać jakością do renomowanych, szanowanych obywateli światowych? Czy okaże się wystarczająco trwały, żeby przetrzymać czekające nas lata bezpardonowych ataków na historię, religię i tożsamość naszego kraju?

Jeśli sami, jako państwo i jako naród, nie będziemy w stanie stworzyć odpowiednio wysokiej jakości własnej, żadna światowa czy lokalna instytucja nie będzie mogła nas uwiarygodnić. Jeśli jednak postawimy na prawdę o naszej historii, o Polsce, o Polakach, wówczas inne kraje, takie jak Izrael, Niemcy czy Rosja będą musiały się ubiegać o otrzymanie Polskich Certyfikatów Wybaczenia. Tym bardziej, że właśnie te państwa są winne nam znacznie więcej niż dziś się o tym mówi, dlatego obawiają się wystawienia im przez nas rachunków w podwójnej wysokości. Zbyt ambitne?

Paweł Cybula