04.11.18, 09:00Merkel, fot. Olaf Kosinsky, lic. CC BY-SA 3.0 via Wikipedia

Kanclerz Angela Bismarck

W związku z głębokimi zmianami politycznymi w Niemczech wywołanymi odchodzeniem kanclerz Angeli Merkel przypominamy tekst Krzysztofa Raka z 2015 roku na temat samej Merkel jak i szerzej - niemieckiej polityki.


Politycy niemieccy otwarcie nawiązują do spuścizny kanclerza Ottona von Bismarcka. I nie ma w tym przypadku, albowiem pozimnowojenna rzeczywistość międzynarodowa zbliża się do zasad rządzących dziewiętnastowiecznym „koncertem mocarstw”.

Strategiczny dylemat Republiki Federalnej Niemiec, podobnie jak za czasów Żelaznego Kanclerza”, polega na tym, że są one za silne, aby stanowić element mocarstwowej równowagi na kontynencie, ale i za słabe, aby tę równowagę zniszczyć i zaprowadzić swoją dominację.

W takim układzie skuteczną strategią jest powstrzymywanie własnych dążeń hegemonialnych i wzięcie odpowiedzialności za równowagę mocarstw na kontynencie europejskim.

Merkel odgrywa rolę „uczciwego maklera”. Nie może więc stać po jednej ze stron konfliktu. Musi zdobyć zaufanie wszystkich najważniejszych aktorów, a więc z jednej strony Moskwy, a z drugiej Kijowa i Waszyngtonu.

Niemcy dzisiejszą pozycję mocarstwa globalnego zawdzięczają przede wszystkim zasobom „soft power”.

Podstawowym zagrożeniem dla obecnej niezwykle korzystnej konstelacji międzynarodowej Niemiec jest egoizm mocarstw. Henry Kissinger przewidział w „Dyplomacji” przed 20 laty, że świat po zimnej wojnie będzie się rządzić zasadami Bismarckowskiego „koncertu mocarstw” z ostatniej kwadry XIX wieku. Kilka największych potęg, kierując się zasadą równowagi sił, stworzy nowy porządek globalny a kluczową rolę w tym procesie odegrają Niemcy.

Uczciwy makler

Minister spraw zagranicznych RFN Frank-Walter Steinmeier podczas marcowej [rok 2015 - red.] wizyty w Waszyngtonie stwierdził, że Berlin chce odgrywać rolę „odpowiedzialnego maklera” (verantwortlicher Makler). W ten sposób odwołał się do polityki Ottona von Bismarcka. Dwa tygodnie później w obecności zarządu SPD nie pozostawił wątpliwości co do swoich intencji, przekonując, że „spuścizna Bismarcka po dziś dzień kształtuje niemiecką politykę zagraniczną”. Jej istotą – wywodził – jest Realpolitik, która polega na „analizie rzeczywistości oraz subtelnym wyczuciu interesów i zachowań innych aktorów sceny międzynarodowej”. To po prostu „sztuka możliwego”. Dlatego też „centralnym zadaniem niemieckiej polityki zagranicznej w najbliższych latach jest odbudowa zniszczonego zaufania, a także podstaw współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa między Rosją i Zachodem”. W roku 1878 w Berlinie miał miejsce wielki dyplomatyczny kongres, podczas którego mocarstwa miały się porozumieć w sprawie nowego porządku europejskiego po wojnie rosyjsko-tureckiej. Chodziło o to, aby pokój nie zaburzył równowagi mocarstw, którą zachwiały sukcesy militarne Rosjan na Bałkanach. Przy stole negocjacyjnym doszło więc „wyrównania” relacji pomiędzy nimi. Bismarck jako gospodarz kongresu zamierzał przy tej okazji przekonać swoich partnerów, że Niemcy są mocarstwem „nasyconym”. Nie pragną nowych zdobyczy terytorialnych, ponieważ dążą do utrzymania status quo. Ich mocarstwowość osiągnęła swój optymalny wymiar. I dlatego mogą sobie pozwolić odgrywać rolę „uczciwego maklera” (ehrlicher Makler), a więc bezstronnego pośrednika, który ułatwi mocarstwom porozumienie, sprawiedliwie uwzględniające ich interesy. Bismarck uważał, że dążenie Berlina do hegemonii zakończyłoby się klęską, albowiem mocarstwa bez trudu stworzą zwycięską antyniemiecką koalicję. Rok przed kongresem tłumaczył, że za pożądaną uważa „taką ogólną sytuację polityczną, w której potrzebowałyby nas wszystkie mocarstwa, a stosunki istniejące między nimi uniemożliwiałyby utworzenie przeciwko nam koalicji”. Strategiczny dylemat Niemiec polegał na tym, że są one za silne, aby stanowić element mocarstwowej równowagi na kontynencie, ale i za słabe, aby tę równowagę zniszczyć i zaprowadzić swoją dominację. W takim układzie jedyną skuteczną strategią jest powstrzymywanie własnych dążeń hegemonialnych i wzięcie odpowiedzialności za równowagę mocarstw na kontynencie europejskim. Następcy Bismarcka nie przyswoili sobie jego lekcji. Niemcy w XX w. dwukrotnie chciały zdominować kontynent europejski i za każdym razem powstawała koalicja, która zadała im ciężkie klęski.

