14.06.18, 15:15Fot. Pixabay, CC 0

Marek Budzisz: Paranoja Kremla i prezent dla Rosji od Ukrainy

Jak wczoraj napisał na swoim koncie w jednym z serwisów społecznościowych ukraiński minister spraw zagranicznych Paweł Klimkin, Ukraina złożyła w sądzie przy ONZ oficjalny pozew, w którym oskarża Rosję o naruszenie szeregu konwencji międzynarodowych. Dokumentacja naruszeń liczy sobie 17 500 stron – 29 tomów, w których znajdują się opisy wszystkich grzechów, jakich dopuścili się Rosjanie zarówno na Krymie, jak i w Donbasie. 

    Decyzja złożenia pozwu ma też wymiar symboliczny, bo jak skomentował to posunięcie prezydent Poroszenko nie bez powodu właśnie wczoraj, czyli w dzień, kiedy Rosjanie świętują swój dzień niepodległości (święto ustanowione dla upamiętnienia dnia, kiedy Federacja Rosyjska ogłosiła swoją niepodległość w 1990 roku), złożono pozew. To taki prezent dla Moskwy – dodał. Trzeba zauważyć, że to nie jedyny prezent, który Moskwa tego dnia otrzymała. Parlament Holandii zatwierdził porozumienie, jakie rząd tego kraju podpisał z Kijowem. Dotyczy ono zgody na organizowanie przesłuchań w związku ze sprawami karnymi za zestrzelenie malezyjskiego Boeinga nad Donbasem na terytorium Ukrainy, za pośrednictwem łączy internetowych. Chodzi o to, że ustawodawstwo Ukrainy nie dopuszcza ekstradycji jej obywateli a to mogło blokować postępowania karne, do których wytrwale dążą Holendrzy. Sprawa jest w gruncie rzeczy techniczna, ale ważne jest, co innego. Otóż przy okazji procedowania tego porozumienia rząd Holenderski złożył oficjalne oświadczenie, w którym stwierdza, że nie widzi żadnej winy po stronie Kijowa za to, że rząd Ukrainy nie podjął decyzji o zamknięciu przestrzeni powietrznej nad swymi wschodnimi, zbuntowanymi prowincjami. Szczególnie to ostatnie stwierdzenie jest ważne, bo Rosjanie nadal próbują przerzucić przynajmniej część odpowiedzialności na Kijów. Mówił o tym wielokrotnie sam Władimir Władimirowicz, ostatnio w wywiadzie dla austriackiego kanału telewizyjnego przed swoją wizytą w Wiedniu.

    Do kategorii prezentów dla Moskwy moglibyśmy też zaliczyć to, co napisał w jednym ze swych ostatnich tweetów Kurt Volker, amerykański specjalny przedstawiciel do rozwiązania kryzysu na wschodzie Ukrainy. W zamieszczonym również wczoraj (12 czerwca) wpisie uznał Rosję „jedyną odpowiedzialną” za kryzys humanitarny i konflikt zbrojny na wschodzie Ukrainy. Volker przebywał w Donbasie w maju, chcąc się naocznie przekonać jak wygląda tam sytuacja i to, co wczoraj napisał jest podsumowaniem jego doświadczeń. Jest to o tyle ważne, że Moskwa regularnie oskarża Kijów o to, że ten chce wznowienia działań wojennych na pełną skalę, przegrupowuje siły, ściąga posiłki pancerne i po prostu dąży, przy okazji Mundialu do wojny. Ostatnio mówił o tym Putin przy okazji „gorącej linii” odpowiadając na pytanie pisarza Prilepina, doradzającego władzom w Doniecku i Ługańsku. Zagroził wówczas, że jakakolwiek akcja zbrojna rozpoczęta przez Kijów, spotka się z odzewem, który zagrozi „istnieniu państwowości ukraińskiej”.

