30.10.13, 09:12Przemysław Wipler (fot. boston_9/Wikipedia)

Wipler zaatakował policjantów? Poseł: Zostałem brutalnie pobity

Poseł Wipler jest badany w szpitalu na Czerniakowskiej. Zaatakował policjantów po pijanemu. Niezłych ma koalicjantów @Jarosław_Gowin” - taką sensacyjną informację podał na Twitterze Roman Osica, a za nim wiele portali internetowych.

Reporter RFM poinformował, że do zajścia doszło w nocy na ul. Mazowieckiej w Warszawie. Policjanci mieli interweniować w sprawie bójki dwóch mężczyzn, kiedy nagle zaatakował ich poseł Przemysław Wipler. Jednemu z funkcjonariuszy miał podrzeć mundur. Parlamentarzysta miał być pod wpływem alkoholu. Został obezwładniony i przewieziony do szpitala – donosi dziennikarz RMF.

Z kolei sam Wipler zaprzecza takiej wersji wydarzeń. „Wciąż jestem w szpitalu. Tomografia, RTG, seria innych badań. Nie mam telefonu. Zostałem brutalnie pobity przez policję-czytam jej wersje...” - poinformował na swoim Twitterze. „Zanim oddano mi torbę z IPadem i bez telefonu wypuszczono do mediów tekst z policyjna wersja zdarzeń, gdy nie mogłem nic zrobić  Przez kogo?” - pyta parlamentarzysta.

MBW

 

