06.11.18, 13:30

Marek Budzisz: O przyszłości NATO i polityce zwierania szeregów

W najbliższych dniach (8 listopada) w Astanie odbędzie się spotkanie szefów państw tworzących zbudowaną pod egidą Moskwy Organizację Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB). Z kilku powodów będzie to spotkanie istotne. Przede wszystkim, dlatego, że dokona się na nim wymiana przewodniczącego.  

Do tej pory funkcję sprawował reprezentujący Armenię Jurij Chaczaturow, który wysunięty został na tę funkcję przez ekipę rządzącą w Erywaniu do aksamitnej rewolucji. Po tym, jak poprzedni rząd został obalony i władzę przejęła koalicja na czele, której stoi obecnie pełniący obowiązki premiera Nikoł Paszynian, pod adresem Chaczaturowa wysunięto poważne zarzuty związane z nadużyciem władzy, nawet został tymczasowo (na krótko) aresztowany.

Szczególnie ten ostatni krok wywołał wściekłość w Moskwie, bo ponoć Erywań nawet nie poinformował o nim Kremla. Tym nie mniej Chaczaturow utracił zaufanie nowej władzy, która po miażdżącym zwycięstwie w wyborach municypalnych w Erywaniu i kilku mniejszych ośrodkach postanowiła przyspieszyć i doprowadziła do rozwiązania parlamentu i rozpisania przedterminowych wyborów. Paszynian i siły polityczne z nim związane najprawdopodobniej odniosą sukces w wyborach, ale jeśli idzie o pozycję Armenii w ODKB sprawy nie idą po myśli Erywania. Procedura odwoływania Chaczaturowa, rozpoczęta przez ekipę Paszyniana zakończyła się 2 listopada i Erywań był przekonany, iż jego stanowisko zajmie inny, reprezentujący Armenię kandydat. Te rachuby opierały się przede wszystkim na tym, że kadencja przewodniczącego wynosi w organizacji 3 lata, a Chaczaturow sprawował swą funkcje jedynie 1,5 roku, więc inny reprezentant Armenii winien „dokończyć” kadencję. Ale nic takiego, najprawdopodobniej nie będzie miało miejsca, bo takiej sytuacji statut organizacji nie przewiduje a w związku z tym musi zapaść decyzja polityczna.

I taka, zdaniem rosyjskich mediów już zapadła. Pod wpływem stanowiska Rosji oraz Kazachstanu na czele organizacji ma stanąć reprezentujący Białoruś, generał Zaś. Ponoć Rosjanie chcieli, aby funkcję tymczasowo, tzn. na półtora roku, objął obecny wiceprzewodniczący organizacji – Rosjanin Jurij Semierikow, ale to z kolei wywołało sprzeciw innych członków organizacji (najprawdopodobniej Kazachstanu) i stanęło na Białorusinie, bo funkcje w ODKB obejmuje się rotacyjnie wg kolejności alfabetycznej. Tym nie mniej polityczny kontekst wart jest rozpatrzenia, bo dotyczy on przynajmniej trzech spraw. Po pierwsze, mimo regularnie powtarzanych zarówno przez Moskwę, jak i Erywań, deklaracji o tym, że przyjaźń i strategiczna współpraca między obydwoma krajami mimo zmiany rządzącej ekipy nie ulegnie nadwyrężeniu, gołym okiem widać, że jest inaczej. Paszynian i jego ekipa demokratycznych rewolucjonistów walczących z rządzącymi w ich kraju koteriami o polityczno – biznesowo – mafijnym charakterze zaczyna być postrzegana w Moskwie z coraz większą podejrzliwością.