Merkel i konferencja w Mińsku

Kanclerz Angela Merkel, jakkolwiek nie odwołuje się bezpośrednio do Bismarcka, niewątpliwie rozumie ten dylemat. Co więcej nie sposób odkryć racjonalności jej polityki wobec konfliktu ukraińsko-rosyjskiego bez wskazania na spuściznę Żelaznego Kanclerza. Senator John McCain nie rozumiał istoty gry Merkel, gdy w trakcie styczniowej konferencji bezpieczeństwa w Monachium jej antykryzysową dyplomację określił mianem „głupoty” (foolishness). Nota bene, sceptycyzmu i krytycyzmu nie kryło wówczas wielu komentatorów najbardziej opiniotwórczych gazet niemieckich, nie znajdując sensu w trwających od miesięcy rozmowach z prezydentem Rosji. Powstało wrażenie, że łatwowierna i prostoduszna kanclerz raz po raz daje się wodzić za nos twardemu i niesłownemu Putinowi. Szybko okazało się, że optyka ta grzeszyła naiwnością i niezrozumieniem. Po konferencji w Monachium kanclerz Merkel poleciała do Waszyngtonu. Wtedy stało się dla wszystkich jasne, że Berlin i Waszyngton od dawna uzgadniają swoją politykę. Prezydent USA na kilka dni przed spotkaniem z kanclerz RFN deklarował, że nie podejmie żadnej decyzji dotyczącej Ukrainy bez wcześniejszej z nią rozmowy. Podczas szczytu Merkel i Obama zgodzili sie, że szanse na militarne rozwiązanie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego są bardzo małe a decyzja o wysyłaniu broni na Ukrainę byłaby co najmniej przedwczesna. Obama po raz kolejny zostawił jej wolną rękę w negocjacjach z Putinem w Mińsku. Zapewnił także, że nawet jeśli skończą się one fiaskiem, to Europa i Ameryka pozostaną wobec Rosji „silne i zjednoczone”. Kanclerz zamknęła usta swoim krytykom, którzy oskarżali ją o niszczenie więzi transatlantyckich i jedności Zachodu. Co więcej, ci co wczoraj mieli ją za krótkowzroczną koniunkturalistkę, zaczęli dostrzegać w niej rysy męża stanu. Nawet bardzo skromne efekty drugiego porozumienia mińskiego nie osłabiło pozycji Merkel wśród przywódców najważniejszych mocarstw. Dlaczego? Merkel odgrywa rolę „uczciwego maklera”. Nie może więc stać po jednej ze stron konfliktu, w szczególności w pełni utożsamiać się z polityką Zachodu. Powinna zdobyć zaufanie wszystkich najważniejszych aktorów, a więc z jednej strony Moskwy, a z drugiej Kijowa i Waszyngtonu. Tylko pod tym warunkiem będzie wiarygodna i skuteczna. Musi zając dokładnie taką samą pozycje jak Bismarck wobec najważniejszych partnerów w trakcie kongresu berlińskiego. Należy pamiętać, że jej strategicznym celem jest wzrost pozycji (potęgi) Niemiec na arenie międzynarodowej, a mediacja w wojnie rosyjsko-ukraińskiej – tylko środkiem. Mińskie negocjacje miały ugruntować pozycje Niemiec jako światowego mocarstwa.