Komentarze

anonim2013.10.30 9:47
obrońca tradycji i moralności...
anonim2013.10.30 9:55
A kto to ten Roman Osica? Adwokat? a może jakiś kublik? nagrania z monitoringu też znikną??
anonim2013.10.30 10:00
Straszne... Do czego dąży ten kraj!?
anonim2013.10.30 10:14
existenz Racja, nagrania zostaną sfałszowane. Rozdarcie na mundurze policyjnym powstało zapewne 5 dni wcześniej. Natomiast gdy policjanci pałowali posła to robili takie...bziuuu....
anonim2013.10.30 10:23
Jakoś tak mam, że politykom nie wierzę.
anonim2013.10.30 11:00
Oceniacze nie bełkoczcie.
anonim2013.10.30 11:28
@Marian z Londynu a co takiego nagannego zrobił Hofman? pobił kogoś? popełnił jakieś przestępstwo? wot durak;)
anonim2013.10.30 11:35
Jaki piękny śpiew dyżurnych trolli z jednego klucza ! Nie znają szczegółów zdarzenia ale gorąco ufają policji, która tak wzorowo prowokowała rok temu. Oj, biedni będziecie kiedy tak zostaniecie osądzeni jak teraz to zrobiliście, a niekoniecznie stanie się to na Sądzie Ostatecznym, bo może się wam przydarzyć, że wcześniej ...
anonim2013.10.30 11:53
Tu nie ma co czekać na wyjaśnienia. W przypadku posła, sędziego itp. policja nie ma prawa naruszyć jego nietykalności. Nie ma prawa. Niezależnie w jakim stanie się znajdował. Absolutny fundament został właśnie naruszony, a my mamy się jeszcze zastanawiać?? To jest testowanie. Do jakiego stopnia ten pełzający totalitaryzm może się posunąć, by nie musieć zrzucać jeszcze maski. To jest skandal !!!!
anonim2013.10.30 12:41
przypomina mi się Układ Zamknięty; w tym kraju policja, prokuratura, sądy, władza - są bezkarne - jak w Folwarku Zwierzęcym - wszystkie zwierzęta są równe, ale świnie są równiejsze
anonim2013.10.30 13:00
No to Gowin dostał swojego wyimaginowanego męczennika:).
anonim2013.10.30 13:20
Czy w Polsce znów powstanie INSTYTUCJA NIEZNANYCH SPRAWCÓW? Stanisław Głąbiński Wspomnienia Polityczne ROZDZIAŁ VII INSTYTUCJA NIEZNANYCH SPRAWCÓW Obok policji, sądów i prokuratury istniała w całym okresie rządów sanacyjnych w Polsce osobna tajemnicza instytucja, którą można nazwać „instytucją nieznanych sprawców". Powierzchownie instytucja ta podobna była do gangsterów amerykańskich, miała bowiem zbliżoną do nich technikę pracy. Ale różniła się od nich tym, że miała za sobą cichą aprobatę sfer rządowych, ze prokuratura rządowa nie mogła się wtrącać do jej zbrodniczych czynności, a w niektórych przypadkach nie wolno było pod surową karą głosić o jej postępkach. Skąd się wzięła ta instytucja, nieznana zupełnie w okresie przed majowym? Prawdopodobnie wylęgła się ona w czasach konspiracji rewolucyjnych piłsudczyzna jako kara za niewiernych lub nieposłusznych członków konspiracji i została w innych warunkach zastosowana w wolnym państwie polskim w stosunku do ludzi niemiłych lub niewygodnych dla tej organizacji, chociaż wobec obowiązującego prawa niczego złego nie popełnili. Była to więc karygodna, a niekiedy zbrodnicza samowola, sprzeczna z elementarnymi podstawami państwa nowożytnego. Była ona tak ściśle związana z niektórymi organami państwowymi, że o ściganiu jej nie było mowy. Już jako minister wyznań i oświaty w r. 1923 dowiedziałem się o działalności bezkarnej tajnej mafii. Gdy raz wyjeżdżałem z mego mieszkania do biura w ministerstwie, zobaczyłem jadącego ze mną obok szofera jakiegoś towarzysza. Na moje zapytanie, kim jest i po co ze mną jedzie, odpowiedział, że robi to z nakazu władzy, ponieważ mają informacje o planowanych za¬machach na mnie i niektórych ministrów. Wskutek mego sprzeciwu opuścił samo¬chód, ale pilnował mnie pieszo z innym towarzyszem. W nocy miałem zwyczaj pracować w biurze i pieszo powracać do swego mieszkania. Zawsze wbrew mojej woli towarzyszyli mi z oddali dwaj detektywi, powołując się na rozkaz władzy. Władza ta jednak nie śmiała niczego przedsięwziąć przeciw planom zamachowców o których wiedziała. Tak samo mafia nieznana kontrolowała rozmowy telefoniczne moje i innych ministrów. Minister poczt i telegrafów zainterpelowany przeze mnie zbadał tę sprawę i na posiedzeniu Rady Ministrów przyznał mi, że istnieje podsłuch za pomocą jakiegoś aparatu umieszczonego pod miastem na Wiśle. Nie miał jednak odwagi wystąpić przeciw mafii i zniszczyć jej urządzeń. Mówiono mi poufnie, że mafia ta znajduje się w drugim Wydziale Wojskowym, mającym cele wywiadowcze. Byłoby zapewne więcej zgodne z obowiązkami tego wydziału gdyby działalność wywiadowczą rozwinął raczej za granicą i w kraju wśród żywiołów podejrzanych, zamiast służyć partyjnym celom mafii przez kontrolowanie rządu i śledzenie tajemnic rządowych. Bardzo gorliwą działalność rozwinęła tajna insty¬tucja nieznanych sprawców po zamachu majowym. Szerokiego rozgłosu nabrała sprawa zniknięcia generała Zagórskiego, którego po wypuszczeniu z więzienia na Antokolu w Wilnie i przyjeździe do Warszawy, zaproszono do samochodu Naczelnego Wodza i wywieziono w nieznane miejsce, skąd już więcej nie wrócił. Nie tylko pozbawiono go życia, ale rzucono na niego publicznie potwarz, że był zdrajcą kraju, że uciekł do Francji, a potem do Ameryki itp. Zakazano wspominać o Zagórskim w prasie pod groźbą konfiskaty. Nawet