Warto zwrócić uwagę na wypowiedź Paszyniana na konferencji prasowej już po wizycie w Erywaniu amerykańskiego doradcy ds. bezpieczeństwa narodowego Johna Boltona. Otóż oświadczył on, że Armenia nie wyklucza możliwości zakupu w Stanach Zjednoczonych broni i uzbrojenia. Oczywiście, jeśli warunki, dodał, okażą się korzystne i konkurencyjne wobec oferty rosyjskiej. Następnego dnia odżegnał się od takiej decyzji minister obrony Dawid Tonojan, twierdząc, że w trakcie prowadzonych w Erywaniu rozmów nie dyskutowano tego rodzaju opcji, ale tym nie mniej temat się pojawił i najprawdopodobniej wróci. Tym bardziej, że Amerykanom, najwyraźniej bardzo zależy na tym, aby Erywań poparł politykę Waszyngtonu wobec Iranu. Chcąc zablokować Teheran potrzebna jest współpraca Armenii, jedynego państwa wchodzącego w skład rosyjskiej Wspólnoty Euroazjatyckiej, które ma granicę lądową z Iranem. A tym bardziej jest to ważne, że od 1 stycznia ma ruszyć porozumienie o handlu bezcłowym między państwami Wspólnoty a Iranem.

Erywań liczy na to, że stanie się handlowym hubem i nieźle zarobi na szybko rosnących obrotach handlowych. Aby porozumienie weszło w życie musi być ratyfikowane przez parlamenty wszystkich państw, a to w sytuacji narastającej presji Waszyngtonu może nie być bardzo łatwe. Ale Erywań ma też sporo do ugrania. Chodzi nie tylko o pieniądze, które są bardzo ważne dla tego biednego kraju. Równie istotnym jest wsparcie amerykańskiej dyplomacji, która skłonić może Turcję do otwarcia lądowej granicy z Armenią oraz wywrzeć presję na Baku, celem skłonienia Azerbejdżanu do zajęcia nieco bardziej kompromisowej postawy w kwestii uregulowania konfliktu o Górski Karabach. Amerykańska broń jest tu ważna, bo do tej pory jedynymi dostawcami uzbrojenia byli Rosjanie, którzy równie chętnie zaopatrywali silniejszy ekonomicznie i ludnościowo Azerbejdżan, (który również kupuje sporo broni w Izraelu). W efekcie, wobec narastającej przewagi militarnej wrogiego sąsiada Erywań od początku swej niepodległości znajdował się w rosyjskim szachu – bez dostaw broni z Północy, bez obecności rosyjskiego garnizonu w Griumi oraz bez dyplomatycznego wsparcia Moskwy jego pozycja byłaby niesłychanie słaba. Ale teraz wszystko może się zmienić.

Nie tylko ze względu na amerykańska politykę wobec Iranu, co powoduje wzrost zainteresowania Waszyngtonu sprawami regionu, ale również w wyniku zaplanowanych na początek grudnia wyborów. Co prawda Paszynianowi nie udało się przeforsować reformy kodeksu wyborczego i odbędą się one w oparciu o stare zasady, co w okręgach jednomandatowych, głównie na prowincji, dać może mandaty obalonym Republikanom, ale wydaje się, że blok Paszyniana wygra. Gdyby powtórzyły się niedawne wyniki wyborów na mera Erywania, gdzie blok nowej władzy zdobył 82 % głosów, to dominacja nowej ekipy w przyszłym parlamencie może być absolutna. Zobaczymy.

Decyzja o zmianie przewodniczącego ODKB i powierzenie tej funkcji Białorusinowi daje też sporo informacji o roli Mińska w rodzącym się nowym układzie sił. Tym bardziej, że kilka ostatnich wypowiedzi białoruskiego prezydenta rozjaśnia nieco ten zamglony obraz. Do tej pory przyjęło się uważać, że Łukaszenka dążył będzie do poszerzenia swej politycznej i ekonomicznej niezależności. I o ile, jeśli idzie o niezależność ekonomiczną pewną reorientację, zwłaszcza na Chiny i Unię Europejską, tamtejszego reżimu można dostrzec, o tyle w materii polityki bezpieczeństwa niewiele się zmienia. Łukaszenka namawiał ostatnio prezydenta Ukrainy, aby ten zgodził się na to, iżby wojska rozjemcze w Donbasie w zasadniczej części zasilone zostały przez kontyngent białoruski, a Kijów nie dążył do pozyskania wsparcia innych państw (mówiło się o wojskowych z Austrii i Finlandii), bo lepiej „takie sprawy załatwiać we własnym gronie”. Żeby nie było złudzeń Łukaszenka mówił, że „własne grono” to Białoruś, Ukraina i Rosja.