Mocarstwo światowe

Pozycja państwa na arenie międzynarodowej zależy od jego potęgi. Ma ona jednak zawsze charakter względny. Wyjaśnił to celnie Stanisław Cat-Mackiewicz: „Trzeba się nauczyć, trzeba wbić sobie w głowę prawo polityczne, które brzmi: potęga państwa jest pojęciem stosunkowym, potęgę państwa mierzy się siłą, czy też słabością, sąsiadów tego państwa. Państwo potężne, to państwo, które ma słabych sąsiadów; państwo słabe, to to, które ma sąsiadów potężnych.” Nie istnieje więc żadna miara, czy też skala mocarstwowości. Państwo uznajemy za silne, gdy jego konkurenci na arenie międzynarodowej dysponują mniejszymi zasobami potęgi. Potęga natomiast to kombinacja tzw. twardej siły (hard power), na którą składają się jego ludność, gospodarka i siły zbrojne oraz tzw. miękkiej siły (soft power), czyli – nieco rzecz upraszczając – jego atrakcyjności. Państwa, które mają potencjał, by kształtować rzeczywistość międzynarodową zgodnie ze swoimi interesami nazywamy mocarstwami. I ze względu na zakres ich oddziaływania możemy je podzielić na trzy kategorie, na mocarstwa regionalne, kontynentalne i światowe. Najważniejszym niemieckim zasobem twardej siły jest niewątpliwie największa w Europie i czwarta w świecie gospodarka. Jednakże, jak się rzekło, potęga w stosunkach międzynarodowych ma charakter względny. Na tle innych kontynentalnych partnerów przewaga Berlina nie jest tak wielka jak mogłoby się wydawać. Jeśli za wskaźnik do porównań weźmiemy PKB, to okaże się, że w roku 2013 wyniósł on dla Niemiec 3455 mld $, dla Francji – 2625 mld $, dla Wielkiej Brytanii 2366 mld, a dla Włoch 1979 mld $ (dane Banku Światowego). Jak widać, gospodarki dwóch dowolnych mocarstw europejskich są większe od niemieckiej. Trudno znaleźć również uzasadnienie obecnej supremacji Berlina w Unii Europejskiej. Całościowe PKB UE (28 państw członkowskich) w roku 2013 wyniosło 16 560 mld $. A zatem gospodarka niemiecka to tylko 20 % unijnej. Do udziałów większościowych jest więc bardzo daleko. Podobnie w perspektywie globalnej. Tym razem weźmy za wskaźnik udział danego państwa w światowym PKB. Dla Stanów Zjednoczonych wynosi on 23%, dla Chin 11%, dla Japonii 8%, dla Niemiec 5%, a dla Rosji tylko 2,4%. Wskaźniki gospodarcze predestynują RFN do pozycji mocarstwa regionalnego i to wcale nie dominującego. Co więcej kryzys demograficzny, a w jeszcze większym stopniu stan sił zbrojnych może budzić wątpliwości co do mocarstwowości Berlina. Skąd bierze się więc powszechne przekonanie o niemieckiej globalnej mocarstwowości?

[koniec_strony]