w sejmie i w senacie nie wolno było o nim wspominać bez narażenia się na hałaśliwe okrzyki sanatorów i na surową naganę przewodniczących marszałków. W tym wypadku prokuratura milczała, a instytucja nieznanych sprawców święciła triumfy. Wielki wódz i faktyczny zwycięzca z r. 1920, szef sztabu Tadeusz Rozwadowski umarł po zwolnieniu go z więzienia na Antokolu, a głos publiczny wskazywał na zatrucie jako przyczynę śmierci. Nikt nie śmiał badać właściwych przyczyn. Później znane były publiczne napady na znakomitego pisarza Nowaczyńskiego, którego dotkliwie pobito i raniono oraz pozbawiono jednego oka, na publicystę Mostowicza, na ministra skarbu Zdziechowskiego, którego we własnym mieszkaniu gromadnie napadnięto, obito do utraty przytomności i pozostawiono prawie martwego na podłodze. Wszystkie te napady były znane i piętnowane publicznie, ale prokuratura nie miała odwagi zająć się nimi z respektu dla instytucji nieznanych sprawców. Z czasem nastąpiła decentralizacja tej instytucji z Warszawy na cały kraj. Poparciem tej instytucji wsławili się niektórzy wojewodowie, jak np. wspomniany już M. Kirtiklis, wojewoda pomorski, a później białostocki i niektórzy starostowie. Główne wypadki w Brześciu potępione przez wszystkie warstwy niezależne, odbiły się ponurym echem w procesie sądowym, ale proces ten nie był skierowany przeciw sprawcom gwałtu, lecz przeciw jego ofiarom. Między ofiarami znaleźli się ludzie, którzy z odezwą lewicy nie mieli nic wspólnego, jak Wojciech Korfanty i b. wojewoda A. Dębski, ale prokuratura nie śmiała ścigać istotnych złoczyńców, a nawet miała wielki rozpęd do oskarżania ofiar o zamiary antyrządowe. Proces ten i wyroki sądowe były kulminacyjnym triumfem nieznanych sprawców. Bóg wynagrodził Korfantego za krzywdy doznane od prześladowczej mafii, bo powołał go do siebie, zanim mógł oglądać straszliwe skutki 13-to letnich rządów takiej „sanacji" moralnej. Mieliśmy także we Lwowie występy nieznanych sprawców, z których naj¬głośniejszym był napad uzbrojonej w hełmy i gazy łzawiące policji lwowskiej, dokonany o północy w kilkaset ludzi na bezbronny dom techników zbudowany częściowo ich własną pracą. Policja w nocy bez uprzedzenia władzy akademickiej wtargnęła do domu, podrzuciła dla stworzenia pozorów jakieś rewolwery, czy inną broń, pobiła niewinnych techników zrywających się z łóżek, znieważyła oficerów rezerwowych i skonfiskowała im rewolwery jako swoje trofea, mimo interpelacji poselskiej, nikt za ten niesłychany napad nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Tak jak za Sasów, tak za rządów sanacji Polska „nierządem stała", z tą różnicą ze za Sasów winną nierządu kraju była szlachta licząca kilkaset tysięcy osób, mających zasługi i tradycje historyczne, w sanacyjnej Polsce zaś rządzącą elitą była mafia pretensjonalna, która bratnią krwią niegodziwie przelaną dostała się do steru państwa .Instytucja nieznanych sprawców, osłanianych przez władzę państwową, bezkarnych i nieodpowiedzialnych za swe zbrodnie, nie ma przykładu w dziejach Polski, ani w dziejach innych kulturalnych narodów. Nie można jej porównywać z „prawem pięści" w średniowieczu w Niemczech, ponieważ to prawo było wyrazem nieuporządkowanych stosunków państwowych, instytucja zaś nieznanych sprawców cieszyła się tolerancją władzy państwowej. Była ona specjalnością rządów sanacyjnych, które z gwałtu się zrodziły i na gwałcie się opierały. Sanacja deklamowała nieustannie o potrzebie silnego rządu, ale ten silny rząd był jej potrzebny tylko dla ścigania i tępienia przeciwników politycznych, a zgoła nie w tym celu, aby wprowadzić w kraju sprawiedliwe rządy i zniszczyć samowolę w życiu prywatnym i publicznym. Była to kasta uprzywilejowana, żądna władzy bez odpowiedzialności, dla której prawo i praworządność były czczym frazesem. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że przywódcy sanacji tolerowali tę instytucję, nigdy nie oburzali się na jej zbrodnie i traktowali ją jako uzupełnienie działalności sądów i innych władz państwowych. Gdy w komisji budżetowej senatu sędziwy ks. Bolt, mąż zasłużony około narodowego odrodze¬nia Pomorza, wskazał na anarchię szerzoną przez niektórych starostów na Pomorzu np. przez starostę Twardowskiego i przytaczał jaskrawe przykłady nadużyć i korupcji tych urzędników, obecny w komisji minister Kościałkowski zgromił w sposób gwałtowny i nieprzyzwoity ks. Bolta nazywając bez sprawdzenia zarzuty jego kłamstwem i oszczerstwem. Później dopiero rozprawy sądowe wykazały, że ks. Bolt we wszystkiem miał rację, ale pan Kościałkowski nie uznał za swój obowiązek wynagrodzić krzywdy moralnej wyrządzonej sędziwemu kapłanowi i wielkie¬mu patriocie. Wstrzymywała go od tego instytucja nieznanych sprawców związana tradycyjnie i organizacyjnie z systemem rządów piłsudczyzny.
anonim2013.10.30 13:23
prawie jak w Arabii Saudyjskiej - tam by go chyba skamieniowali za publiczne pijańśtwo; u nas "tylko" pałują
anonim2013.10.30 13:23
Zakaźna seria samobójstw może wskazywać, że już istnieje.
anonim2013.10.30 14:24
Biedny Przemuś, nie miał siły dmuchnąć w alkomat ale poturbował policjantów. Dziwne to...