Kilkanaście dni później w podobnym duchu, ale przy okazji trochę strasząc tym, że zarówno Białoruś jak i Rosja będą musiały zareagować, przekonywał polskiego ministra spraw zagranicznych abyśmy zrezygnowali z idei zbudowania Fortu Trump. W ubiegłym tygodniu w Mińsku odbyło się wspólne posiedzenie kolegium ministerstw obrony Rosji i Białorusi w trakcie, którego w podobnym tonie, ale znacznie ostrzej występował minister Szojgu. Ostatnio pojawiły się w rosyjskich niezależnych kanałach informacyjnych na platformie Telegram, pogłoski, iż Rosja wywiera silna presję na Białoruś, aby ta wydzierżawiła Moskwie bazę dla jednostek powietrzno – desantowych. Ostatnie propozycje Kijowa pod adresem Ankary, sformułowane przy okazji wizyty prezydenta Poroszenki w Turcji, aby kontyngent sił pokojowych w Donbasie zasiliły tureckie siły zbrojne z pewnością nie są tym, co w Mińsku powitają z radością.

Przede wszystkim z tego powodu, że ewentualna zgoda Ankary, która jeszcze nie nastąpiła i na razie są dość zasadnicze wątpliwości czy w ogóle nastąpi, znacznie skomplikuje sytuację. Wiele wskazuje na to, że Białoruś chciałaby, aby „wszystko było po staremu”, z tą wszakże różnicą, że europejskie sankcje zostałyby zdjęte. Wyraźnie widać, że Unia postrzegana jest w Mińsku głównie przez pryzmat możliwości współpracy gospodarczej, ale jeśli idzie o kwestie bezpieczeństwa, to opcja prorosyjska jest nadal silna, wręcz dominująca. Być może i z tego względu, że póki, co Rosja, w kwestii bezpieczeństwa w regionie nie ma tak naprawdę alternatywy.

    Eksperci związani z rosyjskim Klubem Wałdajskim opublikowali właśnie obszerne opracowanie na temat przyszłości NATO. (http://ru.valdaiclub.com/files/23349/). W pewnym sensie materiał ten jest zbiorowym wysiłkiem międzynarodowej wspólnoty eksperckiej, bo powstał w wyniku podsumowania międzynarodowej ankiety rozesłanej do różnych ośrodków badawczych. Jak informują autorzy materiału rozesłano 180 ankiet, otrzymano 50 odpowiedzi. Co ciekawe na ujawnionej liście autorów brak jest analityków i badaczy z Polski. Być może są w gronie 16 osób, które poprosiły o zachowanie anonimowości. Trudno w tym upatrywać jakiejś złośliwości rosyjskich ekspertów, którzy w informacji piszą, że obok wykorzystania własnej „książki adresowej”, w której znajdowały się nazwiska ekspertów piszących o kwestiach bezpieczeństwa prosili również adresatów o rozsyłanie ankiety do swoich kolegów. Jednym słowem, albo Polacy byli zbyt zajęci, aby odpowiedzieć, albo nie są w środowisku zbyt popularni, albo jedno i drugie.

    Mniejsza o to. Wróćmy do kwestii przyszłości NATO. Rozwiejmy od początku wszystkie wątpliwości i być może nadzieje. Grono szacownych ekspertów nie przewiduje jakiegoś niespodziewanego rozwoju wydarzeń w rodzaju zmitologizowanego odwrotu Stanów Zjednoczonych z Europy. Wręcz przeciwnie w najbliższym dziesięcioleciu, bo taką perspektywę obejmuje prognoza, przewidują wzrost zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w sprawy europejskie. Waszyngton będzie dążył do wzmocnienia NATO i więzi atlantyckich upatrując w nich gwaranta swej światowej pozycji.