Miękki hegemon

Odpowiedź jest dość prosta – z relatywnej słabości partnerów kontynentalnych i z tzw. miękkiej siły. Na kontynencie europejskim nie w ma tej chwili mocarstwa, które mogłoby i chciało równoważyć potęgę niemiecką. Po II wojnie światowej zadanie to wypełniała przede wszystkim Francja. Paryż wraz z Bonn tworzyły europejski tandem, w którym role były z góry wyznaczone. RFN mogła rozwijać swoją gospodarkę, ponieważ to Francuzi przede wszystkim decydowali o kursie politycznym Europy Zachodniej. Jeszcze na początku lat 90. ubiegłego wieku prezydentowi Mitterandowi wydawało się, że odebranie Niemcom marki i zastąpienie jej euro pozwoli nadal kontrolować niemiecką potęgę. Te nadzieje spaliły na panewce, ponieważ Berlin lepiej niż Paryż nauczył się wykorzystywać unijne reguły gry. Paradoksalnie, nowa europejska waluta a właściwie kryteria, służące jej wprowadzeniu ostatecznie doprowadziły do niekwestionowanego przywództwa Niemiec w Europie. Tylko bowiem one potraktowały je poważnie. Dzięki kontroli wydatków budżetowych oraz ceny siły roboczej, niemieckiej gospodarce udało się przetrwać kryzys w miarę dobrym stanie. Z kolei Francja cały czas narusza kryteria konwergencji i nie radzi sobie z deficytem. W ten sposób jest zakładnikiem Niemiec. Od woli bowiem Berlina zależy, czy Paryż będzie płacić za to karę, czy też jej egzekucja zostanie zawieszona. Przymykając oko na francuski deficyt, Niemcy mają wolną rękę w Europie. Inny kandydat na europejskiego gracza – Wielka Brytania, zamiast próbować współzawodniczyć z potęgą niemiecką, rozważa wyjście z obszaru wspólnotowego, a więc nie będzie liczyć się w polityce kontynentalnej. Włochy maja podobnie jak Francja kłopoty z długiem. Państwa skandynawskie nie wykazują specjalnej ochoty wzięcia na siebie roli rozgrywających, ponieważ dla nich najwyraźniej historia się skończyła. Nowe państwa członkowskie Unii znajdują się w niemieckiej kieszeni. Europejscy partnerzy oddają Berlinowi inicjatywę i dzięki temu ma on do swojej dyspozycji unijny pakiet kontrolny w polityce europejskiej. W polityce globalnej pozycję Niemiec definiują dwa istotne czynniki: powściągliwość Waszyngtonu i wzrost potęgi Pekinu. USA spodziewając się rosnących wyzwań ze strony Chin stopniowo ograniczają swoją obecność polityczno-wojskową na Starym Kontynencie. Przywódcy amerykańscy świadomi ograniczoności własnych zasobów bardzo rozważnie angażują swoje siły w rozwiązywanie kryzysów na kuli ziemskiej. Coraz chętniej dzielą się odpowiedzialnością za porządek globalny z innymi mocarstwami. W Europie liczą szczególnie na Niemcy, którym już w momencie zjednoczenia zaproponowały „partnerstwo w przywództwie”. B. Obama po raz kolejny potwierdził je podczas wizyty A. Merkel w Waszyngtonie, dając błogosławieństwo niemieckim mediacjom w wojnie pomiędzy Rosją a Ukrainą. Niemcy kładą wielki nacisk na partnerstwo z Chinami. Chcą być ich adwokatem na unijnym rynku. Ale nie tylko gospodarka się liczy. Chiny są drugim po USA mocarstwem światowym. Siła Chin uniemożliwia Stanom Zjednoczonym realizację hegemonialnych marzeń. Tym samym potęga Chin staje się gwarancją istnienia wielobiegunowego porządku światowego. Dlatego właśnie Pekin jest tak ważnym partnerem dla Berlina. W ten oto sposób powstała najkorzystniejsza konstelacja międzynarodowa w historii niemieckiego państwa narodowego. Porządek pozimnowojenny nie przybrał kształtu jednobiegunowego – Ameryka nie jest w stanie ani nie chce być globalnym hegemonem. Jego wyjątkowość polega na tym, że tym razem Niemcy nie mają śmiertelnego geopolitycznego wroga, ani nie muszą się obawiać powstania wrogiej koalicji (Bismarck nazywał to koszmarem koalicji – „les cauchemar des coalitions”). Kanclerz Merkel sprzyja rozwój rzeczywistości międzynarodowej – czynnik, który jest od niej niezależny i jednocześnie w najistotniejszy sposób determinuje politykę. Jej zasługą jest, że potrafi wykorzystać koniunkturę międzynarodową, jakiej Niemcy nie miały od 1871 r., a więc od pierwszego zjednoczenia.

