03.10.17, 16:45

Marek Budzisz: Kto połknie Kirgistan?

W Kirgizji zbliżają się wybory prezydenckie (15 października). Ustępujący prezydent Atambajew oficjalnie popiera obydwu liczących się w wyścigu kandydatów (z 12), zresztą byłych premierów. Jednak chyba nie do końca.

Kiedy sondaże pokazały, że wysunięty przez rządzącą formację, partię socjaldemokratyczną, kandydat ma przeszło dwukrotnie mniejsze poparcie niźli jego rywal postanowiono „coś z tym zrobić” i do działania przeszły służby specjalne. Aresztowano mianowicie posła do kirgiskiego parlamentu Kantabeka Isajewa, a zarazem bliskiego współpracownika kandydującego w wyborach prezydenckich Omurbeka Babanowa,. Zarzucono mu, że rozpoczął on przygotowania do zorganizowania masowych protestów, które miałyby się rozpocząć jeśliby Babanow przegrał wyborczą rywalizację. Na potwierdzenie swych sądów kirgiskie służby specjalne opublikowały nawet zapis rozmowy dwóch mężczyzn, z których jeden to znany „wor w zakonie” a drugim miałby być właśnie Isajew. Rozmawiali oni o tym, w jaki sposób można zdestabilizować sytuację w kraju. Przy czym czynniki oficjalne, póki, co, nie zadały sobie trudu, aby wyjaśnić, po co Babanow, którego na dwa tygodnie przed głosowaniem popiera ponad 60 % wyborców, miałby przystąpić do organizowania protestów. Chyba, że podejrzewa, iż wybory wygrywa nie ten, kto zdobędzie największą liczbę głosów a ten, kto będzie je liczył, a wiadomo, że jego konkurent Żeenbekow wysunięty został przez rządzącą obecnie krajem formację. Przy czym obserwatorzy zwracają uwagę na fakt, iż używanie dla opisu kirgiskiego życia politycznego pojęć typowych dla ustabilizowanej demokracji jest swego rodzaju pięknoduchostwem, partie mają tam bardziej klanowy, czy raczej plemienny wymiar i idzie o to, aby „swoi” wzięli największą porcję władzy. W całej sprawie jest też ciekawy kontekst międzynarodowy. Otóż Babanowa poparli oficjalnie liderzy sąsiednich krajów – Kazachstanu i Uzbekistanu, które po latach tarć i sporów porozumiały się ostatnio i wygląda na to, że chcą w Azji Środkowej uprawiać wspólną politykę. Z Uzbekistanem Kirgizja podpisała kilka tygodni temu porozumienie ustalające granicę. Może nie całą, na razie delimitacji poddano jakieś 95 % jej długości, ale postęp jest znaczący. A Moskwa z kolei zdaje się popierać obóz obecnie rządzący Kirgizją. Niedawno, w ubiegły piątek, rosyjski premier Miedwiediew przyjął obecnego premiera tego kraju, który po raz pierwszy odwiedził Rosję z oficjalną, ceremonialną, wizytą.

Jednak to nie polityczne starcia w tej biednej środkowoazjatyckiej republice spędzają sąsiadom sen z oczu. Problemem zaczyna być ekspansja islamu i to w jego najbardziej ortodoksyjnym kształcie. W kraju, w którym za czasów ZSRR nie było więcej niż 40 meczetów, dziś jest ich około 3 tyś., islamskich medres działa około setki i dodatkowo 7 instytutów i jeden islamski uniwersytet. Wszystkie zbudowane za pieniądze płynące z tradycjonalistycznych krajów Zatoki Perskiej. Młodych Kirgizów uczą nauczyciele, którzy wiedzę zdobywali w salafickich szkołach na Bliskim Wschodzie. Zmienia się, szczególnie na prowincji, wygląd Kirgiskiej ulicy – w tym tradycyjnie dotychczas świeckim kraju zaczynają przeważać ubiory typowe np. dla Pakistanu. Miejscowi komentatorzy uważają, że dość otwarcie na kirgiskiej prowincji prowadzi się obecnie islamistyczną propagandę nawołując do przekształcenia republiki w państwo islamistyczne. A perspektywa ta może okazać się nieodległą, jako, że w następnych wyborach parlamentarnych, jak się szacuje, nawet połowę mandatów mogą zdobyć zwolennicy islamizacji kraju.

