17.05.16, 18:30

Łukasz Warzecha dla Frondy: PiS wrzucił granat do obozu Platformy i patrzy jak się tratują

Portal Fronda.pl: Koordynator ds. służb specjalnych Mariusz Kamiński w audycie rządów PO-PSL mówił o inwigilacji dziennikarzy, środowisk pro - life, obrońców krzyża. Dorota Kania w "Gazecie Polskiej" pisała o tym, że Służba Kontrwywiadu Wojskowego w czasie rządów koalicji PO–PSL inwigilowała władze spółki, dziennikarzy Strefy Wolnego Słowa, przedsiębiorstwa z nią współpracujące, a także adwokatów, którzy reprezentowali dziennikarzy niezależnych mediów. W odpowiedzi na te przerażające doniesienia była premier Ewa Kopacz stwierdziła, że "Nie było inwigilacji dziennikarzy (...)Mówimy o nielegalnych podsłuchach...". Skąd bierze się taka reakcja Platformy Obywatelskiej? Czy można powiedzieć, że politycy tej formacji po prostu się boją?

Łukasz Warzecha: Jeżeli chodzi o kwestię inwigilacji dziennikarzy, to mamy na tyle mało informacji, że nie wiemy, czy chodziło o przekroczenie uprawnień, czy o sytuacji, kiedy działania były zgodne z prawem, ale były etycznie naganne. Pierwsza sytuacja jest bardzo możliwa. Wojciech Wybranowski poinformował wczoraj na twitterze o tym, że prokuratura po m.in jego doniesieniu zdecydowała się wszcząć w tej sprawie dochodzenie. Oznacza to, że są do tego podstawy.

Mamy absolutną pewność, że chodziło o zawody zaufania publicznego, bo takim jest zawód dziennikarza, prawnika, czy adwokata. Kwestie ewentualnej kontroli operacyjnej takich osób są szczególne delikatne.

Myślę, że to nie przypadek, że Platforma mocno idzie w zaparte akurat w tej kwestii. Politycy tej formacji mają świadomość, że to właśnie w tym przypadku jest największe prawdopodobieństwo zakończenia tej sprawy z zarzutami o charakterze karnym. Jest to najbardziej jednoznaczna sprawa, którą najłatwiej można zbadać. Myślę, że stąd bierze się to zaprzeczanie. Ewa Kopacz powoływała się przecież na Bartłomieja Sienkiewicza. Kiedy w tygodniku "Do Rzeczy" pojawiła się pierwsza lista inwigilowanych dziennikarzy, politycy Platformy zaprzeczali tym informacjom, zarzucając, że są nieprawdziwe.

Jeżeli chodzi o reakcję na inne elementy tej "diagnozy państwa" - nie uważam, by spełniało kryteriów audytu - to możemy obserwować bardzo interesujące zjawisko. Nie ma jakiejś skoordynowanej reakcji Platformy Obywatelskiej jako całości. Wydawałoby się, że powinna nastąpić. Skoro rząd PiS niemalże w komplecie wystąpił i pokazał co było źle, to można by się spodziewać, że członkowie PO będą konkretnie odpierać te ataki. Tymczasem mamy nieskoordynowane pojedyncze akcje poszczególnych osób. Moim zdaniem przyczyną jest napięcie wewnątrz Platformy. Część polityków uznała, że zarzuty stawiane przez PiS są znakomitym sposobem, żeby wykończyć wewnętrznego przeciwnika. Grzegorz Schetyna przez długi czas w rządach PO nie spełniał żadnej znaczącej roli. W rządzie Ewy Kopacz był przez krótki okres szefem MSZ. Jego sytuacja jest dosyć komfortowa. Znacznie gorsza jest np: Tomasza Siemoniaka, który był przez długi czas ministrem obrony narodowej. Widać, że Tomasz Siemoniak intensywnie reaguje.

Myślę, że PiS z pełną świadomością wrzucił granat do obozu Platformy i teraz patrzy jak próbują się ratować pojedyncze osoby, tratując się przy okazji.

Portal gazeta.pl podliczył uczestników manifestacji KOD-u i opozycji z 7 maja 2016 roku. Okazało się, że szło 55 600 osób, a więc podobna liczba, którą podawała policja. Czyli jednak to nie był taki "historyczny marsz", w którym szło 240 tys., a nawet i pół miliona osób zatroskanych o stan demokracji w Polsce?

Niektórzy twierdzą, że jest to skutek mojej wizyty w studiu Radia TOK FM. Oczywiście nie przypisuję sobie aż takiej zasługi. To tylko pokazuje z jak gigantyczną hipokryzją mieliśmy do czynienia. Liczba, którą podała teraz gazeta.pl jest bardzo wiarygodna. Od początku mówiłem, że mogło być około 50 tys. osób. Pytanie brzmi, dlaczego nie przeprowadzili tej operacji zaraz po marszu? Od razu mieliby wiarygodną liczbę. Kiedy byłem w studiu TOK FM zaraz po tej demonstracji, to Dominika Wielowieyska w przeglądzie prasy, czytając poszczególne relacje mówiła: "No, nie spierajmy się o liczby, powiedzmy sobie szczerze, że ten dwustutysięczny marsz.." Dwieście tysięcy przyjęła jako oficjalną liczbę, ciekawe, co by powiedziała teraz po tych wyliczeniach.

Myślę, że "Gazeta Wyborcza" strzela sobie do swojej bramki, ale widocznie sprawa była tak nabrzmiała, że nie dało się już dłużej ciągnąć tej komedii o "największej demonstracji III RP". Z tymże oczywiście komunikat z tą absurdalnie zawyżoną liczbą uczestników poszedł i zaczął być odbijany przez zagraniczne media.

Rozmawiała Karolina Zaremba