    W gruncie rzeczy do tego samego dąży Moskwa w trakcie rozmów tzw. normandzkiej czwórki. W poniedziałek w podberlińskiej rezydencji niemieckiego MSZ-u odbyło się spotkanie ministrów spraw zagranicznych państw próbujących po 16 miesięcznej przerwie wznowić tzw. miński format. Jakie będzie stanowisko Moskwy wiadomo już było dwa tygodnie temu. Odbywały się wówczas w Moskwie tzw. Primakowowskie cztienia, coroczna konferencja poświęcona upamiętnieniu Jewgienija Primakowa, byłego rosyjskiego ministra spraw zagranicznych, premiera, ale również szefa FSB z czasów jelcynowskich. W wygłoszonej wówczas laudacji Ławrow nazwał Primakowa swoim „mistrzem i nauczycielem” a trzeba pamiętać, że to właśnie Primakow był twórcą koncepcji traktowania krajów bliskiej zagranicy przez Moskwę, jako swojej wyłącznej strefy wpływów. Ławrow w swoim wystąpieniu nawiązał wówczas, co zresztą bardzo chyba lubi, bo często czyni takie odwołania, do czasów wojny krymskiej, kiedy Rosja była dyplomatycznie izolowana. I w efekcie takiej polityki, nie mogła być tak jak wcześniej gwarantem europejskiej stabilności. Naruszenie równowagi przyniosło wówczas, jego zdaniem, niekontrolowany rozwój potęgi jednego z państw europejskich, wojnę z Francją a w dłuższej perspektywie pojawienie się w Europie dwóch wrogich sobie bloków polityczno – militarnych i wybuch I wojny światowej. Aluzja do Niemiec i wzrostu politycznego znaczenia Berlina jest dość oczywista. Po wykładzie Ławrow odpowiadał na zadawane z Sali pytania. Jedno skłoniło go do przedstawienia rosyjskiego punktu widzenia na możliwość ożywienia dialogu w sprawie Ukrainy. Samo pytanie też jest ciekawe. „Wielu ludzi we Francji nie chce wykluczenia Rosji z Europy – powiedział zadający je – prezydent Francji Emannuel Macron, mówił w ostatnim czasie w Petersburgu o czymś przeciwnym, o tym, że Rosja niezmiennie jest częścią Europy. Ale mamy jeden problem – to Ukraina. (warto na to zwrócić uwagę – Ukraina jako problem!). Musimy odejść od tego automatycznego przedłużania, co pół roku sankcji przeciw Rosji. Aby to było możliwe – kontynuował pytający – trzeba doprowadzić do wycofania wojsk z Donbasu, przywrócenia suwerenności Ukrainy i normalnych stosunków Ukrainy z Rosją.” Potem padło pytanie, na jakie posunięcia Rosja byłaby skłonna się zgodzić. I w odpowiedzi na nie Ławrow przedstawił rosyjski punkt widzenia, który w gruncie rzeczy powtórzył w trakcie poniedziałkowego spotkania pod Berlinem. Po pierwsze należy doprowadzić do wycofania wojsk i ciężkiego uzbrojenia z trzech uzgodnionych miejsc (najważniejszym z nich jest Stanica Ługańska), po drugie należy wdrożyć tzw. plan Steinmeiera, a po trzecie kontyngent sił pokojowych powinien być ograniczony liczebnie i w gruncie rzeczy sprowadzać się ochraniania międzynarodowych obserwatorów. Plan Steinmeiera przewiduje, że specjalny autonomiczny status Doniecka zostanie uruchomiony automatycznie (wcześniej musi być uchwalona faktyczna zmiana ustroju Ukrainy na federalny, tylko wprowadzenie tych regulacji zostałoby zamrożone) po tym, jak międzynarodowi obserwatorzy uznają, że wybory na Wschodzie zostały przeprowadzone zgodnie ze standardami i prawem. Trudno się dziwić, że Kijów, najłagodniej mówiąc nie jest entuzjastą takiego rozwiązania, bo przecież nie chodzi tylko o sam moment głosowania, ale również o możliwość przeprowadzenia rzetelnej i swobodnej kampanii wyborczej. Zgoda na taką formułę oznaczałaby, zwłaszcza po doświadczeniach rosyjskich wyborów prezydenckich, że to w Moskwie decydowano by, kto będzie rządzić „republikami” a na dodatek, kto będzie je reprezentował w ukraińskim parlamencie. I czy wówczas utrzymanie jednolitości i tak dość kruchej państwowości ukraińskiej byłoby łatwiejsze niźli dzisiaj, zwłaszcza, że Ukraina stałaby się państwem federalnym, co przecież wzmacnia i tak już dość silne trendy separatystyczne? W gruncie rzeczy z podobną kwestią związana jest polityka Kijowa w zakresie nauczania w językach mniejszości. Władze Ukrainy dążą do wyjścia swego kraju z „ruskiego miru”, do zmniejszenia znaczenia kultury i języka rosyjskiego, zatrzymania płynącej z Rosji fali propagandy i osłabienia politycznych wpływów Moskwy, która wykorzystuje wszystkie możliwe kanały wpływu, w tym i kontakty z mniejszością rosyjską. Nauczanie języka rosyjskiego jest jednym z istotnych czynników utrzymywania przez Moskwę wpływów w krajach tzw. bliskiej zagranicy, mówił o tym przed laty przywoływany już wcześniej Primakow i nie na darmo Rossotrudniczestwo, zajmujące się propagowaniem rosyjskiej kultury i języka jest rządową agendą, jednym z narzędzi rosyjskiej polityki zagranicznej. Ukraina jest krytykowana za swą politykę w tym zakresie, a Węgry, uprawiające dość jednoznaczną politykę prorosyjską, co w Polsce jest starannie przemilczane, używają nawet argumentu językowego w charakterze narzędzia służącego do blokowania rozmów Ukrainy z NATO.