W planie ideowym obydwaj kandydaci w kirgiskich wyborach prezydenckich niewiele się różnią. Jednak obserwatorzy zwracają uwagę na fakt, iż Żeenbekow traktowany jest przez wyborców jak przedstawiciel rządzącej elity. Również i z tego powodu, że jego rodzony brat do niedawna sprawował funkcję przewodniczącego tamtejszego parlamentu. Z Babanowem, który jest zresztą od swego konkurenta sporo młodszy sympatyzują też w większości ludzie młodzi, ci, którzy chcą zmian. Kirgizja może w najbliższym czasie przechodzić niemałe zawirowania polityczne. Już dwukrotnie miały tam miejsce „kolorowe rewolucje” i w obliczu konfliktu elit, radykalizacji młodych i narastającej presji islamistycznej, następne zawirowania polityczne są bardzo prawdopodobne. A takie osłabienie może być na rękę potężnym graczom w regionie.

Rosyjscy analitycy zajmujący się Kirgizją zwracają uwagę na jeszcze jeden fakt. Otóż kraj jest mocno zadłużony w Chinach – największy dług, ponad 1,5 mld dolarów, co jak na tak biedny i mały kraj jest astronomiczną kwotą, ma on w chińskim, państwowym Eksim Banku. I pytają – dlaczego Chińczycy udzielili tak wielkiego kredytu? Co chcą w zamian? Oraz Czy już przejęli państwo, czy zrobią to bez jednego wystrzału wkrótce? Zwracają przy tym uwagę na to, że Chińczycy kredytują inwestycje infrastrukturalne, takie jak drogi, mosty czy linie energetyczne, które zresztą sami budują, na bardzo korzystnych warunkach. Kredyty udzielane są na 25 – 30 lat i oprocentowanie rocznie na poziomie 1,5 – 2 %, przy czym pierwsze 7 - 11 lat, to najczęściej okres, w którym kredyt nie musi być spłacany. Problem jednak polega na tym, że Kirgizja jest krajem, w którym PKB na głowę ledwie przekracza 1 000 dolarów i niezależnie od tego jak wygodny jest kredyt, to prędzej czy później trzeba będzie rozpocząć jego spłacanie i wtedy może być krucho. Rosjanie obawiają się, że mają do czynienia z cichą, ale systematyczną i upartą ekspansją Chin na północ.

I wskazują na szereg przykładów, o mniejszym lub większym ciężarze gatunkowym, ale zawsze układające się w jeden wzór – chińskiej ekspansji. I tak dzisiejszy Moskiewski Komsomolec,informuje, że gazeta China Daily opublikowała tweet ze zdjęciem Ałtaju i opisała go tak, jakby region leżał w Chinach, a precyzyjnie rzecz ujmując był częścią autonomicznego, północno – zachodniego okręgu Sinciangsko – Ujgurskiego. To zdawałoby się nic nieznaczące wydarzenie wywołało w rosyjskiej sieci sporo szumu ze względu na dość rozpowszechnioną w Rosji sinofobię, ale również z tego powodu, że dość regularnie w Chinach pojawiają się poglądy, że Ałtaj, został przez Rosję carską przejęty niezgodnie z dwustronnymi ustaleniami.

W tzw. kraju Ałtajskim znajdują się zresztą jedne z największych syberyjskich niewykorzystanych terenów rolniczych, które Rosjanie już kilka lat temu chcieli zacząć uprawiać a produkcję rolniczą wysyłać na chłonny chiński rynek. Tyle, że z projektów niewiele wyszło, bo Chińczycy nie mają zamiaru otwierać na oścież doń dostępu, mimo, że oficjalnie głoszą wolny handel. Rosyjscy eksperci z centrum „Handel Międzynarodowy i Integracja” opublikowali właśnie raport, z którego wynika, że protekcja celna produkcji żywnościowej jest w Chinach ponad 2 razy większa niźli w przypadku innych towarów (9,7 % wobec 4 %). Ale to nie jedyne stosowane przez Pekin utrudnienia – inne to bardzo rozbudowany i trudny system certyfikacji dostaw, bariery weterynaryjne i fitosanitarne oraz kontyngenty importowe. I tak kluczowa dla rosyjskiego eksportu rolnego pszenica, po przekroczeniu chińskich kwot importowych automatycznie obłożona jest 65 % cłem.

Zdaniem niemałej części rosyjskich analityków Chińczycy, niezależnie od tego ile razy uczestniczą w spotkaniach na najwyższym szczeblu i jak często Putin uściśnie sobie rękę z Xi Jinpingiem, kierują się konsekwentnie wyłącznie własnym interesem. I podają na potwierdzenie tej tezy niemało przykładów, począwszy od informacji na temat rozmów, jakie Kijów prowadzi z Pekinem chcąc, aby to Chińczycy stanowili liczący się kontyngent w onz-owskich siłach pokojowych w Donbasie a na kwestii tzw. morskiej drogi północnej kończąc.