Nie przeszkodzi temu w dłuższej perspektywie, rozpad, co też przewidują politolodzy, wspólnego konsensusu w kwestii wartości i obrony światowego porządku liberalnego. W tym sensie Stany Zjednoczone będą mniej „liberalne”, co zresztą spotka się z dobrym przyjęciem części ich europejskich sojuszników z naszego regionu, ale nie zrezygnują z aspirowania do przewodzenia w świecie. Ale tego rodzaju spór w rodzinie nie osłabi NATO, bo jego siła opiera się na potencjale militarnym Ameryki, a nie uznaniu dla gender i mniejszości seksualnych. Narastające sprzeczności w świecie wartości spowodują jednak, że Pakt Północnoatlantycki z organizacji regionalnej nie przekształci się raczej w strukturę obejmująca cały glob, ale jego znaczenie regionalne się nie zmieni. Również i z tego względu, że Europa, tak przynajmniej oceniają ankietowani eksperci, nie będzie w stanie znacząco zwiększyć w najbliższych latach swego potencjału militarnego. Z punktu widzenia sytuacji, w jakiej znajduje się Rosja, zdaniem ekspertów zasadnicze znaczenie odegrają trzy czynniki wpływające na możliwość uprawiania przez NATO skutecznej polityki powstrzymywania. Po pierwsze, utrzyma się, waga tego czynnika. Innymi słowy powstrzymywanie Rosji było, jest i w najbliższej przyszłości będzie jednym z zasadniczych czynników wpływających na spoistość NATO.

Choć, eksperci są zdania, że nadal utrzyma się wśród europejskich sojuszników Aliansu dość zasadnicza różnica zdań na temat największych zagrożeń dla bezpieczeństwa. Z popularnym, głównie na Wschodzie przekonaniem, że upatrywać je należy przede wszystkim ze strony Rosji konkurowały będą przekonania innych, widzących zagrożenia na Bliskim Wschodzie czy w Afryce Północnej. I wreszcie, trzeci istotny czynnik – czy uda się europejskim członkom NATO, znacząco poprawić efektywność wydatkowanych na obronę środków. Bo nie o bezwzględną wielkość tu idzie, gdyby tylko kwoty brać pod uwagę, to już obecnie Rosja miałaby się, czego bać. Ale Europa wydaje spore pieniądze, tylko, że często bez sensu, marnotrawiąc środki lub tylko tytularnie przeznaczając je na obronę a faktycznie wydatkując na cele socjalne.

Gdyby tak się złożyło, że te wszystkie trzy czynniki zgrałyby się w jedną orkiestrę, to Rosja znalazłaby się w trudnym położeniu, nawet nie zakładając konfliktu zbrojnego. Wówczas musiałaby znacząco zwiększyć własne wydatki na zbrojenia, a z ekonomicznego punktu widzenia nie jest w stanie tego zrobić. Ale eksperci, są zdania, że taki scenariusz jest bardzo mało prawdopodobny. Europa nadal będzie dość opieszale łożyć na swoje bezpieczeństwo i nadal w jej gronie rysować się będzie zasadnicza różnica zdań, co do najistotniejszych źródeł zagrożenia. O to ostatnie postarają się najprawdopodobniej sami Rosjanie, inicjując nowe ogniska konfliktów w Afryce Płn. czy na Bliskim Wschodzie. Innymi słowy, prócz znaczącego wzrostu zaangażowania Stanów Zjednoczonych w problemy Europy żadne zmiany jakościowe nie nastąpią. Ale nawet ten pierwszy czynnik jest ważny. I zapewne, dlatego, Moskwa zaczęła „zwierać szeregi”.

Marek Budzisz

Salon24.pl