Atrakcyjność Niemiec

Potęgi Niemiec nie tłumaczą tylko czynniki realne. Nie polega ona bowiem na bezpośrednim stosowaniu siły (politycznej, militarnej, czy gospodarczej) w celu wymuszenia na innych państwach swojej woli. Bierzę się ona raczej z narzuceniu innym i upowszechniania korzystnych dla Niemiec reguł i procedur. Tak się bowiem składa, że na regułach integracyjnych najbardziej korzysta Berlin. Niemcy przedkładają stosowanie miękkiej siły nad twardą. Pojęcie miękkiej siły – w odróżnieniu od twardej- trudno jest jednoznacznie zdefiniować. Najogólniej rzecz biorą oznacza ono atrakcyjność danego państwa na arenie międzynarodowej. Jego siłę przyciągania innych, dzięki czemu może ono budować ad hoc koalicje służące realizacji jego interesów narodowych. W porządku międzynarodowym, w którym między mocarstwami panuje stan równowagi, a żadne z nich nie jest w stanie zdominować innych, polityka zagraniczna polega na budowaniu skutecznych koalicji. Atrakcyjność zależeć będzie od, nazwijmy go, współczynnika koalicyjnego. Bardziej atrakcyjne jest to państwo, które jest w stanie wybudować więcej koalicji, aniżeli pozostałe. Integracja europejska to tryumf niemieckiej atrakcyjności i tym, a nie jej rzeczywistymi udziałami gospodarczymi, które jak powiedziano wynoszą tylko ok. 20%, należy tłumaczyć przewagę Berlina w polityce europejskiej. Niemcy są dziś niezbędnym elementem koalicji europejskich, eurazjatyckich i globalnych. Bez Berlina nie ma oto międzynarodowej równowagi. Szczególna atrakcyjność Niemiec dla innych aktorów sceny międzynarodowej spowodowała ich awans do globalnej ekstraklasy. Należy jednak pamiętać o podstawowej różnicy z czasami Bismarcka. W drugiej połowie XIX wieku o mocarstwowości Berlin decydowała przede wszystkim twarda siła.

Syndrom Bleichrödera

Kongres berliński nie zakończył się jednak pełnym tryumfem Bismarcka. Rosjanie byli zawiedzeni jego efektami. Mimo iż bezdyskusyjnie zwyciężyli na polu walki, to w wyniku rozmów przy dyplomatycznym stole musieli oddać znaczną część zdobyczy. Ich marzenie kontroli cieśnin czarnomorskim i tym razem się nie ziściło. Książę Gorczakow winę za swoją porażkę zrzucił na Bismarcka. Na jaw wyszła niestabilność fundamentów, na których wybudowane było partnerstwo niemiecko-rosyjskie. Dopóki Bismarck był u władzy dzięki swojemu kunsztowi dyplomatycznemu potrafił stabilizować tą chwiejną budowlę. Jego następcom już się to nie udawało i doprowadzili oni do wybuchu dwóch wojen światowych. Warto zauważyć, że przed takim obrotem sprawy ostrzegał Bismarcka przez kongresem jego osobisty bankier Gerson Bleichröder, który starał się go przekonać, że uczciwi maklerzy po prostu nie istnieją. W rzeczywistości bowiem makler ma na oku przede wszystkim swój własny interes, podobnie jak polityk przedkłada interes swojego państwa ponad interesy innych partnerów międzynarodowych. To Bismarck powiedział kiedyś: „Jedynym zdrowym fundamentem wielkiego państwa, a tym różni się ono zasadniczo od małego państwa, jest egoizm państwowy, a nie romantyzm, i wielkiemu państwu nie godzi się bić się o sprawy, które nie leżą w jego interesie.” Ów naturalny mocarstwowy egoizm będzie głównym problemem kanclerz Merkel. Nie da się bowiem zaspokoić apetytów wszystkich mocarstw w równym stopniu. Partnerzy Niemiec prędzej, czy później zaczną demonstrować swoje niezadowolenie. Pierwsze trudności są już widoczne. Antyniemiecki kurs i propagandę wykorzystują na co dzień w swojej polityce Ateny. Jest kwestią czasu że solidarność z Grekami zaczną coraz silniej manifestować stojące wobec tych samych problemów państwa europejskiego Południa. Winą za upadek państwa dobrobytu na kredyt obarczą one Berlin. Nie do utrzymania będzie również partnerstwo z Moskwą, szczególnie jeśli W. Putin zdecyduje się na dalszą ofensywę militarną w Europie Wschodniej. Niemcy będą musiały ograniczyć kontakty z Rosją, albowiem w przeciwnym razie stracą swoją wyjątkową pozycje w Europie Zachodniej i Środkowej. Wyjątkowa korzystna konstelacja dla Niemiec, trwać będzie tak długo, jak któremuś z mocarstw nie przyjdzie do głowy siłą zmienić zasad dotychczasowego porządku. Tę właśnie zależność doskonale rozumiał Otto von Bismarck i jego następczyni – Angela Merkel.

Krzysztof Rak

Źródło: http://oaspl.org

VI 2015