Wracając jednak do stanowiska Rosji w sprawie kontyngentu sił pokojowych, to przyjęcie rozwiązania zaproponowanego przez Ławrowa oznaczałoby, iż będzie on w gruncie rzeczy bezsilny a Ukraina nie uzyska kontroli swej wschodniej granicy. Pisząc o poniedziałkowym spotkaniu ministrów spraw zagranicznych, spotkaniu, które nie przyniosło niczego istotnego, warto odnotować dość zasadniczą rozbieżność między stanowiskiem Francji a Niemiec. Otóż francuski minister Le Drion, jeszcze przed spotkaniem powiedział, że jego zdaniem żadnego postępu nie będzie dopóty dopóki nie zostanie „ustanowiona lokalna autonomia na Wschodzie Ukrainy”. Ważna jest kolejność działań – najpierw autonomia a potem ciąg dalszy. Niemiecka dyplomacja jest w tym względzie nieco bardziej stanowcza, choć jak powiedział po spotkaniu Ławrow „formuła Steinmeiera” została „milcząco” przyjęta. Gdyby tak się stało, choć nikt tego nie potwierdza, to oznaczałoby to, że Rosja jest bliska osiągnięcia swych celów politycznych. Uzgodniono wymianę jeńców i więzionych, co może być dobrym sygnałem, zwłaszcza w kwestii głodującego już miesiąc i będącego ponoć w bardzo złej kondycji reżysera Sencowa. Ale tym akurat Moskwa, zwłaszcza w przeddzień otwarcia Mundialu, może być zainteresowana, bo międzynarodowe, ale i rosyjskie protesty nasilają się i straty wizerunkowe mogą być niemałe. A czy zainteresowana jest czymś więcej? Wydaje się, że póki, co nie.

    Chcących poznać punkt widzenia części przynajmniej kremlowskich elit odsyłam do artykułu politologa Markowa (http://russiancouncil.ru/analytics-and-comments/analytics/chto-budet-esli-rossiya-poydet-na-kompromiss-s-ssha/) , który stawia retoryczne pytanie czy w kwestii Ukrainy Moskwa powinna dogadać się z Zachodem. Jego zdaniem w żadnym wypadku, bo kolektywny Zachód nie ustąpi. Zamknie sprawę Donbasu i rozpocznie kolejną domagać się będzie zwrotu Krymu. I wcale nie zmniejszy sankcji, tylko uzna, że sankcje działają a zatem zwiększy presję. Ale ustępstwa ze strony Kremla sami Rosjanie potraktują w podobnych kategoriach, jako oznakę słabości. A w Rosji, jego zdaniem, bardzo szybko przechodzi się od uwielbienia do nienawiści, zwłaszcza wobec słabnących liderów. I w takiej sytuacji Zachód będzie dążył, stawiając na niektóre siły polityczne aktywne w Rosji do podziału wśród elit i rozpoczęcia walki o władzę. I co zdaniem Markowa się stanie wówczas? Państwo po prostu się rozsypie, bo ze zdwojoną siłą, w obliczu słabości centrum ożyją lokalne separatyzmy. Rosja straci bogate regiony ropo i gazonośne, bo tym będą zainteresowane zachodnie koncerny, o Syberii trzeba będzie zapomnieć, odpadnie Kaukaz i Powołże, Ukraińcy upomną się o przygraniczne tereny. Jednym słowem Rosja zredukowana zostanie do rozmiarów Państwa Moskiweskiego, a naród rosyjski po prostu zniknie. To dość paranoiczny scenariusz, ale najwyraźniej traktowany przez wielu w Rosji, jako realny. Na początku roku Putin, mówił, że w sytuacji zagrożenia istnienia Rosji nie zawahałby się nacisnąć jądrowy guzik. Jednym słowem ruszyłaby eschatologiczna lawina, której początkiem byłyby ustępstwa w Donbasie. Czyli jednym słowem, ani kroku wstecz, no pasaran. W tym artykule jedna myśl wszakże napawa optymizmem. Otóż Markow zaczyna swoje wystąpienie od stwierdzenia, że „w Rosji, poufnie a często przy użyciu ezopowego języka i nie publicznie, wśród elit, trwa dyskusja czy nie warto pójść na kompromis z Zachodem?” Czyli myślą o tym, a nawet dyskutują!

Marek Budzisz

dam/salon24.pl