W obliczu topnienia lodowców obydwa północne szlaki żeglugowe, zarówno tzw. północny kontrolowany przez Rosję, jak i północno – zachodni przebiegający u wybrzeży Kanady stają się łatwiejsze w żegludze. A są przy tym zdecydowanie krótsze niźli wiodący z Chin dookoła Afryki, i bezpieczniejsze niż prowadzący przez Kanał Sueski. Według oficjalnych chińskich informacji ich kontenerowiec płynący do Danii właśnie drogą północną dotarł tam szybciej o 15 dni, niźli wykorzystując tradycyjne trasy, zużył przy tym 383 ton paliwa mniej. I Rosjanie bardzo liczą na to, że uruchomienie na szerszą skalę północnej drogi morskiej ułatwi im eksploatację Arktyki, do której się przymierzają, rozwój wyludniających się północnych regionów i niemałe profity z rosnącej żeglugi. Teraz jednak okazuje się, że Pekin dąży do stworzenia konkurencyjnego północnego szlaku żeglugowego, położonego na wodach międzynarodowych – tzw. centralnego forwateru. Wysłali w te rejony lodołamacz „Śnieżny Smok”, który zdaniem Rosjan może zarówno badać przydatność szlaku żeglugowego należącego do Kanady, jak i chcieć sprawdzić możliwość wytyczenia całkowicie nowej trasy. Gdyby to się udało, to Chińczycy mogliby wykorzystywać najkrótszy szlak morski, którym ich towary mogłyby dotrzeć do Stanów Zjednoczonych. Szlak przebiegający wodami międzynarodowymi, a zatem taki, którego wykorzystanie nie pociąga za sobą wnoszenie jakichkolwiek opłat. I to, w ich opinii, jest istota chińskiej polityki – za zasłoną szumnych deklaracji, robić swoje, z żelazną konsekwencją, powoli, krok po kroku, budując swą pozycję.

Rosjanie wreszcie zauważają, że chińskie czynniki oficjalne uprawiają politykę jak to się określa „dryfu” w stronę Stanów Zjednoczonych. Na razie można mówić o symptomach, ale nawet one wywołują w Moskwie spore zaniepokojenie. Jia Qingguo, z Uniwersytetu Pekińskiego, a przy tym członek Komisji Spraw Zagranicznych Ludowej Politycznej Konferencji Konsultatywnej Chin opublikował niedawno artykuł poświęcony Korei Północnej. To formalnie niekonstytucyjne ciało doradcze w chińskim systemie politycznym pełni istotną rolę i dlatego w Moskwie zwrócono uwagę na artykuł Jia Qingguo. Tym bardziej, że traktował on o rozwiązaniu problemu Korei Pn. przez wspólny – amerykańsko – chińsko – koreański (południowy) protektorat, ustanowiony po obaleniu reżimu Kimów. O udziale Rosji w tym przedsięwzięciu nie było tam ani słowa.

I wreszcie w ostatni piątek na nowojorskim Uniwersytecie Columbia rozpoczęło się zorganizowane przez Henry Kissingera, chińsko – amerykańskie spotkanie naukowców, polityków i biznesmenów, którego celem jest, jak mówią sami organizatorzy, zbudowanie płaszczyzny wzajemnych relacji na następne 50 lat. Chińskiej delegacji przewodniczy członek politbiura Partii Komunistycznej Liu Jandun, zarazem chiński wicepremier. Ale Rosjanie dostrzegli również niedawną wizytę Stevena Bennona w Pekinie, gdzie spotkał się z członkiem politbiura chińskiej partii komunistycznej odpowiadającym za zorganizowanie nadchodzącego zjazdu. Nie wiadomo, o czym rozmawiano, ale niedługo po tej wizycie Chińczycy wprowadzili embargo na import z Północnej Korei tekstyliów, zaś chiński Bank Centralny wydał bankom komercyjnym stanowczy zakaz finansowania jakichkolwiek transakcji z Piongjangiem. I wreszcie Rosjan drażni to, że Pekin otworzył swój rynek wewnętrzny dla eksportu amerykańskiej ropy naftowej i wołowiny.

Wracając jednak do Kirgizji. W swoim czasie, nieopodal stolicy tego kraju, znajdowała się baza lotnicza, wykorzystywana przez Amerykanów. Jak kilka miesięcy temu w przypływie szczerości powiedział ustępujący prezydent Atambajew, jego kraj, dostał z Moskwy wyraźne ostrzeżenie, – jeśli Amerykanie zostaną, to w obliczu jakiegokolwiek konfliktu Biszkek zostanie zbombardowany. Po tej przyjacielskiej radzie, Kirgizi, wycofali się z umowy z Waszyngtonem. Ciekawe czy teraz Amerykanie, wespół z Chińczykami, mogą znów powrócić, zwłaszcza, że nie zamierzają rezygnować z Afganistanu.

Marek Budzisz

Salon24.pl